czwartek, 6 sierpnia 2015

(III) Rozdział 4: "It takes a lot to know a woman, a lot to understand what's humming"

  Następnego ranka Ross był... niewyspany. Szedł właśnie do domu, bardzo niechętnie, po opuszczeniu domu Camille. Wiedział, że czeka go wywiad jego rodziny, ale nie przejmował się za bardzo. Spędził miło wieczór, miło noc... Efekty? Idzie jak zombie i zresztą tak się czuje. 
  W jego domu jest cicho. Nie dziwi go to, jest 08:00, wszyscy śpią... On też mógł, ale przyszli rodzice jego dziewczyny, a nie chciał zostać wytargany z jej domu za którąś z części ciała... Do wszystkich jest dosyć mocno przywiązany! Musiał zwiewać oknem, po drzewie. Lepszego pomysłu nie miał, ale nakryty nie został, tyle dobrze. 
  Wszedł po schodach na górę, prosto do siebie. Kot leżał na poduszce i lizał sobie łapy. Blondyn opadł na łóżko obok niego i westchnął z ulgą. Zwierzak położył się na jego plecach i również usnął. 
  Chłopak nie spał jednak zbyt długo - godzinę później obudzili go na śniadanie. Zszedł z powrotem na dół i usiadł w kuchni, starając się nie wyglądać na zmęczonego. Oraz rozróżniać kubek od widelca. Napił się kawy, jednak nie wiele to zdziałało. Miejsca przy stole powoli zaczynało brakować, co oznaczało mniej więcej, że można już jeść. Na stole pojawiły się naleśniki, omlety i bekon. Blondyn musiał bardzo skupić wzrok na znajdujących się na stole potrawach, nie chciał wbić widelca w rękę kogoś z rodziny.
      – Ross? Dobrze się czujesz? – spytała Stormie, a on mruknął coś niezrozumiale. 
      – Chce mi się po prostu spać... – odpowiedział upijając kolejny łyk kawy. Nadal nie czuł się lepiej. 
      – Czego ci nałożyć? – spytała go, a on wymruczał coś o omletach i bekonie. Dostał swoje "zamówienie" i zaczął jeść, dosyć mocno ściskając widelec. 
      – Nie złam go – oznajmił Riker, a on mruknął coś raz jeszcze. Po chwili zrezygnował i oparł się o oparcie krzesła.
      – Może chcesz się jeszcze położyć? Odgrzeję ci później – zaproponowała jego mama, a on przytaknął.
      – Było w nocy spać, a nie robić nie wiadomo co – warknął do niego Rik.
      – A chcesz w dziób? – spytał półprzytomnie Ross. Ryland podszedł do niego i pomógł mu wstać. – Co ty robisz? – spytał, po czym ziewnął głośno.
      – Pomagam ci – syknął młodszy i zaprowadził go do pokoju. Tam blondyn padł na łóżko i prawie natychmiast zasnął.


  Obudził się po dwunastej. Niebo za oknem było zachmurzone, ale on czuł się jako tako wyspany. Podniósł się i złapał telefon. Nikt do niego nie pisał, raz dzwonił. I nie była to osoba z którą chciałby pogadać. A co najważniejsze - dzwoniła znowu. 
Niepewnie przesunął palcem po ekranie i przyłożył aparat do ucha.
      – Halo? – westchnął.
      – Cześć – usłyszał po drugiej stronie. 
      – Prosiłem, żebyś do mnie nie dzwoniła.
      – Przepraszam! Chciałam spytać, czy oprowadzisz mnie jeszcze? 
      – Myślałem, że najważniejsze rzeczy już kojarzysz...?
      – Kiepską mam pamięć... – stwierdziła, a on westchnął raz jeszcze. 
      – To wyjaśnia, czemu do mnie dzwonisz, chociaż ci zabroniłem.
      – Nie zabroniłeś, prosiłeś żebym nie dzwoniła – zauważyła, a on warknął do siebie. – Okay?
      – Nie, nie okay! Czy to jest takie trudne zapamiętać? 
      – Przepraszam – rzuciła ponownie. – Nie... nie musisz tego robić, jak nie chcesz... Mogę sama iść i...
      – I się zgubić. Spokojnie, pójdę, ale ostatni raz, dobra?
      – Dziękuję! 
      – Nie ma za co. O której chcesz iść?
      – Eee... Mi... eee... a ty? O której?
      – Próbowałaś powiedzieć, że tobie to obojętne? 
      – Yhym.
      – No okay. Może za godzinę? Bo wiesz, dopiero wstałem i...
      – Obudziłam cię?
      – Nie. Więc... do zobaczenia? Gdzie się spotykamy?
      – Ym... Może nad tym jeziorkiem nad którym pierwszy się raz spotkaliśmy?
      – Trochę ci zabrakło do tego, by brzmiało to normalnie, ale okay. Więc do zobaczenia nad stawem.


