wtorek, 11 sierpnia 2015

(III) Rozdział 5: "So you can keep me inside the pocket of your ripped jeans, holding me closer 'til our eyes meet, you won't ever be alone, wait for me to come home."

   W domu trwała właśnie jakaś kłótnia, czyli nic nowego od jakichś sześciu lat. Rocky wrzeszczał na Rikera, Riker na Rydel, Rydel na Rylanda, a Ryland ich nie słuchał. Olewał ich tak, jak Ross miał zamiar to robić. Zaczęło się od decyzji, jakie ciastka do filmu otworzyć, skończyło na awanturze o to, która partia lepsza.
   Najmłodsi siedzieli spokojnie na sofie, a pozostali wyglądali tak, jakby mieli zaraz zorganizować na siebie nawzajem zamach w metrze. Ewentualnie podpalić pokoje lub podciąć żyły.
   Ross próbował wymyślić jakąś wymówkę, aby jak najszybciej stamtąd wyjść. I nie planował sam - akurat smsował z Camille, a Ryland chyba chciał się do nich przyłączyć. Ross kochał swojego brata i wiedział, że on widzi w nim wzór, ale w końcu... To była Camille. Tłumacząc na język swojej rodziny - "Caroline", "Catherine" lub "Ta suka, która złamała Rossowi serce".
   Kłótnia w końcu przeszła do kuchni, kiedy po około trzydziestu minutach uznali, że to tylko głupie ciastka i stwierdzili, że to na nich się teraz skupią. Ross wykorzystał tę sytuację, więc szybko wstał z sofy ku zdziwieniu Rylanda, jak najciszej starał się przebiec do przedpokoju, wziął z komody swój portfel i klucze, i tylko nałożył na stopy buty, szybko chwytając kurtkę. Prędko wychodząc z domu usłyszał tylko swojego brata, krzyczącego za nim cicho: "Ross! Gdzie idziesz?!".
   Ale już się nie wrócił. Razem z Camille zdecydowali się trochę pochodzić, może pójść na jakiś film, gdyby grali coś fajnego. Mieli spotkać się przy pierwszej ławce od fontanny od strony kina. Zawsze tam siedzieli, gdy dopiero myśleli nad tym, co mogliby robić.
   Chyba już tam na niego czekała, bo z oddali widział jakąś postać siedzącą na ławce. Chciał znaleźć się tam jak najszybciej - przywitać się z nią, a potem gdzieś razem pójść. Ku jego zaskoczeniu, lecz (o dziwo) już nie złości czy irytacji, na ławce siedział nie kto inny, jak Laura.
       Czekasz na kogoś?  spytał, a ona uniosła wzrok.
       Eeee...  zawahała się.  Nie...? Tak siedzę sobie dla samej siebie, o. Właśnie, tak dobrze jest.
       Dziwnie się zachowujesz. Wszystko okay?  Usiadł obok niej i nachylił się, by mieć lepszy widok na jej twarz.
       Taak, pewnie. Jest bardzo okay.
       Skoro tak mówisz...  burknął i odwrócił głowę. Następnie panika ogarnęła jego całego - o to Camille, na dziewiątej, rozglądająca się, najprawdopodobniej za nim. Spojrzał na Laurę, która była zbyt zajęta wpatrywaniem się w swoje pomalowane teraz paznokcie (czy to były naklejki w kształcie króliczków?), po czym wstał i pomachał do swojej dziewczyny, która od razu go zobaczyła. Podbiegła i mocno go uściskała.
      – Heej!  Nie widziałaś mnie niecałą dobę, nie musisz mnie dusić – zaśmiał się, ona mu zawtórowała, co zwróciło uwagę Laury.
      – To twoja dziewczyna jest? - odezwała się, choć miałem nadzieję, że tego nie zrobi.
      – Eee... – mruknął.
      – Ross? Kto to? – spytała Camille. Blondyn przeczesał włosy śmiejąc się nerwowo.
      – Ca... Camille... To jest Laura. Wiesz, opowiadałem ci, ta która chciała mojej pomocy, co nie zna tak dobrze angie...
      – Aaa, ten stalker.
      – Kto? – spytała szatynka.
      – Nie ważne – stwierdziła. 
  Na chwilę zapadła nieprzyjemna cisza. Ross nie wiedział, co powiedzieć - w sumie marzył tylko o końcu konwersacji. Camille i Laura lustrowały się spojrzeniami.
      – Ross mówił, że nie jesteś stąd. W takim razie... skąd przyjechałaś? – zapytała Cam.
      – Z E...
      – Z EUROPY! – krzyknął blondyn, a obie odwróciły głowy w jego stronę. – No wiesz, to jest baaardzo daleko. A ona stamtąd przyjechała hehe – wyjaśnił nerwowo, patrząc na szatynkę z prośbą w oczach. 
      – Eee... Tak, z Europy. Dokładnie tak – dodała, trochę niepewnie.
      – Aha. Fajnie tam?
      – Bardzo – odpowiedział za nią Ross. – Ale Cam, co powiesz na to, żebyśmy już poszli na ten film, co? Ja taaak bardzo za tobą tęskniłem...
      – Pozwól, że zacytuję: "nie widzieliśmy się niecałą dobę". Nie miałeś czasu się stęsknić – warknęła, a on rzucił ciche "sorki". – Ale skoro tak ci zależy na filmie... Laura, chcesz iść z nami?
      – Co? – spytali oboje.
      – Nienienienienie – histeryzował Ross. – M... Mieliśmy iść w dwójkę, no wiesz, ty i ja. Taka randka. Na randkę idą zazwyczaj dwie osoby. Ja i ty to dwa. Plus Laura to trzy. A to nie dwa.
      – Zawsze byłeś taki bystry? – spytała ironicznie, a on się zarumienił, co nie uszło uwadze Laury.
      – On ma rację chyba... Może lepiej będzie, jak pójdę, mam jeszcze trochę rzeczy do załatwienia i ja...
      – No weeeź, będzie fajnie! Jestem pewna, że możesz to, o czymkolwiek mówimy, zrobić kiedy indziej. A tym czasem pójdziemy do kina, na lody, pogadamy i... no wiesz.
      – A... Ale ja chciałem być z tobą... No wiesz, sam na sam – wykłócał się Ross.
      – Przecież mamy mnóstwo czasu w przyszłości, a biorąc pod uwagę, że chcemy razem zamieszkać, będziemy spędzać we dwoje baardzo dużo czasu. Nie marudź, ona wydaje się być fajna.
      – Ja wiem, ale...
      – Bez "ale", odrobimy to. Laura, co ty na t... – odwróciła się w celu spojrzenia na dziewczynę, ale jej już nie było. Jakby rozpłynęła się w powietrzu. Ross już kiedyś zaobserwował takie zjawisko - Laura znikająca w ciągu sekundy lub mrugnięcia okiem. Czy gdyby zmienili go w jednego z nich on też by tak potrafił?
  Ejejejejej. EJ. Koleś, nie zapędziłeś się w twoich fantazjach?
Osz kurde, faktycznie to zrobił. Czemu? 
  Chyba spędzam z nią za dużo czasu po prostu.
  Albo jesteś nadzwyczajnym idiotą. 
      – Mówiła ci, że ma jakieś sprawy do załatwienia – oświecił ją Ross, a ona prychnęła. Następnie objęła go w pasie i schowała rękę do kieszeni jego dżinsów. Uśmiechnął się i również ją objął.
      – W takim razie chyba zostaliśmy sami – szepnęła, a on zamruczał, na co zachichotała. – Uroczy jesteś. Chodź, mam ochotę poprzytulać się do ciebie na jakimś horrorze.
      – O nie, tylko nie horrory.
      – Sorki. No to musimy znaleźć jakieś tanie romansidło. Pasuje?
      – Jak najbardziej,



