czwartek, 10 lipca 2014

Rozdział 5: "All of me loves all of you, all your curls and all your edges, all your perfect imperfections"

*DZIEŃ NASTĘPNY*
*godzina 9:30*
Z Rossem stwierdziliśmy, że nie ma sensu iść na lunch, skoro i tak do mnie przyjdzie, a później i tak ja idę do nich na noc. Cały ranek słuchałam smutnych piosenek. Między innymi:
Birdie - Not About Angels A Great Big World & Christina Aguilera - Say SomethingEd Sheeran - Give Me LoveA Fine Frenzy - Almost Lover i kilka innych. Leżałam tak chyba dwie godziny. Później postanowiłam się ogarnąć i "naszykować" na imprezę Lynchów. Najpierw jeszcze w piżamie spakowałam inną piżamę do torby, ciuchy na zmianę, "Gwiazd Naszych Wina" w wydaniu książkowym i filmowym oraz słuchawki. Telefon spakuję później. W każdym razie później ubrałam jakieś normalne ciuchy, zeszłam na dół i zjadłam śniadanie, składające się z pięciu wafli ryżowych i Go-gurtu. Tak, to moje śniadanie. Usiadłam na kanapie i włączyłam telewizor. Miałam do wyboru oglądać jakąś loterię, albo to, jak lewki rozszarpują zebrę. Postawiłam na włączenie swojego filmu. Już po chwili wyciągałam "TFIOS" z torby. Po jakiś pięciu minut rozsiadłam się i włączyłam film.
Film dobiegł końca, a ja nie wiedziałam, co robić. Vanessa od godziny siedzi w szpitalu, więc nie mam do kogo odezwać mordki. W końcu padłam jak długa na sofę i słuchałam muzyki. I znowu smutne piosenki.
Chyba pięć razy włączyłam 5 Seconds of Summer - Amnesia. Leżałam tak i leżałam nie zdając sobie sprawy, że ktoś się dobija do drzwi. Nagle zadzwonił mój telefon. Patrzę, a tam numer Rossa. Odbieram.
- Ross? O co... - zaczęłam.
- Otworzysz? - powiedział "spokojnie". Zerwałam się z kanapy i podeszłam do drzwi. Otworzyłam je, a blondyn od razu mnie przytulił.
- Ej, co jest? - spytałam dość zdziwiona.
- Martwiłem się! - tłumaczył.
- Ale...
- Czemu nie otwierałaś? Pukałem, dzwoniłem, a ty nic! Zajrzałem nawet przez okno, patrzę, a ty leżysz w bezruchu! Ty byś się nie martwiła?! - potrząsał mną delikatnie mówiąc te słowa. Nie wiedziałam, co powiedzieć...
- Przepraszam... - wydukałam tylko.
- Oj dobra, już okej. - uśmiechnął się niemrawo.
- No to... Hmm... Chciałam powiedzieć "no to wchodź". - zamyśliłam się, a on wybuchnął tym swoim śmiechem. Jego śmiech jest... Od razu poprawia humor. O, to jest dobre określenie.
- Dobra, wejdę. - odparł roześmianym głosem. Zamknęłam drzwi, a on od razu poszedł do salonu i rozwalił się na kanapie.
- Radzę się posunąć. - mruknęłam.
- Tak?! A co mi zrobisz? - spytał, a ja rzuciłam się na niego siadając mu na brzuchu. - AUAA! Boże, umarłem! A tak serio, coś jeszcze? Bo nie wiem, czy się śmiać, czy płakać. - dodał.
- Yhm. Zająłeś mi kanapę, więc wyśpię się na tobie. - położyłam się na nim, a on cały czas dmuchał mi we włosy. - To coś nowego. Poduszka z klimatyzacją...
- Ale serio, przynajmniej byś spięła włosy. Nie że coś, ale spaghetti wolę z makaronem, nie włosami. - jęknął, a ja zerwałam się z niego tak gwałtownie, że spadłam na ziemię. On się chichrał, a ja spoglądałam na niego morderczym wzrokiem. Wstałam, otrzepałam się i poszłam na górę. Zamknęłam się u siebie w pokoju, kiedy on zdychał w salonie.