  Pożegnali się. Ross jeszcze chwilę poleżał, bo należał do tych ludzi, którzy szybko potrafią się przygotować do wyjścia, oczywiście jeśli im się chce. Po chwili podniósł się i wciągnął na siebie czyste ubrania. Potem mocował się z rozczochranymi, niechętnymi do współpracy włosami, które sterczały mu na wszystkie strony, a wielokrotne zaczesywanie nie działało. Gdy w końcu w miarę się ogarnął zszedł na dół i odgrzał sobie nie zjedzone śniadanie. Stormie posłała mu zaskoczone spojrzenie. Prezentował się... inaczej. Zwykle nie wychodził w koszulach, no bo po co? Teraz jednak miał jedną na sobie i wcale nie wydawał się do tego zmuszony.
      – Idziesz na spotkanie z Caroline?
      – Camille, mamo, no i nie, nie z nią – poprawił ją.
      – To w takim razie z kim?
      – Znajoma prosi, żebym ją oprowadził. To pewnie jednorazowy wypad, więc nie musisz się martwić.
      – Czym mam się martwić, Ross? Tym, że spotykasz się z przyjaciółmi?
      – Ona jest tylko koleżanką, mamo, nawet nie przyjaciółką. No i jest irytująca.
      – Ach tak?
      – No. Wydzwania do mnie, męczy o spotkanie... 
      – Pewnie cię lubi.
      – No i nie zna dokładnie języka. Ciężko jest się z nią dogadać i trzeba ją ciągle poprawiać.
      – Możesz jej w tym chyba pomóc, hm?
      – Nie jestem typem nauczyciela, nie byłbym w tym dobry. Poza tym, mam nadzieję, że więcej jej nie zobaczę – mruknął i wsadził pusty talerz do zmywarki. Następnie wziął klucze i bluzę, pocałował mamę w policzek i wyszedł z domu podgwizdując sobie.
  Szedł żwawym krokiem w stronę miejsca, w którym się umówili, miejsca, które niedawno było jego tajną kryjówką. Teraz się to zmieniło. Na pomoście siedziała szatynka, z którą miał się przejść. Nie zauważyła go. Siedziała z nogami zwisającymi nad wodą i splecionymi wokół ramion rękami. Trzęsła się. Zrozumiałe - dzień był chłodny, a ona miała na sobie tylko koszulkę z krótkim rękawem i legginsy. 
      – Cześć – rzucił. Odwróciła się, a on zarejestrował, że miała mokre oczy i policzki. Nie była czerwona czy coś, ale wiedział, że płakała. 
      – Cześć – odpowiedziała przecierając twarz ręką. Pociągnęła nosem i wstała. – Przepraszam, że jak łajza wyglądam.
      – Nie no, coś ty – odparł i podszedł bliżej. Zadrżała i zrobiła krok do tyłu. – Coś nie tak?
      – Zły jesteś.
      – Ej, nie depczę ludziom grządek, nie przebijam opon w rowerach i nie śmiecę. Jestem typem człowieka pomagającego staruszkom na przejściach dla pieszych lub pomagającym małym kotkom zejść z drzewa. Twoja uwaga jest dla mnie nie zrozumiała.
      – Mam na myśli e... ty złościsz się... na mnie... prawda to? – spytała smutno, a on spojrzał na nią zaskoczony. 
      – Eee... No wiesz, prosiłem, żebyś nie dzwoniła, a ty mimo wszystko to robisz. To może wytrącić z równowagi, zwłaszcza wtedy, gdy się powtarza.
      – Przepraszam. Nie chcę, byś nie lubił mnie. 
      – Naprawdę musimy  popracować nad twoim angielskim. On rani moje uszy...
      – Nie ma możliwości, byś przestał mnie nie lubić?
      – Eee... – wyjąkał i spojrzał na jej smutne oczy. Była potwornie blada, no i ciągle się trzęsła. Zmiękł. Zdjął z siebie bluzę i zarzucił jej na ramiona. – Nie wiem, ale nie będziesz marznąć.
      – Dz... Dziękuję – odpowiedziała, ledwie zauważalnie się rumieniąc. Zaskoczyło go to, nawet bardzo. 
      – No dobra – powiedział i odkaszlnął. – Koniec pogaduszek. Miałem cię oprowadzić.
     