  Skończyło się na tym, że niewiele pamiętali z filmu. Zamiast na oglądaniu skupili się na karmieniu się popcornem, tuleniu i ogólnie takich słodkich rzeczach które lubi robić każda zwykła para. Oczywiście nikomu to nie przeszkadzało - otaczali ich ludzie w podobnej sytuacji, starsze kobiety ze złamanymi sercami lub młode dziewczyny szukające odrobiny miłości.
  Po wyjściu z kina skierowali się na lody. Spędzili jakąś godzinę na osłoniętej parasolem kanapie, karmiąc się swoimi deserami lodowymi. 
      – Więc... ta Laura... i ty... – zaczęła.
      – Słuchaj, jest tylko moją... koleżanką. Serio, spotkaliśmy się ledwie trzy razy, z tego dwa oprowadzałem ją po mieście. Jest spoko, ale do pięt ci nie sięga – dodał, a ona zaśmiała się cicho.
      – Dobra, przyznaj się, czego chcesz?
      – Chyba nie rozumiem – stwierdził.
      – Coś za bardzo się podlizujesz. Co chcesz?
      – Nic. Próbuję przekazać ci, że bardzo cię kocham. Mam gdzieś, czy moja rodzina to akceptuje. Jestem szczęśliwy i nie mam zamiaru nic zmieniać. Za kilka lat wyjedziemy razem do N.Y lub w jakieś inne miejsce i spędzimy razem życie, aż do końca. No wiesz, dom, rodzina, mops...
      – Ross... to bardzo słodkie...
      – Bo... Ty też tego chcesz, prawda? Znaczy, tobie też odpowiada taka wizja przyszłości? W sensie... Yhh...
      – Słuchaj – zaczęła, łapiąc go za ręce. – To, co właśnie powiedziałeś, było najsłodszym, co miałam dane w życiu słyszeć. No, nie licząc chyba twojego pierwszego wyznania miłości, tego nic nie pobije – zażartowała, a on zaśmiał się pod nosem. – Wiesz, doczepiłabym się tego mopsa, ale poza tym wszystko brzmi... idealnie. Nie musisz się przejmować, wszystko, co robisz dla mnie, dla nas, jest świetne. Zaszczytem jest mieć ciebie jako chłopaka, wiesz?
      – P... Poważnie? – spytał cicho.
      – No tak. Chłopak, który tak się troszczy o związek, jest uczciwy, kochany, słodki, zawsze dostępny i woli romanse od horrorów to prawdziwy cud – podsumowała, znów go rozbawiając. – Dlatego skończ proszę martwić się tym, czy to, co robisz jest dobre, bo jest. 
      – Po prostu od tamtej sytuacji ja... bardzo chcę, żeby to wypaliło. Naprawdę. 
      – Ja też, Rossy. Spokojnie, jakby coś było nie tak, to ci powiem, ale nie oczekuj, że będę w takim razie rozmowna.
      – Ty zawsze jesteś rozmowna.
      – Cóż, cała ja, nie mogę zaprzeczyć.
      – Bardzo dobrze, że taka jesteś. Zawsze gotowa poruszyć choćby najtrudniejszy temat. 
      – Taak... cała ja.
      – Kocham cię.
      – Ja ciebie też.