- Ej, Laura! Powiem Ci coś. - przyszedł na piętro. - Hmm... Ene due rike fake... To jest pokój Laury. - wyliczał, po czym spróbował otworzyć drzwi. - Lau...? Może mi otworzysz?
- Nie!
- A czemu?
- Nie!
- Ahaha! - zaśmiał się. - Ale wiesz... Jeśli mi nie otworzysz, to będziesz spać z Rockym... [nie po marudziłabym... ;P ~Annabeth]
- Czuj się jak u siebie. - powiedziałam otwierając mu drzwi. Wszedł do środka i od razu zajął mi wyrko - No ej! Kibel też mi zajmiesz?!
- Przecież jeszcze jest miejsce... - wskazał na kawałek przestrzeni obok siebie uśmiechając się szeroko.
- Ty chyba chcesz, żebym cię znienawidziła... - syknęłam.
- Ciekawe, czy dałabyś radę... - puścił mi oczko. - Dobra, skoro nie chcesz ze mną spać to na drzemkę idę sam. Dobranoc! - i opadł "zmęczony" na poduszki. Ja w tym czasie malowałam paznokcie. Kiedy zaczął stękać coś w stylu: "PIĆ!" zrozumiałam, że jest tu dłuższy czas, a ja niczym go nie poczęstowałam! Zbiegłam na dół i zerknęłam na napoje. Było mleko, mleko, mleko... Tylko mleko?! Przecież on nienawidzi mleka... Mam przerąbane...
***
Obudził się, a ja starałam się zaaplikować mu białą ciecz. Tłumaczyłam, że tylko to mamy. Ewentualnie może uschnąć z pragnienia.
- Już wolę pić wodę z kibla. - warknął wpatrując się w dzieło krówki.
- Jaka z ciebie maruda! - jęknęłam i upiłam trochę z mojej szklanki.
- Twa ruda? Ruda może nie, ale twa jak najbardziej. - oznajmił, a ja zakrztusiłam się napojem. Starał się mi pomóc, ale prędzej uspokoiłaby mnie dzika szynszyla. - Wiesz już, czemu nie lubię mleka?
- Bo się zakrztusiłeś?! - pisnęłam, a on pokiwał głową. - Więc boisz się mleka.
- Nie boję się mleka...?
- Boisz się mleka! - spojrzałam na niego jak na wariata. Wyraz jego twarzy był bezcenny. Niby poirytowany, ale też wkurzony, przerażony i... Coś tam jeszcze.
- A nawet jeśli to co? - spojrzał na mnie poirytowanym wzrokiem.
- To musisz się w końcu napić.
- Nie!
- Tak! I bez dyskusji! Albo nigdzie nie idę! - chyba zadziałało, bo wpatrywał się w szklankę jak w mordercę.
- Nie dam rady! - krzyknął i opadł twarzą w poduszki.
- Ej... - położyłam się obok niego. - Ja piję mleko od... No w sumie... od urodzenia. I patrz, żyję!
- Ale jak się zakrztusiłem to prawie umarłem, więc ja mogłem umrzeć! - zaprotestował, a ja przewróciłam oczami.
- No ale dalej żyjesz.
- ALE JA MOGŁEM UMRZEĆ!
- ...Skoro powiedziałeś, że już wolałbyś wodę z kibla, to poczekaj no tu.
Ross spojrzał na mnie nieco przerażonym wzrokiem, ale starał się udawać "twardziela".
Wstałam i uśmiechnęłam się do niego szyderczo, pobiegłam do kuchni po szklankę, a następnie skierowałam się do toalety. Z sedesu nabrałam trochę wody i wróciłam do Rossa.
- Może trochę wody z sedesu? - spytałam z uśmiechem, a on udał, że rzyga. - No przecież chciałeś... - dodałam niewinnym głosem.
- Ej... A może pójdziemy już do mnie? - zaproponował.
- Bo co? Bo nie mam mineralnej? - spojrzałam na niego spod byka.
- Nie... Ale napiłbym się czegoś, co lubię. Chodź. - złapał mnie za rękę i wyciągnął z pokoju.