  
  Po trzydziestu minutach spędzonych na pokazywaniu Laurze różnych miejsc w mieście, tłumaczeniu, czym są różne przedmioty i poprawianiu jej angielskiego, musieli przejść obok McDonalda. Westchnęła i zatrzymała się.
      – Laura? – spytał, również się zatrzymując. Ona patrzyła się na budynek rozmarzona. – Coś nie tak?
      – Jeść.
      – Ooo... No właśnie, co ty tu jesz? I jak? – zapytał, a ona jęknęła. – Bo jesz, prawda?
      – Ciężko jest jedzenie tu znaleźć... – szepnęła, a on wlepił w nią swoje spojrzenie. Później sięgnął do kieszeni. Znalazł kilka banknotów i... bingo, kartę kredytową. Złapał szatynkę za ramię i poprowadził w stronę wejścia. – Co ty robić?
      – Idziemy kupić ci coś do jedzenia. Nie będziesz głodować.
      – Ale nie trzeba!
      – Właśnie, że trzeba. Każdy musi jeść, ty również – warknął i wprowadził ją do środka. Pchnął ją na pierwsze puste miejsce, kazał zaczekać, po czym stanął w kolejce.
  Wrócił do niej z trzema hamburgerami, dwoma pudełkami nuggetsów oraz pięcioma paczkami frytek, do tego cola.
      – Co to?
      – Jedzenie, a raczej jego imitacja. Tłuste i niezdrowe, ale na lepsze nie ma co liczyć – odpowiedział i podsunął jej kurczaka. – Smacznego – dodał z uśmiechem i wgryzł się w kanapkę. Dziewczyna sięgnęła po kurczaka i ugryzła go niepewnie. Jej mina zmieniła się diametralnie. Po chwili jadła piątego, zagryzając frytkami i popijając colą. – Ej, nie wypij wszystkiego.
      – Ale dobre to! – zachwycała się. Zaśmiał się cicho.
      – No, można tak powiedzieć.
      – Niesamowite! – pisnęła i sięgnęła po kanapkę, której on nie zjadł. On za to złapał nuggetsy i podkradał frytki. 
      – Więc... eee... Co lubisz? – spytał. Posłała mu zdziwione spojrzenie. – Co robisz w wolnym czasie?
      – Nie mam go dużo... ostatnio... problemy są na Ellanie duże i... 
      – A jak już go masz? Co robisz wtedy?
      – Cz... Czytam? Może gram – mruknęła niepewnie, jednak zaciekawiła go tym.
      – Na czym grasz? – spytał, a ona udawała, że gra na owym instrumencie. – Na pianinie?
      – A... A tak się to u was nazywa? – zapytała, na co on przytaknął z uśmiechem. 
      – A co czytasz?
      – Cokolwiek wpadnie mi w ręce. 
      – Świetnie! – pochwalił ją. Wydała się być zaskoczona. – Nie zrobiłaś żadnych błędów w ostatnich dwóch zdaniach. To wielki postęp! – chwalił ją, wywołując na jej policzkach rumieńce. 
      – Dz... dziękuję... Ross – mruknęła. 
      – Ej, wypowiedziałaś moje imię jakby to było przekleństwo, co się dzieje?
      – Nic... Chcę byś nie był zły na mnie tylko... – odpowiedziała przybita.    
      – Nie jestem na ciebie zły... – zauważył.
      – Ale nie lubisz mnie.
      – Bo czasem jesteś irytująca. 
      – Czyli nie ma szans, że przekonasz się do mnie? – Wydawała się być bardzo smutna. – Już o Ellan nie chodzi teraz, ja chcę tylko mieć... – zatrzymała się na chwilę. Wpatrywał się w nią zdziwiony, jednak ona nie mówiła. W jej oczach pojawiły się łzy, budząc poczucie winy blondyna.
       – Hej, nie płacz. Jest okay, jakiego słowa chciałaś użyć?
       – Chcę tylko mieć przyjaciela – dokończyła i przetarła oczy ręką. Czuł się okropnie. Nie wiedział nic o tej dziewczynie, kosmitce, jeden kit, jednak mimo wszystko zwracał uwagę na okoliczności, w których się poznali. Może powinien dowiedzieć się nieco więcej o niej i spędzić parę chwil razem?
  Ross cicho westchnął, spojrzał w dół i wyprostował się w krześle. Naprawdę czuł się okropnie. Zdał sobie sprawę z tego, że jego zachowanie symbolizuje czystą hipokryzję - miał swojej rodzinie za złe to, że nie akceptują jego dziewczyny, choć nie zdążyli jej dobrze poznać, a sam przekreśla szanse na dobry kontakt z dziewczyną, o której wie niewiele, właściwie nic.
      - Przepraszam - powiedział szczerze. Nie wiedział, jak ma się wytłumaczyć, no bo w końcu co miałby jej powiedzieć? "Sorry, ale jesteś kosmitką, a na dodatek mama nie pozwoliła mi rozmawiać z nieznajomymi"? Nie było wytłumaczenia. Laura widocznie chciała nawiązać z nim kontakt i chciała tylko trochę pomocy od niego, bo najwyraźniej uznała, że jest najbardziej odpowiedni. - Wiem, że nie powinienem, ale... Dalej do mnie nie dociera, że ty faktycznie możesz nie być... No wiesz... Stąd. - Laura spojrzała na niego nieco zdziwiona, ale po chwili chyba do niej dotarło, co Ross miał na myśli. - Przepraszam też za to, że mówiłem, że jesteś irytująca, po prostu myślałem, że  się może ode mnie odczepisz. Przy okazji przepraszam też, za to, co przed chwilą powiedziałem, nie chcę, żebyś się odczepiała, to znaczy, teraz wiem, co zro-...
      - W porządku - przerwała mu Laura z delikatnym uśmiechem na twarzy. Chyba trochę smutnym. - Naprawdę. Miałeś prawo zareagować tak, ja winić nie mogę cię. 
      - Miałeś prawo tak zareagować, nie mogę cię winić - poprawił ją Ross.
      - Więc...
      - Więc co?
      - To ja pytam ciebie. Co zrobić chcesz w związku z tym?