  Szatynka patrzyła właśnie w stronę samochodu, który zaparkował niedaleko niej. Jakby coś poszło nie tak jest w stanie zniknąć i pojawić się gdzieś indziej w przeciągu kilku sekund. Taki bajer. 
  Z auta wyszło dwóch chłopaków - jeden był chudy, na nosie miał o-ku-la-ry, nosił koszulę i eleganckie buty. Drugi był szeroki w barach, nosił koszulkę polo, szorty i trampki. Miał długie potargane włosy i uśmiech jak milion dolarów. Podobno byli braćmi, co wydawało się być... no, niemożliwe. 
      – To ty masz jakąś propozycję rodem z science-fiction? – spytał ten mięśniak strzepując grzywkę z oczu. "Ross robi to lepiej" pomyślała, jednak od razu odpędziła od siebie te nieproszone myśli. 
      – Tak, to ja – odpowiedziała.
      – No, to przedstaw nam ją.



  Ross odprowadzał właśnie Camille do domu. Cały czas rozmawiali o różnych, totalnie przypadkowych rzeczach typu jej przemyślenia podczas sekcji zwłok żaby na biologii. Jeśli musicie wiedzieć - nie podobało jej się. Mówili też o jego zespole, o tym, czy napisali ostatnio jakieś nowe piosenki, rozprawiali o ich przyszłości i planowali jakiego psa mogą wziąć zamiast mopsa.
      – No ale czemu nie? One są bardzo słodkie! Mają takie duże oooczy i takie słodkie zmarszczki – rozczulał się. Wtedy ona "przypadkiem" kopnęła go w nogę. Zaczął piszczeć, podskakiwać, wytrzeszczył oczy, a podczas tego wszystkiego marszczył czoło. – Czemu to zrobiłaś?! – Ona oderwała wzrok od telefonu, którym właśnie zrobiła mu zdjęcie. Postukała coś chwilę, po czym pokazała mu jego zdjęcie - rozszerzone oczy i zmarszczone czoło. Objęła go za szyję i cmoknęła w policzek.
      – Ty też możesz mieć duże oczy i zmarszczki, ale sam widziałeś, za jaką cenę. Dlatego NIE.
      – No dobra, dobra. Może husky? Mają bardzo ładne oczy...
      – Co tyś się tych oczu doczepił?
      – Nie wiem, tak jakoś. Nie martw się, twoje i tak są najpiękniejsze. 
      Znów się podlizujesz. To zaczyna mnie martwić.
      – Nie musisz. Przez jakiś czas będę spokojniejszy – mruknął, trącając nosem jej czoło. Zachichotała. 
      – Jesteś naprawdę uroczym facetem, wiesz?
      – Słyszałem to od ciebie kilka razy. Mimo, iż nie podzielam twej opinii, wiem to. 
      – Chyba naprawdę ci lepiej.
      – Śmiesz wątpić w moje słowa? – spytał, obejmując ją i przyciągając bliżej do siebie. Położyła ręce na jego ramionach i uniosła lekko głowę, by lepiej go widzieć. Stali teraz przed jej domem, szczerząc się do siebie jak idioci i najprawdopodobniej zamierzając się pocałować. Cóż, było bardzo blisko, ale wtedy na podjeździe zatrzymał się samochód jej rodziców. Zatrzymali się. Nie odsunęli, a tkwili w tej samej pozycji, w której im przerwano.
      – Ross! – krzyknęła mama Camille. – Nie wiedziałam, że będziesz...
      – Spokojnie, proszę pani, ja się zaraz zbieram...
      – Coś ty, zostajesz na kolacji. I Camille na pewno odpowiada taki plan – stwierdziła. Dziewczyna wzruszyła ramionami i cmoknęła go przelotnie. 
      – Jeśli nie mają państwo nic przeciwko... – dodał, gdy z wozu wysiadł jej ojciec. Czasem miał wrażenie, że ten koleś zakradnie się z karabinem do jego pokoju i zastrzeli go we śnie, tyko i wyłącznie za to, że jest chłopakiem jego córki. Ale chyba to normalne, prawda?
      – Tylko i wyłącznie, jeśli lubisz hokeja. Dzisiaj mecz, a ja nie chcę oglądać sam.
      – Uwielbiam hokeja.
      – Poważnie?
      – Tak bardzo, jak kocham pańską córkę.
      – Mam nadzieję, że to znaczy "jak cholera". 
      – Ross, przepraszam, ale czy mógłbyś pomóc wnieść zakupy? – spytała matka tłumiącej śmiech Camille.
      – Ależ nic nie sprawi mi większej przyjemności – odpowiedział, zabierając siatki z bagażnika.



  Czterdzieści minut później siedzieli przy stole jedząc spaghetti. Było względnie cicho. Rodzice Camille zadawali jej pytania o to, czy się wyspała, czy miło spędziła dzień, o jakieś plany na jutro i inne takie. Wyglądali też jakby od kilku pytań się powstrzymywali ze względu na niego, ale on uznał, że chodzi pewnie o jakieś związane z nim typu - "czy ten gnojek dobrze cię traktuje" albo "czy mam przetrzepać mu skórę". Wiedział, że jej rodzina jest bardzo gościnna i nawet jeśli szczerze go nienawidzą (nie był tego całkiem pewny, ale było to możliwe) nie dadzą tego po sobie poznać aż będzie w ich towarzystwie. Po wywiadzie jej ojca dotyczącego hokeja - tego, jakiej drużynie kibicuje, czy gra, czy był kiedyś na meczu - usiedli przed telewizorem, on i ojciec jego dziewczyny, i całkowicie oddali się tej fascynującej rozgrywce. Panie tym czasem rozmawiały w kuchni. Po jakimś czasie blada i trochę zszokowana Camille wyszła i dołączyła do panów - usiadła obok Rossa i wtuliła się w niego jak w wielkiego pluszowego misia. Objął ją ramieniem, ale tylko na chwilę - zupełnym przypadkiem drużyna, której obaj kibicowali zdobyła punkt i rozległ się ich uradowany wrzask, trzaskanie szklanek i dźwięk przybijanych piątek. Camille była jednocześnie zafascynowana tym, jak jej chłopak i ojciec nagle odnaleźli coś, co ich łączy, jednak jednocześnie zawiedziona ich typowo samczym zachowaniem. Dlatego wstała i poszła do siebie, zostawiając ich dwóch z ich telewizorem i puszkami dietetycznej coli.