- Ej! Pozwól mi zabrać rzeczy! - wyrywałam mu się. Puścił, a ja rzuciłam się po wszystkie rzeczy które powyciągałam z torby. Spakowałam z powrotem i mogłam iść. - Dobra, uratujmy twoje gardło.
- Dziękuję! - przyciągnął mnie do siebie i pocałował w czoło. - To chodźmy! - uśmiechnął się. Wyszliśmy z domu, zamknęłam drzwi i ruszyliśmy do niego. Rozmawialiśmy o jego "mleko-fobii" - strachu przed mlekiem. Co chwilę zmieniał temat, ale ja i tak wracałam do tematu. - Skończysz już?
- A co, denerwuję Cię? - spojrzałam na niego. Faktycznie, wyglądał jakby miał zaraz wybuchnąć.
- Nie ty, tylko ten temat... - mruknął. Nie wspominałam już o tym. Tak właściwie to o niczym nie gadaliśmy. Szliśmy w ciszy, a ja miałam czas pomyśleć.
Co to było? O co mu klurfa [pozdro dla kumatych ;) ~Annabeth] chodzi? Najpierw wczoraj mnie prawie pocałował dwa razy, teraz... Czemu mi się wydaje, że on...
- Laura? - przerwał mi moje Arystomenelowskie przemyślenia. - Jesteśmy, wiesz? - oznajmił. Rozejrzałam się. Faktycznie staliśmy pod jego drzwiami. Otrząsnęłam się i wraz z nim weszłam do środka.
Rydel szarpała się z Ellingtonem o ciastko. Leżało ono pod nimi, ale nie zauważyli, że Ryland je im sprzątnął.
Riker gadał z Rockym o nie wiem czym. Wszyscy przerwali na nasz widok.
- Hej wam. - powiedzieli wszyscy na raz.
- Hej. - odpowiedziałam.
- Co tam? - spytała Rydel i puściła koszulkę Ellingtona, który upadł na podłogę z cichym: "Au!".
- Ymm... Chyba dobrze. - stwierdziłam i wzruszyłam ramionami. Ross uśmiechnął się bez powodu.
- Co robimy? - spojrzał na mnie z nadzieją i zaciekawieniem.
- A co ja, wróżka? Nie wiem!
- Ale mówiłaś, że masz jakiś film...
- Jeśli chce się wam oglądać "Gwiazd Naszych Wina" to proszę bardzo, ale ja już to dziś widziałam.
- No weź! Obejrzyj to ze mną! - jęknął i złapał mnie za ręce. Rydel przypatrywała się temu dziwnie.
- Eee... - zaczerwieniłam się. - No...
- Proooooszę! - jęczał.
- Ross? Mogę na słówko? - warknęła Rydel.
- No... Dobra! - puścił mnie i zniknął wraz z siostrą.
- Jak myślisz, o czym gadają? - spytałam Ellingtona.
- Hmm... O kolacji! - pisnął z rozmarzoną miną.
- CHCĘ MAC&CHEESE - dołączył się Rocky, a ja się zaśmiałam.
- I BIGOOOOOS!
- I FLAAAKI!
Podbiegłam do lodówki i szybkim ruchem ją otworzyłam. Była pełna. No tak, przecież ma być "impreza".
- Szukajcie sobie w lodówce, powinno chyba być - powiedziałam do chłopaków, a oni natychmiast rzucili się na lodówkę. Zaczęli się przepychać. Ja w tym czasie zauważyłam Delly i Ross'a rozmawiających w sąsiednim pokoju. Nie chciałam podsłuchiwać, ale ciekawość wygrała z rozsądkiem. Podeszłam nieco bliżej. Nie słyszałam wiele, Rocky i Ellington zachowywali się naprawdę głośno, ale udało mi się wychwycić słowo "pamiętaj" oraz imiona: moje i Piper. Nie miałam pojęcia, o co chodzi, ale w pewnym momencie zauważyłam, że zamierzają do nas wrócić, więc błyskawicznie pobiegłam do salonu jakby nic się nie stało. Riker właśnie zbierał się do wyjścia, bo przecież miał iść po Van. Ryland został sam, więc zaczęłam z nim rozmawiać.