      - Najpierw chcę cię trochę lepiej poznać - wyjaśnił. - Ile masz lat, czego nie lubisz, no i przede wszystkim fajnie by było dowiedzieć się czegoś więcej o tej planecie, z której pochodzisz - dodał ściszonym głosem.
      - Mam 76 lat rocznikowo w przeliczeniu na ziemskie, tak naprawdę to 19, rocznikowo też.
  "Jest ode mnie dwa lata młodsza", pomyślał Ross.
      - Nie lubię, kiedy ktoś jest strasznie niemiły. To znaczy się, przykro się robi mi. I jak ktoś śmieci. Ale to chyba przez zdarzające się rzeczy na Ellanie. A co do Ellanu - chwyciła frytkę i ją zjadła - Moi rodzice jak mieli prawie 40 lat i astronautami byli, wysłali ich na taką planetę, na której podejrzewali, że można żyć. Było parę z nimi naukowców, którzy ich przystosowali do życia tam. 
      - Stop - przerwał jej Ross. - Ile oni tam lecieli? Przecież to... To inna galaktyka. Coś takiego trwa wiecznie.
      - Niby tak, ale na Ellanie kiedyś żyli ludzie inni. I oni sposób wynaleźli sposób, jak można szybko się przemieszczać we wszechświecie. Byli bardziej doświadczeni niż my teraz. No i najpierw oni szukali życia na innych planetach w kosmosie i znaleźli. Chcieli skontaktować się, więc nową technikę opracowali i polecieli. Ale nikt nie wierzył im. Podobno był wtedy rok tu 1600 i nie wierzył w takie rzeczy nikt. Dopiero po jakimś czasie przybyli znów na Ziemię i moi rodzice oraz wielu innych ludzi polecieli z nimi, aby zbadać wszystko to. Poza tym, to nie inna galaktyka, a układ inny. Czas płynie cztery razy szybciej. Podczas pierwszego spotkania naszego powiedziałam ci, że wolniej, ale się pomyliłam.
      - Dalej nie rozumiem - przyznał blondyn. - Jeśli ty masz 76 lat w przeliczeniu na ziemskie, to... ile mają twoi rodzice?
      - Posłuchaj - moi rodzice mieli 40 lat ziemskich, kiedy na Ellan ich wzięto. W przeliczeniu na ellańskie mieli ich 10 tylko. Ale przyjęło się, że skoro na Ziemi mieli 40, to i tam będą tyle mieli, bo na dzięsięciolatków nie wyglądają. No więc 40 lat już mają. Następne 4 ellańskie (16 ziemskich) spędzili na Ellanie, aż w końcu ja się urodziłam. No i mam 19 ellańskich, czyli 76 ziemskich. Policz sobie.
  Ross spróbował wytężyć swój umysł, choć łatwe to nie było. 40 lat ziemskich, potem 16 lat ziemskich... 56. A potem... 76 ziemskich... Czyli, że urodzili się 130 lat temu. Ellańskich mają 63.
      - Twoi rodzice urodzili się w 1886? - zdziwił się. 
      - Tak - odpowiedziała Laura z obojętną miną. - To dawno temu?
      - Bardzo. Aktualnie na Ziemi żyją tylko dwie osoby urodzone przed 1900.
      - Są tam jeszcze starsze osoby - przyznała Laura. - Jeden był pan urodzony jakieś dwadzieścia lat przed nimi, gdzieś w 1865 chyba. 
      - Czyli 151 lat... O Boże. Ma 84 lata ellańskie, tak?
      - Tak. I pewnie jeszcze trochę przeżyje sobie - uśmiechnęła się, a raczej znów spróbowała. - Też starzejemy się wolniej, to się znaczy, żyjemy dłużej. Zazwyczaj się umiera jak ma się lat około 120 ellańskich.
  Ross złapał się za głowę. To chyba sekret długowieczności. Mają 480 lat ziemskich, kiedy umierają. Nie był pewny, czy chce tam lecieć; właściwie to był pewny, że nigdy tam nie postawi stopy. Jak mógłby zostawić rodzinę, przyjaciół, karierę dla ratowania jakiejś planetki? Tak w sumie to jaki oni mają problem?
      - Chodzi o to, że była u nas epidemia pewnej choroby, groźnej bardzo, ludzie powymierali w czasie krótkim - zaczęła opowiadać, kiedy ją o to poprosił. Wzięła do ust kolejną frytkę, a potem kolejną i jeszcze kolejną. Już myślał, że skończyła, kiedy znów się odezwała: - Umarła połowa ponad populacji.
      - Umarła ponad połowa populacji - znów ją poprawił.
      - No więc umarła ponad połowa populacji. Chorych i ludzi przenoszących chorobę zamknęliśmy w izolatkach i próbujemy wyleczyć, ale do tego czasu musimy my odnowić wszystko. Szukaliśmy jakichś ludzi zdrowych z planety Ziemia, od których moglibyśmy pobrać cząsteczki do klonowania potrzebne. Mamy pewien generator, w którym nawet możemy wybrać płeć i wiek osoby, potem też na przykład włosów i oczu kolor. I wzrost - mówiła, a Rossa coraz bardziej to fascynowało. - Być muszą to w pełni zdrowi ludzie, no i wybrano między innymi ciebie.
      - Między innymi? Więc komu też trafił się taki koszmar?
      - Dziewiętnastu innym osobom. Mamy też rezerwową listę. Jeśli oddasz cząstkę siebie, to musisz zostać Ellańczykiem, bo trwa to jakieś 30-40 godzin, a jako Ziemianin na Ellanie tylko około 17 przetrwasz.
      - Nie można zrobić tego tutaj? Pytam z ciekawości, bo na pewno nie będę się w takie rzeczy bawić.
      - Nie, maszyna jest za ciężka, aby było można ją przewozić w rakiecie.
      - Cóż, mnie na pewno nie przekonasz do czegoś takiego. Nie ma mowy - stwierdził. Spojrzała na niego zrozpaczonym wzrokiem.
      - Ale...
      - Nie, Laura. Nie mieszam się w to. Nie mam pojęcia, dlaczego ja, jest masa innych ludzi, których moglibyście wybrać. Przepraszam, ale nie - zakończył, wstał i wyszedł, zostawiając ją samą. 