      – Więc mówisz, że istnieje życie poza Ziemią? – spytał chłopak w okularkach. Charlie czy jakoś tak.
      – Od jakiejś godziny.
      – Ale bajer – stwierdził ten drugi, którego IQ było równe IQ pantofelka lub ameby. Nie była pewna, czy on się nada, mógłby trochę ogłupić pochodzących od niego Ellańczyków. 
      – Taak...
      – I ty chcesz, żebyśmy z tobą lecieli? – spytał mądrala. – No nie, najpierw trzeba poinformować rząd, agencję badań kosmicznych czy innych takich. To nie może po prostu istnieć, gdy tutaj prawie nikt o tym nie w...
      – Zamknij swoją proporcjonalnie głupią paszczę i skończ gadać bzdury. Pewnie, że już wie ktoś o tym.
      – Poważnie? Od kiedy? Jak im to powiedzieliście? W jakich okolicznościach? Czemu inni nie mają o tym pojęcia? Czy to jest całkowicie bezpieczne? Blablablablablablablablablabla...
      – No i głupi przegadał mądrego – mruknęła do siebie pod nosem, gdy okularnik wciąż biadolił o tym, jakie to niezwykłe, a jego brat właśnie rozgniatał muchę na własnym nosie.



      – Naprawdę musisz iść? – spytała Camille z rękami w tylnych kieszeniach jego dżinsów. On obejmował ją w pasie, opierając się o jej głowę.
      – No. Ale nie martw się, jutro też jest dzień. I pojutrze też. No i doszliśmy do wniosku, że w naszym białym domu z dużym ogrodem i basenem będziemy mieć labradora, więc nie jest źle.
      – Nie zapominaj o tym, że ma być altanka.
      – Choćbym miał własnymi rękami stawiać ją dzień i noc - będziesz mieć swoją wymarzoną altankę. 
      – Dziękuję, panie romantyku. 
      – Ależ nie ma za co, pani gadatliwa.
      – No dzięki! Ja tutaj staram się przysłodzić, a ty...
      – Spokojnie, żartowałem – mruknął. – Poważnie, muszę się zbierać. Chciałbym przeżyć jeszcze kilka lat.
      – Ja też chcę, żebyś przeżył, ale o wiele więcej niż kilka – dodała. 
      – W takim razie do zobaczenia wkrótce. Aha, przypomnisz mi, jakie kwiaty lubisz?
      – Ross!
      – Żartuję! Pamiętam, że najlepiej herbaciane róże.
  Następnie pożegnali się w swoim stylu, wypuścili z tego zakręconego uścisku, pomachali i w końcu po całym dniu skierował się do swojego domu. Był pełny energii po tym jakże pozytywnym dniu. No bo w końcu dogadał się z jej tatą, tak? I powiedziała, że będą mieć labradora! 
  W domu to, co zwykle. Hałas, gwar i wrzawa - poduszki latają, telewizor włączony bez potrzeby, Rocky i Riker szarpiący się o paczkę żelków (domyślił się, że to ta, którą teraz trzymała Rydel), Ryland stukający w ekran swojego telefonu i brak Ratliffa, jak zwykle zresztą po godzinie 21:00. 
  Uchylił się przed lecącą poduszką i wstąpił do kuchni. Otworzył lodówkę i znalazł colę. Odkręcił ją i, korzystając z tego, że nikt nie patrzy, pił prosto z butelki, rozglądając się po otoczeniu. Później schował ją z powrotem i zajrzał do szafki, w której zawsze były jakieś ciastka lub czekolada. 
      – Ross Shor Lynch raczył pojawić się w domu – warknął Mark, a blondyn odwrócił się w jego stronę z nadgryzioną babeczką w ręku.
      – Eee... Heśt fafo – mruknął z ustami pełnymi muffinki.
      – Gdzieś się podziewał cały dzień?
      – Jaaa eee nooo eee... Ja byłem nooo... No z Camille no. 
      – I nie mogłeś choćby nas poinformować o tym, że wychodzisz? Dowiedzieliśmy się od Rylanda, że nagle wyleciałeś z domu jak na skrzydłach. 
      – Przepraszam, korzystałem z okazji. Znowu się kłócili, a mi nie uśmiechało się znów zbierać ich do kupy...
     – Czego nie robiłeś od... Dwóch lat? Prawie nigdy cię tu nie ma, wiesz?
     – Cóż, jestem dorosły, chyba mogę wychodzić z domu.
     – Owszem, możesz, ale dawaj nam przynajmniej o tym znać, zanim doprowadzisz mnie lub twoją matkę do zawału, dobra?
     – Dobra – zgodził się. 
     – No. Cieszy mnie, że doszliśmy do porozumienia – stwierdził Mark i opuścił kuchnię, zostawiając blondyna samego z jego niedokończoną babeczką.