- Nie przyznaję się do nich - wskazał palcem na Rockliff'a.
- Cóż, jeden z nich to twój brat i wie o tym wiele tysięcy ludzi. - Puściłam do niego oczko, a on się zaśmiał.
- Niby tak, ale czasem czuję, że nim nie jest.
- A co jeśli jest adoptowany?! - zapytałam z udawanym przejęciem.
- O tym to nie pomyśla... - nie dokończył, bo nagle Rocky zawołał: "RYLAND! CHCESZ TROCHĘ BIGOSU?!", a młodszy zerwał się z miejsca krzycząc "ZOSTAWCIE MI TROCHĘ!".
Westchnęłam ciężko tłumiąc śmiech i zauważyłam Ross'a i Rydel. Delly starała się uśmiechać, ale było to trochę udawane.
- HEJO! - do domu wparowała Vanessa, Riker i sześć zgrzewek piwa. - TO CO, BAWIMY SIĘ?!




*NASTĘPNEGO PORANKA*


Obudziłam się o 12 i byłam chyba jedyną osobą, która już nie spała.
- Matko! Moja głowa! - chwyciłam się za głowę i zaczęłam widzieć latające jednorożce jedzące Mac&Cheese. Po kilku minutach halucynacje przeszły. Wstałam z miejsca, w którym się przespałam i zeszłam na dół. Spodziewałam się być sama, ale zauważyłam, że Ross też już wstał. Krzątał się po salonie, jakby czekał na zbawienie.
- Dzień dobry - uśmiechnęłam się. Od razu mnie zauważył i zaczął się zachowywać, jakby w końcu zbawienie nadeszło.
- ŻYWA DUSZA! NARESZCIE! - Podbiegł do mnie i przytulił. Stałam tam zdezorientowana i nawet się nie ruszyłam. - Ej, głodny jestem. - W tym momencie oderwał się ode mnie i spojrzał błagalnym wzrokiem.
- No to zróbmy śniadanie - powiedziałam i skierowałam się do kuchni. Ross poszedł za mną i wyciągnął nóż.
- Chcesz mnie zabić? - spytałam udając przerażenie.
- Oczywiście! Morderstwo to moje drugie imię! - zaśmiał się i zaczął mnie gonić po całej kuchni najpierw odkładając nóż. - UMRZESZ DZISIAAAAAAAJ!
Zaczęłam piszczeć i śmiać się jak wariatka. Biegaliśmy wokół kuchennego blatu, ale w końcu wyszło na to, że trafiliśmy z powrotem do salonu. W pewnym momencie Ross mnie dogonił i oboje upadliśmy na dywan. Ja na nim, twarz w twarz, dzieliło nas kilka centymetrów.
Zapatrzyłam się w jego oczy. Nie wiem, jak to się stało, ale odległość między nami zmalała do minimum. 
Kiedy mnie pocałował czułam się, jakby mózg mi się rozpuszczał. Mimo olbrzymiego zdziwienia odwzajemniłam pocałunek.  Naprawdę, nie wiem, jak do tego doszło, ale nie chciałam tego przerywać. 
Nie przerwałam, więc przez jakieś Tobias [Tobias - cztery~Autorki] minuty leżeliśmy tak na podłodze. Oderwaliśmy się od siebie, bo już zaczęło brakować nam powietrza. Spojrzałam na niego zdziwiona, ale na widok jego uśmiechu nie wytrzymałam i odwzajemniłam ten gest. Podnieśliśmy się z podłogi i ruszyliśmy do kuchni i zaczęliśmy smażyć omlety. Mimo, iż czynność taka zwyczajna to i tak uśmiechałam się jak nienormalna. Stało się. Czemu? Nie wiem. Grunt, że się stało. To były moje ulubione cztery minuty życia. 
Nakładaliśmy właśnie jajeczne placki na talerze, kiedy jakimś magicznym cudem dotknęłam patelni = oparzyłam się. Ross chyba zauważył, że coś jest nie tak, bo podszedł do mnie, chwycił oparzoną rękę i... Pocałował ją. 