____________________
No elo.
Tu Isabella.
A Clarisse siedzi obok hehe.
Ona pisała te z krótkimi myślnikami lol.
Ja jestem wyznawcą długich myślników.
CO sądzicie o rozdziale?
Którego nie było przez prawie... 
*czas na sprawdzenie tego na bloggerze*
O, trzy miesiące!
 Toż to wspaniała okazja, by go dodać,
 nie sądzicie???
Dobra, lepiej się zamknę.
Pozdrawiam
~Is
Is nie chciała mnie dodać do pozdrowień, więc muszę to zrobić sama.
a to sucz
Więc - dobranoc pyry moje
~C
                      

wtorek, 2 czerwca 2015

Dzień dobry...?

Mam dobrą informację. To znaczy, chyba.
Trochę się pochorowałam (zresztą jak zwykle) i mam cały tydzień wolny, co oznacza, że pewnie coś się pojawi :)
Taka mała przerwa od mojej przerwy.
Ogółem moja sytuacja się nieco ustatkowała, te najważniejsze testy mam za sobą, szansę chyba wykorzystałam, a i psychicznie czuję się trochę lepiej, dodatkowo - zbliżają się wakacje i minęło trochę czasu, co oznacza, że za niedługo wrócę do was i do Isabelle.
Jest tylko jedno ważne pytanie:
Kto tu jeszcze jest i ciekawi go to, co piszemy?
Więc pls, odzywać się, bo im większy odzew, tym większa motywacja do pisania, a szykuję coś baaaaaaaaaaaaardzo długiego.

Nie umiem kończyć notek, ups.

niedziela, 10 maja 2015

Notka / Isabelle / Blog again!

No witem witem.
Ogłaszam, iż jestem mocno sbkdbzhfnsjdb ponieważ współtwórczyni bloga ogłosiła przerwę.
Ja tego nie zrobię tylko dlatego, że gdybym była czytelnikiem tego bloga to bym się wk jqnsasdsd iła na mnie i Klaryse.
Jednak ogłoszenie brzmi:
Blog!
    Blog!
  Blog!
           Blog!
BLOOOOOOOOOOOG!
          Blog!
darknessbecomesme-raura.blogspot.com
winc zapraszam
i żegnam
rozdział może w przyszłym tygodniu
zobaczy się

~Isabelle Grace 


piątek, 8 maja 2015

Notka /Clarisse

Hej?
Nie mam pojęcia, jak zacząć tę notkę, której zresztą nigdy nie chciałam zaczynać. 
Wiem, jestem na Bloggerze tylko od roku, co ja o tym wiem, bla bla bla.
Może i niewiele, ale za to bardzo dużo mnie ta przygoda tu nauczyła.
Ale nie o tym.
Jak pewnie się spodziewacie, odchodzę z Bloggera (tymczasowo).
Pisanie nie sprawia mi już takiej przyjemności, co kiedyś, a publikowanie tego na blogu z hobby zmieniło się w uciążliwy obowiązek, z którego nie potrafię się wywiązać. Nie mam pojęcia, jakim cudem osoby tutaj prowadzą po pięć blogów, kiedy ja nie umiem zająć się dwoma, z czego jeden jest współdzielony...
Ironia, hm?
Poza tym, dzieje się u mnie bardzo dużo - zdecydowanie za dużo, żebym zaprzątała sobie głowę blogiem. Głównie chodzi o sprawy prywatne, którymi muszę się zająć sama. Kiedy się w końcu ogarnę, pewnie wrócę. Na razie nie mogę.
Do tego dochodzi jeszcze końcówka roku szkolnego, a ja dostałam szansę na rozwijanie swoich "talentów", której nie chcę zmarnować.
Jak już napisałam, to tylko tymczasowe. Mimo wszystko nie wytrzymałabym długo, bo bardzo was kocham.
Rozdział 8 na moim blogu (czy tam 9, sama nie pamiętam) pojawi się może za parę dni, bo mam jakieś 10 stron A4 i niemądrze byłoby to zmarnować.
Zostawiam was z Isabelle, jednakże to nie znaczy, że ja nie będę nic robić, o nie nie. W miarę możliwości będę jej pomagać. Moja przerwa wiąże się niestety z rzadszym publikowaniem rozdziałów, bo przecież Isabelle też ma niemało roboty.
Przepraszam.

czwartek, 7 maja 2015

Rozdział 3: "I won't let you go so don't let go of me, I wanted something more, I wanted this right here"

    – No dooobra, Rossiu, kim była ta dziewczyna z którą dzisiaj spacerowałeś? – spytał na wstępie Rocky. Młodszy pokręcił głową i wyjął sok z lodówki, a następnie odkręcił karton i wyżłopał pół jego zawartości. – Mama nie pozwala pić z gwinta. 
    – A czy mama tu jest?
    – Żebyś wiedział, młody człowieku.
    – Cześć, mamo, miło cię widzieć – uśmiechnął się, a ona wyrwała mu karton i odłożyła do lodówki. 
    – Co, Rossiu, zdradzasz Camillę?
    – Prawie trafiłeś, przygłupie – warknął. – Nie, nie zdradzam. Laura chciała, żebym oprowadził ją po mieście, ponieważ dopiero co przyjechała. No i pomagam jej z angielskim, bo jest z tego bardzo słaba. 
    – Aha, ale Camellia nie wie, że się z nią widujesz? – dopytywał.
    – Na imię ma Camille, no i nie wie, ponieważ raz się z Laurą widziałem. – tłumaczył Ross.
    – Każdy tak mówi - stwierdził Rocky i wyiągnął z szafki paczkę chipsów o smaku cebuli. - Ja na szczęście jestem wierny swojej wybrance. - Spojrzał na paczkę wzrokiem pełnym miłości. Zapewne też tak się czuł. Blondyn zaśmiał się w duchu i poszedł na górę, do swojego pokoju. Z kieszeni wyciągnął telefon i napisał do Camille. 

"Hej, co powiesz na kręgle? Jutro?"
"Brzmi fajnie. O której?" odpisała, a on uśmiechnął się sam do siebie.
"12:00? Wpadnę po Ciebie."
"Może być. To do jutra."
"Paa, kocham Cię. Dobranoc."
Po czym padł na łóżko i przygniótł zagrzebanego pod kocem Kota.
    – Sorry - mruknął do zwierzaka, który prychnął i zwiał pod kaloryfer. 