_______________________________
Clarisse nie chce nic od siebie napisać bo
to "ja go pisałam", ale to ona jest głównym dawcą pomysłów.
Weźcie, pisząc go cisnęłyśmy bekę z naszych przypadkowych pomysłów,
które oczywiście są już zapisane, no i ogólnie było śmiesznie.
GŁOS W GŁOWIE ROSSA POWRACA WOO.
Też za nim tęskniłam...
No ale to nie jego koniec, to nie jest
NICZEGO koniec, bo to jest POCZĄTEK.
Teraz będzie tylko lepiej i lepiej!
Czy ktoś tak jak my podczas tego rozdziału zaczął shippować Rossille? 
(wymyślone na poczekaniu lol)

To trochę przykre - zwłaszcza, że blog jest o Raurze. Hm.
Naprawdę nie macie pojęcia, jak bardzo ekscytuję się rozdziałem SIÓDMYM. 
Żyję dla rozdziału 7.
I ogółem dla fabuły tego bloga, którą wymyśliłyśmy jakieś dwie godziny temu. 
Teraz pozwólcie mi zrobić sobie drzemkę. Dla drzemek też żyję.




      


czwartek, 6 sierpnia 2015

(III) Rozdział 4: "It takes a lot to know a woman, a lot to understand what's humming"

  Następnego ranka Ross był... niewyspany. Szedł właśnie do domu, bardzo niechętnie, po opuszczeniu domu Camille. Wiedział, że czeka go wywiad jego rodziny, ale nie przejmował się za bardzo. Spędził miło wieczór, miło noc... Efekty? Idzie jak zombie i zresztą tak się czuje. 
  W jego domu jest cicho. Nie dziwi go to, jest 08:00, wszyscy śpią... On też mógł, ale przyszli rodzice jego dziewczyny, a nie chciał zostać wytargany z jej domu za którąś z części ciała... Do wszystkich jest dosyć mocno przywiązany! Musiał zwiewać oknem, po drzewie. Lepszego pomysłu nie miał, ale nakryty nie został, tyle dobrze. 
  Wszedł po schodach na górę, prosto do siebie. Kot leżał na poduszce i lizał sobie łapy. Blondyn opadł na łóżko obok niego i westchnął z ulgą. Zwierzak położył się na jego plecach i również usnął. 
  Chłopak nie spał jednak zbyt długo - godzinę później obudzili go na śniadanie. Zszedł z powrotem na dół i usiadł w kuchni, starając się nie wyglądać na zmęczonego. Oraz rozróżniać kubek od widelca. Napił się kawy, jednak nie wiele to zdziałało. Miejsca przy stole powoli zaczynało brakować, co oznaczało mniej więcej, że można już jeść. Na stole pojawiły się naleśniki, omlety i bekon. Blondyn musiał bardzo skupić wzrok na znajdujących się na stole potrawach, nie chciał wbić widelca w rękę kogoś z rodziny.
      – Ross? Dobrze się czujesz? – spytała Stormie, a on mruknął coś niezrozumiale. 
      – Chce mi się po prostu spać... – odpowiedział upijając kolejny łyk kawy. Nadal nie czuł się lepiej. 
      – Czego ci nałożyć? – spytała go, a on wymruczał coś o omletach i bekonie. Dostał swoje "zamówienie" i zaczął jeść, dosyć mocno ściskając widelec. 
      – Nie złam go – oznajmił Riker, a on mruknął coś raz jeszcze. Po chwili zrezygnował i oparł się o oparcie krzesła.
      – Może chcesz się jeszcze położyć? Odgrzeję ci później – zaproponowała jego mama, a on przytaknął.
      – Było w nocy spać, a nie robić nie wiadomo co – warknął do niego Rik.
      – A chcesz w dziób? – spytał półprzytomnie Ross. Ryland podszedł do niego i pomógł mu wstać. – Co ty robisz? – spytał, po czym ziewnął głośno.
      – Pomagam ci – syknął młodszy i zaprowadził go do pokoju. Tam blondyn padł na łóżko i prawie natychmiast zasnął.


  Obudził się po dwunastej. Niebo za oknem było zachmurzone, ale on czuł się jako tako wyspany. Podniósł się i złapał telefon. Nikt do niego nie pisał, raz dzwonił. I nie była to osoba z którą chciałby pogadać. A co najważniejsze - dzwoniła znowu. 
Niepewnie przesunął palcem po ekranie i przyłożył aparat do ucha.
      – Halo? – westchnął.
      – Cześć – usłyszał po drugiej stronie. 
      – Prosiłem, żebyś do mnie nie dzwoniła.
      – Przepraszam! Chciałam spytać, czy oprowadzisz mnie jeszcze? 
      – Myślałem, że najważniejsze rzeczy już kojarzysz...?
      – Kiepską mam pamięć... – stwierdziła, a on westchnął raz jeszcze. 
      – To wyjaśnia, czemu do mnie dzwonisz, chociaż ci zabroniłem.
      – Nie zabroniłeś, prosiłeś żebym nie dzwoniła – zauważyła, a on warknął do siebie. – Okay?
      – Nie, nie okay! Czy to jest takie trudne zapamiętać? 
      – Przepraszam – rzuciła ponownie. – Nie... nie musisz tego robić, jak nie chcesz... Mogę sama iść i...
      – I się zgubić. Spokojnie, pójdę, ale ostatni raz, dobra?
      – Dziękuję! 
      – Nie ma za co. O której chcesz iść?
      – Eee... Mi... eee... a ty? O której?
      – Próbowałaś powiedzieć, że tobie to obojętne? 
      – Yhym.
      – No okay. Może za godzinę? Bo wiesz, dopiero wstałem i...
      – Obudziłam cię?
      – Nie. Więc... do zobaczenia? Gdzie się spotykamy?
      – Ym... Może nad tym jeziorkiem nad którym pierwszy się raz spotkaliśmy?
      – Trochę ci zabrakło do tego, by brzmiało to normalnie, ale okay. Więc do zobaczenia nad stawem.