- Jeszcze boli? - spojrzał na mnie z troską. Pokiwałam głową. - Yhh... To pod zimną wodę. - odkręcił kran i opłukał mi dłoń. - Lepiej? - znów pokiwałam głową, a on posłał mi zadowolony uśmiech. - Potrzymaj jeszcze chwilę, a ja nałożę resztę. - puścił mnie i zajął się omletami. Spoglądałam na niego co jakiś czas. Co jakiś czas grzywka opadała mu na oczy i musiał ją poprawiać, przez co po chwili miał ją całą z dżemu.
- Kur... - warknął.
- Słodki jesteś. - podeszłam do niego i pomogłam. Patrzył na moją rękę jakby miała mi za chwilę odpaść. - Ej, jest spoko. Widzisz? Żyję. - pomachałam mu ręką przed  twarzą wywołując u niego szeroki uśmiech. 
Nagle reszta zeszła na dół, pewnie pod wpływem aromatu. 
- Omleeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeetyyyyyyyy... - szepnął Rocky, a Ell przytaknął. 
- Caaaały taaaalerz... - spojrzał na przygotowany przez nas posiłek.
- Dla wszystkich. Jak chcecie więcej to musicie sobie sami usmażyć. - wyjaśnił im Ross, a oni strzelili focha. - Dobra, szamamy! - rozdałam wszystkim talerze, a oni zabrali się za omlety jak te lewki za zebrę w programie wczoraj rano.  Ross co chwilę zerkał na mnie i na moją rękę. 
- A tak w ogóle to co Ci się stało w rękę? - spytała Vanessa, a Ross nagle zainteresował się swoim śniadaniem.
- Oparzyłam się patelnią. 
- COOO?!
- No przecież to ja. A ja zawsze coś sobie zrobię. - wytłumaczyłam, czym wywołałam zestaw porannych uśmiechów. 
- Trzeba jej wynająć ochroniarza... - mruknęła Van.
- Zgłaszam się. - mruknął Ross. Ja zakrztusiłam się cukrem pudrem z omleta, a reszta posłała mu dziwne spojrzenia. Nie wspomnę o tym, że Rocky napchał sobie policzki jak jakiś chomik. Ja ciągle kaszlałam, a Ross poklepywał mnie po plecach. Kiedy mój atak minął oparłam się o krzesło i... O jego dłoń. 
- Auć... - pisnął, a ja natychmiast się podniosłam.
- Sorry, sorry, sorry! - piszczałam, a on starał się mnie uspokoić. 
- Jest okej. - położył mi dłoń na ramieniu, a ja spojrzałam mu w oczy. Uśmiechał się. Przez chwilę tak staliśmy/siedzieliśmy patrząc sobie w oczy, aż tu nagle...
- EKHM! - odkaszlnęła Rydel, a my odwróciliśmy się w jej stronę. Ross usiadł. Cały poczerwieniał. Jak pomidor! HA!
- Ross? Co powiesz na rozmowę? - warknęła.
- Znooowu? - jęknął, ale posłusznie wyszedł za siostrą. A wtedy zaczęły się dziać dziwne rzeczy...
- Co wy tu tak na serio robiliście? - rzucili się na mnie z tym i kilkoma innymi pytaniami. Nie wiedziałam, komu odpowiedzieć, a co najważniejsze: Co?
 Kiedy Ross i Rydel wrócili usiedli przy stole. Był wkurzony, jakby usłyszał coś, czego nie chciał. 
- Co dzisiaj robimy? - spytał Ell.
- Nie wiem, co wy robicie. Ja zaprosiłam tu Piper. - odparła Rydel, a Ross zrobił wielkie, przerażone oczy. Spojrzał na mnie, po czym padł głową prosto w swojego omleta. Kiedy się podniósł był cały w dżemie i cukrze pudrze. A na nosie miał truskawkę. 
- Szczęściarz! - jęknęłam. - Ja nie miałam truskawki! - oburzyłam się. Zrobił zeza, zdjął truskawka i podał go mi. - Nie. 
- No masz! 
- Nie! 
- Grrrr... - warknęła Rydel, a Ross na siłę wepchnął mi owocka do ust. 
- Pomadka. - zażartował. Zadziałało. Wszyscy oprócz blondynki się śmiali. 