*dzień później*

Chłopak obudził się, gdy Kot wskoczył mu na brzuch, a raczej okolice podbrzusza. Jęknął, zepchnął zwierzaka i spojrzał na zegarek. 7:15. 
Co jest nie tak z tymi zwierzętami... Gorsze niż niewyłączony budzik. 
Albo brat.
    – WITAJ, ŚPIOCHU! – Do pokoju wleciał uśmiechnięty Rocky, gniotąc pod pachą pudełko ciasteczek. Na twarzy miał okruszki z czekolady, a oczy tak błyszczące, że Ross zastanawiał się, czy nie posypane brokatem. 
    – Nie – odpowiedział i schował się pod kołdrą. 
    – Słuchaj, dzisiaj jest bardzo bardzo bardzo bardzo ważny dzień! – Brat uparcie nie dawał mu spać. Za jego plecami Ross wyczaił niepewnego Rylanda, który rozglądał się po pomieszczeniu jakby go tu nigdy nie było.
    – Rocky, mama każe ci się zamknąć. 
    – Jedna osoba tanga nie zatańczy – odparł starszy.
    – Do prośby dołącza się Riker i tata, no i ja.
    – Ja też – stęknął blondyn, który wciąż leżał w łóżku. Podniósł się jednak do pozycji siedzącej i spojrzał na obu wrogo. – Wypad stąd, macie cały dom do kłócenia się.
    – Ale tam jest niefajnie. U ciebie przytulnie i Kot gryzie nogę od pianina...
    – To go kopnij, ale lekko. Miał tego nie robić. – Chłopak wstał i się przeciągnął. Już czuł, z jaką chęcią walnie się wieczorem na swój mięciutki materac i zagrzebie w pościeli... Jednak miał przed sobą cały dzień, który musiał jakoś przeżyć. Jedynym jego zmartwieniem był fakt, że Laura mogła się pojawić w każdej chwili, a idzie przecież z Camille na kręgle... Byłoby kiepsko, gdyby nagle pojawiła się jakaś dziewczyna słabo znająca język, która chce czegoś od niego chce. 
  Wyprowadziwszy braci z pokoju i wyrzuciwszy Kota na balkon podszedł do szafy, wyciągnął ciuchy i wmaszerował do łazienki. Wziął szybki prysznic, umył zęby (i tak nie miał zamiaru jeść śniadania), po czym stanął przed lustrem i zaczął zapinać guziki swojej koszuli. Po poprawieniu kołnierzyka wyszedł z pokoju czystości i zszedł na dół, gdzie hałas i wrzawa porównywalne były do co najmniej targu. Rozejrzał się i usiadł na wolnym krześle. Chwycił gazetę, którą przed chwilą odrzucił od siebie Riker i zaczął czytać. Jego starszy brat chwycił bułeczkę i zatopił w niej swe zęby. Stormie zaganiała w tym czasie Rocky'ego do stołu. Mark najwidoczniej się zamyślił, bo od pięciu minut wpatrywał się w okno nie racząc swojej kawy nawet spojrzeniem.
Rydel siedziała u siebie i smarkała w chusteczki, wciąż przeklinając słabą pamięć Ellingtona. 

Tym czasem na rynku Laura patrzyła na kilka młodych osób biegających obok magicznego miejsca, z którego leci woda, trzymających dziwne przedmioty o nazwie "lody". 