  Pożegnali się. Ross jeszcze chwilę poleżał, bo należał do tych ludzi, którzy szybko potrafią się przygotować do wyjścia, oczywiście jeśli im się chce. Po chwili podniósł się i wciągnął na siebie czyste ubrania. Potem mocował się z rozczochranymi, niechętnymi do współpracy włosami, które sterczały mu na wszystkie strony, a wielokrotne zaczesywanie nie działało. Gdy w końcu w miarę się ogarnął zszedł na dół i odgrzał sobie nie zjedzone śniadanie. Stormie posłała mu zaskoczone spojrzenie. Prezentował się... inaczej. Zwykle nie wychodził w koszulach, no bo po co? Teraz jednak miał jedną na sobie i wcale nie wydawał się do tego zmuszony.
      – Idziesz na spotkanie z Caroline?
      – Camille, mamo, no i nie, nie z nią – poprawił ją.
      – To w takim razie z kim?
      – Znajoma prosi, żebym ją oprowadził. To pewnie jednorazowy wypad, więc nie musisz się martwić.
      – Czym mam się martwić, Ross? Tym, że spotykasz się z przyjaciółmi?
      – Ona jest tylko koleżanką, mamo, nawet nie przyjaciółką. No i jest irytująca.
      – Ach tak?
      – No. Wydzwania do mnie, męczy o spotkanie... 
      – Pewnie cię lubi.
      – No i nie zna dokładnie języka. Ciężko jest się z nią dogadać i trzeba ją ciągle poprawiać.
      Możesz jej w tym chyba pomóc, hm?
      – Nie jestem typem nauczyciela, nie byłbym w tym dobry. Poza tym, mam nadzieję, że więcej jej nie zobaczę – mruknął i wsadził pusty talerz do zmywarki. Następnie wziął klucze i bluzę, pocałował mamę w policzek i wyszedł z domu podgwizdując sobie.
  Szedł żwawym krokiem w stronę miejsca, w którym się umówili, miejsca, które niedawno było jego tajną kryjówką. Teraz się to zmieniło. Na pomoście siedziała szatynka, z którą miał się przejść. Nie zauważyła go. Siedziała z nogami zwisającymi nad wodą i splecionymi wokół ramion rękami. Trzęsła się. Zrozumiałe - dzień był chłodny, a ona miała na sobie tylko koszulkę z krótkim rękawem i legginsy. 
      – Cześć – rzucił. Odwróciła się, a on zarejestrował, że miała mokre oczy i policzki. Nie była czerwona czy coś, ale wiedział, że płakała
      – Cześć – odpowiedziała przecierając twarz ręką. Pociągnęła nosem i wstała. Przepraszam, że jak łajza wyglądam.
      Nie no, coś ty – odparł i podszedł bliżej. Zadrżała i zrobiła krok do tyłu. – Coś nie tak?
      Zły jesteś.
      – Ej, nie depczę ludziom grządek, nie przebijam opon w rowerach i nie śmiecę. Jestem typem człowieka pomagającego staruszkom na przejściach dla pieszych lub pomagającym małym kotkom zejść z drzewa. Twoja uwaga jest dla mnie nie zrozumiała.
      – Mam na myśli e... ty złościsz się... na mnie... prawda to? – spytała smutno, a on spojrzał na nią zaskoczony. 
      – Eee... No wiesz, prosiłem, żebyś nie dzwoniła, a ty mimo wszystko to robisz. To może wytrącić z równowagi, zwłaszcza wtedy, gdy się powtarza.
      – Przepraszam. Nie chcę, byś nie lubił mnie. 
      Naprawdę musim popracować nad twoim angielskim. On rani moje uszy...
      Nie ma możliwości, byś przestał mnie nie lubić?
      – Eee... wyjąkał i spojrzał na jej smutne oczy. Była potwornie blada, no i ciągle się trzęsła. Zmiękł. Zdjął z siebie bluzę i zarzucił jej na ramiona. – Nie wiem, ale nie będziesz marznąć.
      – Dz... Dziękuję – odpowiedziała, ledwie zauważalnie się rumieniąc. Zaskoczyło go to, nawet bardzo
      No dobra – powiedział i odkaszlnął. – Koniec pogaduszek. Miałem cię oprowadzić.
     