- Rikeeer! Odwieziesz mnie? - wrzasnęła Ness, a jej chłopak jak zwykle się zgodził. Rydel i Ellington wyszli następni, bo "ktoś przecież musiał zrobić zakupy!". Rocky i Ryland byli zajęci rozmową o tym, jakie pierogi są najlepsze. Po chwili jednak i oni wyszli. Zostaliśmy z Rossem sami. 
- Too... Co robimy? - spytał lekko zestresowanym głosem. 
- Nie wiem... - odpowiedziałam cicho i znów spojrzałam na talerz. Pusty talerz. 
- Jesteś zła? - spytał nagle.
- Co?
- Pytam, czy jesteś zła. 
- A czemu miałabym być na ciebie zła?
- Czyli nie jesteś?
- Skoro z tobą gadam, to raczej nie.
- Alleluja! - Zerwał się z krzesła i odtańczył swój taniec szczęścia. - Ale serio, co robimy?
- Lunch? - zaproponowałam. 
- Lubię to! 
- Więc idziemy dzisiaj na lunch... Lynch! - krzyknęłam.
- Oczywiście. - uśmiechnął się szeroko. - A gdzie chcesz iść?
- Nie wiem. Ty wybierz.
- Nie umiem. 
- Może... Starbucks? 
- Skoro tak chcesz...
- A ty chcesz?
- Mi obojętne. Byle byś ty była zadowolona. 
____________________________________________
- Jest 5:09. Od... Clarisse! Od której my to piszemy?
- Gdzieś od 2 chyba... Ale napisałyśmy i mamy plan na jakieś 10 następnych rozdziałów ;)
- No właśnie! Ta zła baba każe mi jeszcze pisać następny! Jakby nie starczało, że piszę od kilku godzin jak głupia!
- Nie mój problem, że taki był plan! hehe XD
- Dobra, kończymy, głowa boli :/ papadgi nasze ziemniaczki <3 (nasza nazwa na was, heh XD)



środa, 9 lipca 2014

Rozdział numer Tobias: "You have this way of making me say the opposite of everything I mean"

*4 TYGODNIE PÓŹNIEJ*
Byłam umówiona z Ross'em na 12 na lunch. Co kilka dni razem jadaliśmy lunch i na zmianę wybieraliśmy miejsce, w którym będziemy jedli. Takie wspólne posiłki zbliżały nas do siebie. Wiem o nim więcej niż miesiąc temu. Tak mi się przynajmniej wydaje.
Odkąd poznałam Lynchów (i Ratliffa) mam cały grafik przepełniony: śpię do 10, potem lunch z Ross'em, obiad u Lynchów (albo na odwrót), zakupy z Van, Piper i Rydel, kolacja z chłopakami i pod koniec dnia albo ja u nich nocuję, albo oni u mnie. Jeszcze dwa miesiące temu rzadko kiedy wychodziłam z domu. A jak już to robiłam, to po to, żeby wyrzucić śmieci albo kupić colę waniliową dla Nessy. Muszę przyznać, że Lynchowie (i Ratliff) to najfajniejsi ludzie, jakich znam. Ponoć pani i pan Lynch (z tego co wiem to mają na imię Mark i Stormie) wyjechali jakiś czas temu i mają wrócić w przyszłym roku. Dlaczego? Nie wiem.
Ross tym razem wybrał Coffee Heaven. Byłam tam może dwa razy. To, co mogę powiedzieć o tym miejscu to to, że sprzedają dobrą kawę i pyszne ciasto.
Znowu wstałam około 10. Po co wstawać wcześniej, skoro jestem dorosła, a na studia idę dopiero od przyszłego roku? Zawsze chciałam być aktorką albo piosenkarką. Niestety, w końcu dorosłam i zdałam sobie sprawę z tego, że to tylko dziecięce marzenia nigdy nie dążące do spełnienia. Szukając jakiegoś innego zawodu, zdecydowałam się na zostanie prawnikiem, bo jestem całkiem dobrym humanistą. Poza tym, można zarobić całkiem niezłe pieniądze. [ ;) ~Jagoda siedząca w busie z Krakowa do Żor]. Vanessa jest stażystką w pobliskim szpitalu. Ona też chciała zostać aktorką. Też zrezygnowała z marzeń.