Mimo wszystko o godzinie 12:00 Ross czekał pod domem swojej dziewczyny, tak jak obiecał, po czym oboje wybrali się na kręgle. Rozegrali jedną partię, którą, ku zaskoczeniu obojga, wygrała Camille, z czego oboje śmiali się później jak nienormalni. Następnie zamówili sobie pizzę i colę, po czym usiedli w przy stoliku i zjedli ją w zupełnym przeciwieństwie ciszy. Było śmiesznie, aż nagle rozdzwonił się telefon Ross'a. Chłopak wyciągnął telefon - nieznany numer. Spojrzał na ekran zaskoczony, jednak odebrał.
    – Halo? – mruknął, jednocześnie odgryzając czubek pizzy.
    – Co ty robić? – usłyszał po drugiej stronie, przez co się zakrztusił. Camille posłała mu zdziwione spojrzenie. Odsunął telefon od ust, po czym powiedział swojej dziewczynie, że zaraz wraca. Wstał i odszedł kilka metrów od stolika.
    – Skąd masz mój numer? – warknął.
    – Siostra twoja mi dać.
    – Rozmawiałaś z Rydel?! – wrzasnął. 
    – Tylko trochę... No wiesz, twój numer chciałam...
    – Po co ci do jasnej ciasnej mój numer?! Nie dzwoń do mnie! 
    – Więc mam czekać aż przypadkiem na mieście cię spotkam? Nie lepiej numer twój mieć?
    – NIE.
    – Przepraszam?
    – Za późno na to trochę. Po prostu... Nie dzwoń do mnie więcej, zgoda?
    – Yhm. 
    – Cześć.
    – Yhm.
  I się rozłączył. Aktualnie miał ochotę rzucić telefonem o ścianę lub podłogę, ewentualnie rozbić głowę siostrze. Lub Laurze. Jeden kit, obie zawiniły.
  Wrócił do stolika i upił łyk coli. Był wkurzony i spięty, co wyglądało dość zabawnie gdy pił przez różową słomkę. 
    – Wszystko gra? – spytała Camille, łapiąc go za wolną dłoń. Złapał ją i opuścił głowę, przez co włosy spadły mu na oczy. Dziewczyna szybko je poprawiła, wywołując tym jego uśmiech.
    – Nie. Znaczy, tak. To jest... poniekąd... Ja... Nie wiem, jak to wyjaśnić...
    – Nic nie musisz mi wyjaśniać. To twoja sprawa, czy się tym ze mną podzielisz, czy nie.
    – Ty chcesz wiedzieć – stwierdził i bardziej wyszczerzył zęby.
    – Jak nie wiem co. Mówże! – przyznała z błyskiem w oczach, na co blondyn zareagował cichym śmiechem.
    – Wczoraj spotkałem na mieście taką dziewczynę, która dopiero co przyjechała. No wiesz, nie wie, gdzie co jest, jej angielski - żenada. Poduczyłem ją trochę i oprowadziłem po mieście. Myślałem, że to wielki, szczęśliwy koniec naszej znajomości, jednak teraz okazuje się, że rozmawiała z Rydel, która dała jej mój numer – opowiedział zażenowany i trochę przerażony. Nie wiedział, jak Camille może na to zareagować, a wolał nie ryzykować [HEEEJ jaki rym XD ~isabelle].
    – Hmm. I to ona do ciebie dzwoniła? – dopytywała, a Ross coraz bardziej panikował.
    – Noo, tak. – Spojrzał na nią przerażony, a ona wybuchnęła śmiechem.
    – Przecież to nic! Myślałeś, że zrobię ci burę, prawda? – uśmiechnęła się do niego, a on pokiwał twierdząco głową. – Głupek z ciebie. Ale jaki kochany! Kocham cię, wiesz? 
    – Też cię kocham, Cam – szepnął i już miał ją pocałować, kiedy się odsunęła. Jego wzrok mówił: "Ale o co chodzi?".
    – To jest miejsce publiczne, a już ostatnio się tobą paparazzi zainteresowali – przypomniała mu. Zrobił obrażoną minę, po czym wstał. 
    – Nie obchodzi mnie to. Jestem na randce z dziewczyną czy nie? Mam prawo do buziaka czy nie?
    – No jesteś, no i masz, ale dopiero jak stąd wyjdziemy. Chciałbyś może dzisiaj do mnie wpaść? – spytała z nadzieją. 
    – Chętnie. Biorąc pod uwagę, że w moim domu spokoju nie zastaniemy...
    – Taak, twoi bracia są szurnięci – przyznała.
    – Pff, żebyś ty widziała, co oni robią, jak nie ma gości. Powiadam ci, mama kiedyś ich smyczą do kaloryfera przypiąć chciała – wspominał. Odwrócił wzrok w stronę towarzyszki i uśmiechnął się szeroko. Wstał, wyciągnął do niej rękę, a później razem ruszyli z powrotem na tor. – Tym razem dam ci fory.
    – Jesteś pewny? Może to ja powinnam dać je tobie? – odparowała pokazując mu język. Zrobił to samo po czym pchnął kulę. Na ekraniku pojawił się magiczny napis "Strike" a chłopak uśmiechnął się zwycięsko, patrząc na pustkę w miejscu, gdzie stały niegdyś kręgle. 
    – Hmm, myślę, że wymieniając tę opcję rozpoczęłaś, skarbie, wojnę.

Godzinkę później Camille śmiała się idąc z Ross'em za rękę. Chłopak, mimo swojego zachwycającego startu, ponownie przegrał, co zniszczyło jego humor. Szedł przed siebie, nie patrzył na jezdnię, wzrok miał jakiś błędny, na pytania nie odpowiadał... Cam zaczęłaby się o niego martwić, gdyby nie znała swojego chłopaka. Na jej i jego szczęście znała go bardzo dobrze, więc wszystko miało być okay. Nagle rozdzwonił się telefon chłopaka, co chyba przebudziło go z transu. Odebrał.
Uwadze brunetki nie umknęło to, że nagle cały poczerwieniał, a w jego oczach jakby zapłonął ogień.
    – Mówiłem, że masz do mnie nie dzwonić! – wrzasnął. – Czego znowu chcesz?! – Camille już wiedziała, z kim rozmawia, jednak nie chciała mu przeszkadzać. Pomogła mu w dotarciu pod drzwi, wyciągnęła klucze i otworzyła dom. Wstąpiła do niego wraz z blondynem, który, jak nakazały lekcje dobrego wychowania u Marka i Stormie, zajął się zdejmowaniem butów.
     – Nie obchodzi mnie to, Laura! Zajmij się swoim życiem, moje zostaw w spokoju! Poza tym, jest 17:00, godzina Nie-dzwoń-do-Ross'a-chyba-że-masz-naleśniki. Co byś zrobiła, gdybym zadzwonił do ciebie o trzeciej w nocy mówiąc, że upiekłem pierniczki? – zastopował na chwilę, co Camille wykorzystała i poszła zrobić popcorn. – No wiesz, piernik, takie ciasteczko, które piecze się na Święta... Jak to, co to są Święta. Boże jedyny, ty tak poważnie? 
  Brunetka w tym czasie rozkładała koce w swoim pokoju. Popcorn i napoje (w postaci soku, wody i sprite'a) już tam były. Kiedy skończyła, zajęła się włączaniem telewizora i DVD.
    – Dobra, ja poważnie muszę kończyć! Mam swoje plany, ty lepiej też sobie jakieś znajdź. A, i najlepiej nie kontaktuj się więcej z moją rodziną bez mojej wiedzy, zgoda? Fajnie, to cześć. – Westchnął i ruszył schodami na górę. Szybko znalazł pokój dziewczyny, w którym bywał już nie raz. Zastał ją siedzącą po turecku na łóżku z kilkoma filmami na płytach. – No, pokaż, co tam masz.
    – Czemu znowu do ciebie dzwoniła?
    – Chciała wiedzieć, czy moglibyśmy się jutro spotkać. No wiesz, dowiedziała się, że w mieście jest jeszcze wiele nie odkrytych przez nią miejsc jak wysypisko śmieci lub dworzec metra, więc chce je zobaczyć. W sensie, miasto. Co do joty.
    – A ty? Chcesz się z nią zobaczyć?
    – Nie wyczuwasz mego entuzjazmu? – warknął, przez co przemknął jej po plecach dreszcz. Nie mogła jednak się nie zgodzić, że wkurzony Ross równa się bardzo przystojny Ross, więc pocałowała go. Chłopak natychmiast odwzajemnił gest. Dziewczyna jedną rękę wplotła w jego włosy, drugą zaczepiła się o koszulkę. Blondyn, bardzo lubiący, gdy ktoś bawi się jego włosami, oddał się tej przyjemności i od czasu do czasu pomrukiwał cicho. Gdy Camille się od niego odsunęła, jęknął niezadowolony.
    – Mieliśmy oglądać film – szepnęła mu do ucha, na co uśmiechnął się szeroko. Doskonale wiedział, jak skończy się ich wieczór filmowy, więc pomógł dziewczynie w wyborze filmu, po czym razem z nią położył się wygodnie na łóżku i skubiąc popcorn zagapił się w... Gwiezdne Wojny*.