  
  Po trzydziestu minutach spędzonych na pokazywaniu Laurze różnych miejsc w mieście, tłumaczeniu, czym są różne przedmioty i poprawianiu jej angielskiego, musieli przejść obok McDonalda. Westchnęła i zatrzymała się.
      – Laura? – spytał, również się zatrzymując. Ona patrzyła się na budynek rozmarzona. – Coś nie tak?
      – Jeść.
      – Ooo... No właśnie, co ty tu jesz? I jak? – zapytał, a ona jęknęła. – Bo jesz, prawda?
      – Ciężko jest jedzenie tu znaleźć... szepnęła, a on wlepił w nią swoje spojrzenie. Później sięgnął do kieszeni. Znalazł kilka banknotów i... bingo, kartę kredytową. Złapał szatynkę za ramię i poprowadził w stronę wejścia. – Co ty robić?
      – Idziemy kupić ci coś do jedzenia. Nie będziesz głodować.
      – Ale nie trzeba!
      Właśnie, że trzeba. Każdy musi jeść, ty również – warknął i wprowadził ją do środka. Pchnął ją na pierwsze puste miejsce, kazał zaczekać, po czym stanął w kolejce.
  Wrócił do niej z trzema hamburgerami, dwoma pudełkami nuggetsów oraz pięcioma paczkami frytek, do tego cola.
      – Co to?
      – Jedzenie, a raczej jego imitacja. Tłuste i niezdrowe, ale na lepsze nie ma co liczyć – odpowiedział i podsunął jej kurczaka. – Smacznego dodał z uśmiechem i wgryzł się w kanapkę. Dziewczyna sięgnęła po kurczaka i ugryzła go niepewnie. Jej mina zmieniła się diametralnie. Po chwili jadła piątego, zagryzając frytkami i popijając colą. – Ej, nie wypij wszystkiego.
      – Ale dobre to! – zachwycała się. Zaśmiał się cicho.
      – No, można tak powiedzieć.
      – Niesamowite! – pisnęła i sięgnęła po kanapkę, której on nie zjadł. On za to złapał nuggetsy i podkradał frytki. 
      – Więc... eee... Co lubisz? – spytał. Posłała mu zdziwione spojrzenie. Co robisz w wolnym czasie?
      – Nie mam go dużo... ostatnio... problemy są na Ellanie duże i... 
      A jak już go masz? Co robisz wtedy?
      Cz... Czytam? Może gram – mruknęła niepewnie, jednak zaciekawiła go tym.
      Na czym grasz? – spytał, a ona udawała, że gra na owym instrumencie. – Na pianinie?
      – A... A tak się to u was nazywa? zapytała, na co on przytaknął z uśmiechem. 
      A co czytasz?
      – Cokolwiek wpadnie mi w ręce. 
      Świetnie! – pochwalił ją. Wydała się być zaskoczona. – Nie zrobiłaś żadnych błędów w ostatnich dwóch zdaniach. To wielki postęp! – chwalił ją, wywołując na jej policzkach rumieńce. 
      – Dz... dziękuję... Ross – mruknęła. 
      – Ej, wypowiedziałaś moje imię jakby to było przekleństwo, co się dzieje?
      – Nic... Chcę byś nie był zły na mnie tylko... – odpowiedziała przybita.    
      Nie jestem na ciebie zły... – zauważył.
      Ale nie lubisz mnie.
      – Bo czasem jesteś irytująca
      Czyli nie ma szans, że przekonasz się do mnie? – Wydawała się być bardzo smutna. – Już o Ellan nie chodzi teraz, ja chcę tylko mieć... – zatrzymała się na chwilę. Wpatrywał się w nią zdziwiony, jednak ona nie mówiła. W jej oczach pojawiły się łzy, budząc poczucie winy blondyna.
       – Hej, nie płacz. Jest okay, jakiego słowa chciałaś użyć?
       – Chcę tylko mieć przyjaciela dokończyła i przetarła oczy ręką. Czuł się okropnie. Nie wiedział nic o tej dziewczynie, kosmitce, jeden kit, jednak mimo wszystko zwracał uwagę na okoliczności, w których się poznali. Może powinien dowiedzieć się nieco więcej o niej i spędzić parę chwil razem?
  Ross cicho westchnął, spojrzał w dół i wyprostował się w krześle. Naprawdę czuł się okropnie. Zdał sobie sprawę z tego, że jego zachowanie symbolizuje czystą hipokryzję - miał swojej rodzinie za złe to, że nie akceptują jego dziewczyny, choć nie zdążyli jej dobrze poznać, a sam przekreśla szanse na dobry kontakt z dziewczyną, o której wie niewiele, właściwie nic.
      - Przepraszam - powiedział szczerze. Nie wiedział, jak ma się wytłumaczyć, no bo w końcu co miałby jej powiedzieć? "Sorry, ale jesteś kosmitką, a na dodatek mama nie pozwoliła mi rozmawiać z nieznajomymi"? Nie było wytłumaczenia. Laura widocznie chciała nawiązać z nim kontakt i chciała tylko trochę pomocy od niego, bo najwyraźniej uznała, że jest najbardziej odpowiedni. - Wiem, że nie powinienem, ale... Dalej do mnie nie dociera, że ty faktycznie możesz nie być... No wiesz... Stąd. - Laura spojrzała na niego nieco zdziwiona, ale po chwili chyba do niej dotarło, co Ross miał na myśli. - Przepraszam też za to, że mówiłem, że jesteś irytująca, po prostu myślałem, że  się może ode mnie odczepisz. Przy okazji przepraszam też, za to, co przed chwilą powiedziałem, nie chcę, żebyś się odczepiała, to znaczy, teraz wiem, co zro-...
      - W porządku - przerwała mu Laura z delikatnym uśmiechem na twarzy. Chyba trochę smutnym. - Naprawdę. Miałeś prawo zareagować tak, ja winić nie mogę cię. 
      - Miałeś prawo tak zareagować, nie mogę cię winić - poprawił ją Ross.
      - Więc...
      - Więc co?
      - To ja pytam ciebie. Co zrobić chcesz w związku z tym?
      - Najpierw chcę cię trochę lepiej poznać - wyjaśnił. - Ile masz lat, czego nie lubisz, no i przede wszystkim fajnie by było dowiedzieć się czegoś więcej o tej planecie, z której pochodzisz - dodał ściszonym głosem.
      - Mam 76 lat rocznikowo w przeliczeniu na ziemskie, tak naprawdę to 19, rocznikowo też.