Tym czasem w domu Lynchów Rydel rozmawiała z Rockym o Laurze. Chłopak żuł w tym czasie gumę i puszczał balony. Dziewczyna trajkotała jak nakręcona, co bardzo irytowało siedzącego po drugiej stronie stołu Rikera. Prawie tak, jak powtarzający się dźwięk pękającej balonówy. Sięgnął po słuchawki Rylanda, podpiął je do telefonu, założył na głowę i aż jęknął zadowolony, kiedy jego uszu dobiegły kojące dźwięki basu.
    – Psst, Trzeba mu sprawdzić telefon, może on tam Greya ma na audiobooku, że tak jęczy – stwierdził Rocky, po czym zrobił balona z gumy, która pół godziny temu miała smak truskawki.
    – Nie mów do mnie, myślę. Nie uważasz, że Laura by pasowała do Ross'a?
    – Nie uważasz, że Riker powinien wyregulować sobie brwi?
    – Nie sądzisz, że powinieneś się zamknąć? Naprawdę, Laura i Ross superaśnie by ze sobą wyglądali.
    – Czy zauważyłaś wcześniej tego piega na jego twarzy? – spytał szatyn, wskazując na brata. Ten uśmiechnął się jak aniołek, po czym walnął Rocky'ego z pięści w zęby. – ZARAZ, DAJ MI MOMENT! 
    – Może powinnam zainterweniować? Może Ross zauważy w końcu, że Laura jest super i się w niej zakocha i zostawi te podłą, zdzirowatą, s... AUA! – krzyknęła, gdy dostała słuchawką w oko. – OBAJ MACIE PRZERĄBANE! – i rzuciła się na nich, okładając ich tak, jak oni nigdy nie odważyliby się oddać jej.
    – Eeej, ekipa – mruknął RyRy wchodząc do pokoju. Rodzeństwo na chwilę zaprzestało walki i spojrzało na najmłodszego.
    – CZEGO – warknęli jednocześnie, a Rocky "przypadkiem" upuścił pięść na oko Rik'a.
    – Zauważyliście, że Ross'a jeszcze nie ma?
    – Pewnie śpi u podłej, zdzirowatej s... ROCKY! Teraz ja miałam go walnąć! – krzyknęła blondynka, przywaliła szatynowi, po czym blondynowi.
    – Skoro tak sądzisz... Miłej zabawy. – Po czym wyszedł, zostawiając resztę samą sobie. I sile ich pięści.


Laura siedziała nad jeziorem i wpatrywała się w odbijający się w ciemnej tafli wody  księżyc. Jedyne, co mogła powiedzieć to to, że tęskniła za domem. Chciała zobaczyć już swoich rodziców, a nawet sąsiadów. Biorąc pod uwagę fakt, że Ross nie jest chętny do pomocy, poszukiwania kogoś, kto miałby równie idealne geny potrwa jeszcze bardzo długo, a ich świat skazany jest na zagładę. Cóż, przynajmniej spróbowała, prawda? To chyba też się liczy. Spojrzała w niebo, starając dostrzec wśród tych małych, lśniących punkcików swój dom. Może jego księżyce. Jednak było to zadanie trudne, a raczej niewykonalne. Westchnęła i skuliła się. Utkwiła wzrok w ptaku z podgromady Neornithes, nadrzędu neognatycznych, rzędu blaszkodziobych, z plemienia Anatini, czyli mówiąc wprost, kaczce. Ta utkwiła w niej spojrzenie swoich czarnych oczek. Dziewczynę urzekła jej zielona główka i sposób, w jaki ptaszysko na nią patrzyło. Taki... inteligentny [AHAHAHA no chyba nie~is]. 
Po chwili ptak odleciał, a Laura ponownie została sama. Wyciągnęła urządzenie zwane telefonem, dzięki któremu można było komunikować się z innymi osobami też posiadającymi to coś. Nadal uczyła się, jak właściwie działa, jednak proste czynności wykonać umiała. Sprawdziła godzinę. 21:47. Teraz nie może zadzwonić do Ross'a, w sumie prosił ją, by w ogóle tego nie robiła. Nie może zadzwonić do nikogo. Nie ma z kim porozmawiać. Jest sama. Jednak nic nie może na to poradzić. 



____________________
joł joł joł
tu ja
nie klaris
ŁUUU.
Właśnie wypiłam przeterminowany jogurt.
NARA KARTOFLAKI.