  "Jest ode mnie dwa lata młodsza", pomyślał Ross.
      - Nie lubię, kiedy ktoś jest strasznie niemiły. To znaczy się, przykro się robi mi. I jak ktoś śmieci. Ale to chyba przez zdarzające się rzeczy na Ellanie. A co do Ellanu - chwyciła frytkę i ją zjadła - Moi rodzice jak mieli prawie 40 lat i astronautami byli, wysłali ich na taką planetę, na której podejrzewali, że można żyć. Było parę z nimi naukowców, którzy ich przystosowali do życia tam. 
      - Stop - przerwał jej Ross. - Ile oni tam lecieli? Przecież to... To inna galaktyka. Coś takiego trwa wiecznie.
      - Niby tak, ale na Ellanie kiedyś żyli ludzie inni. I oni sposób wynaleźli sposób, jak można szybko się przemieszczać we wszechświecie. Byli bardziej doświadczeni niż my teraz. No i najpierw oni szukali życia na innych planetach w kosmosie i znaleźli. Chcieli skontaktować się, więc nową technikę opracowali i polecieli. Ale nikt nie wierzył im. Podobno był wtedy rok tu 1600 i nie wierzył w takie rzeczy nikt. Dopiero po jakimś czasie przybyli znów na Ziemię i moi rodzice oraz wielu innych ludzi polecieli z nimi, aby zbadać wszystko to. Poza tym, to nie inna galaktyka, a układ inny. Czas płynie cztery razy szybciej. Podczas pierwszego spotkania naszego powiedziałam ci, że wolniej, ale się pomyliłam.
      - Dalej nie rozumiem - przyznał blondyn. - Jeśli ty masz 76 lat w przeliczeniu na ziemskie, to... ile mają twoi rodzice?
      - Posłuchaj - moi rodzice mieli 40 lat ziemskich, kiedy na Ellan ich wzięto. W przeliczeniu na ellańskie mieli ich 10 tylko. Ale przyjęło się, że skoro na Ziemi mieli 40, to i tam będą tyle mieli, bo na dzięsięciolatków nie wyglądają. No więc 40 lat już mają. Następne 4 ellańskie (16 ziemskich) spędzili na Ellanie, aż w końcu ja się urodziłam. No i mam 19 ellańskich, czyli 76 ziemskich. Policz sobie.
  Ross spróbował wytężyć swój umysł, choć łatwe to nie było. 40 lat ziemskich, potem 16 lat ziemskich... 56. A potem... 76 ziemskich... Czyli, że urodzili się 130 lat temu. Ellańskich mają 63.
      - Twoi rodzice urodzili się w 1886? - zdziwił się. 
      - Tak - odpowiedziała Laura z obojętną miną. - To dawno temu?
      - Bardzo. Aktualnie na Ziemi żyją tylko dwie osoby urodzone przed 1900.
      - Są tam jeszcze starsze osoby - przyznała Laura. - Jeden był pan urodzony jakieś dwadzieścia lat przed nimi, gdzieś w 1865 chyba
      - Czyli 151 lat... O Boże. Ma 84 lata ellańskie, tak?
      - Tak. I pewnie jeszcze trochę przeżyje sobie - uśmiechnęła się, a raczej znów spróbowała. - Też starzejemy się wolniej, to się znaczy, żyjemy dłużej. Zazwyczaj się umiera jak ma się lat około 120 ellańskich.
  Ross złapał się za głowę. To chyba sekret długowieczności. Mają 480 lat ziemskich, kiedy umierają. Nie był pewny, czy chce tam lecieć; właściwie to był pewny, że nigdy tam nie postawi stopy. Jak mógłby zostawić rodzinę, przyjaciół, karierę dla ratowania jakiejś planetki? Tak w sumie to jaki oni mają problem?
      - Chodzi o to, że była u nas epidemia pewnej choroby, groźnej bardzo, ludzie powymierali w czasie krótkim - zaczęła opowiadać, kiedy ją o to poprosił. Wzięła do ust kolejną frytkę, a potem kolejną i jeszcze kolejną. Już myślał, że skończyła, kiedy znów się odezwała: - Umarła połowa ponad populacji.
      - Umarła ponad połowa populacji - znów ją poprawił.
      - No więc umarła ponad połowa populacji. Chorych i ludzi przenoszących chorobę zamknęliśmy w izolatkach i próbujemy wyleczyć, ale do tego czasu musimy my odnowić wszystko. Szukaliśmy jakichś ludzi zdrowych z planety Ziemia, od których moglibyśmy pobrać cząsteczki do klonowania potrzebne. Mamy pewien generator, w którym nawet możemy wybrać płeć i wiek osoby, potem też na przykład włosów i oczu kolor. I wzrost - mówiła, a Rossa coraz bardziej to fascynowało. - Być muszą to w pełni zdrowi ludzie, no i wybrano między innymi ciebie.
      - Między innymi? Więc komu też trafił się taki koszmar?
      - Dziewiętnastu innym osobom. Mamy też rezerwową listę. Jeśli oddasz cząstkę siebie, to musisz zostać Ellańczykiem, bo trwa to jakieś 30-40 godzin, a jako Ziemianin na Ellanie tylko około 17 przetrwasz.
      - Nie można zrobić tego tutaj? Pytam z ciekawości, bo na pewno nie będę się w takie rzeczy bawić.
      - Nie, maszyna jest za ciężka, aby było można ją przewozić w rakiecie.
      - Cóż, mnie na pewno nie przekonasz do czegoś takiego. Nie ma mowy - stwierdził. Spojrzała na niego zrozpaczonym wzrokiem.
      - Ale...
      - Nie, Laura. Nie mieszam się w to. Nie mam pojęcia, dlaczego ja, jest masa innych ludzi, których moglibyście wybrać. Przepraszam, ale nie - zakończył, wstał i wyszedł, zostawiając ją samą. 



____________________
No elo.
Tu Isabella.
A Clarisse siedzi obok hehe.
Ona pisała te z krótkimi myślnikami lol.
Ja jestem wyznawcą długich myślników.
CO sądzicie o rozdziale?
Którego nie było przez prawie... 
*czas na sprawdzenie tego na bloggerze*
O, trzy miesiące!
 Toż to wspaniała okazja, by go dodać,
 nie sądzicie???
Dobra, lepiej się zamknę.
Pozdrawiam
~Is
Is nie chciała mnie dodać do pozdrowień, więc muszę to zrobić sama.
a to sucz
Więc - dobranoc pyry moje
~C