Poszłam do łazienki i spojrzałam w lustro.
- O MATUCHNO! MAM W DOMU POTWORA! HALO POLICJA - zaczęłam się drzeć. - Aha, to tylko ja.
Chwyciłam szczoteczkę do zębów, nałożyłam pastę i zaczęłam je myć. Powoli, powoli, coraz wolniej... Aż w końcu głowa mi opadła do umywalki. Trzeba było wcześniej iść spać, pomyślałam.
Natychmiast się ogarnęłam, wzięłam prysznic i wysuszyłam włosy. W szlafroku zeszłam do kuchni. Vanessy nie było, "pracuje" od rana. Wyciągnęłam z lodówki jakieś mleko i zaczęłam pić z gwinta. Po wypiciu całego kartonu mleka już nie byłam głodna, ale muszę przyznać, że picie mleka po umyciu zębów jest obrzydliwe. Blehhh.
Wróciłam do pokoju i włączyłam głośno muzykę, czyli cały album "Born to Die: Paradise Edition" od Lany Del Rey. [KOCHAM LANCIĘ MOJĄ HALO ❤️❤️❤️❤️❤️❤️❤️ ~Jagoda, która właśnie słucha "Carmen" ;)]
Otworzyłam drzwi szafy i zaczęłam grzebać w ubraniach. Wyciągnęłam czarne spodnie z wysokim stanem, białą bluzkę z motywem z "Gwiazd naszych wina" [ulubiona książka z ulubionych książek, cudo, perfekcja ~Jagoda] [Zgadzam się z tą opinią  - Natalcza] i jakiś sweter, w razie, gdyby zrobiło się chłodniej. Zrobiłam sobie delikatny makijaż i spięłam włosy w koka. Zegarek wskazywał godzinę 11.24. Miałam jeszcze chwilę czasu, zanim przyjdzie Ross, ale nic z nim nie robiłam. Usiadłam na krześle w kuchni i czekałam. O równej 11.40 zadzwonił do drzwi, więc szybko podeszłam i otworzyłam mu. Stał i uśmiechał się do mnie, a ja odwzajemniłam gest.
- Cześć - powiedział dalej się uśmiechając.
- Hej - odpowiedziałam, a on spojrzał na moją bluzkę.
- Gwiazd naszych wina - mruknął i szerzej się uśmiechnął.
- Czytałeś?
- Oczywiście, że tak. Czytałem, oglądałem.
Ile my mamy wspólnego! Gdzie on był całe moje życie?!
- To jak, idziemy? - spytał po chwili.
- Pewnie.
Zamknęłam drzwi na klucz i ruszyliśmy do kawiarenki.
- Jakie masz dzisiaj plany? - usłyszałam głos Ross'a.
- A czemu pytasz? - odpowiedziałam pytaniem na pytanie.
- Chciałbym Cię dzisiaj zabrać na "Zbuntowaną" [2 część "Niezgodnej" ;) ~Jagoda]. Bo, jak wiesz, dzisiaj jest premiera.
- Ano - zaśmiałam się. - Przyjmuję pańskie zaproszenie. 
- Bardzo się cieszę, panno Marano.
Doszliśmy do Coffee Heaven rozmawiając o "Niezgodnej". Było kilka wolnych stolików, więc usiedliśmy przy tym obok okna. Pogoda była wietrzna i zbierało się na deszcz, ale humory mieliśmy wyśmienite.
Zamówiłam sobie waniliową latte i kawałek szarlotki, a Ross frappuccino i czekoladowego muffina. Skłamałabym mówiąc, że jedliśmy w ciszy. Cały czas rozmawialiśmy o rzeczach ważnych i tych ważnych mniej. Raz tak się zagadał, że kawałek babeczki wleciał mu pod koszulkę, a on zaczął odtańcowywać jakieś wygibasy. Kiedy pozbył się nachalnego wypieku wrócił do opowiadania.
- Wiesz, może lepiej odłóż tę babeczkę. - powiedziałam, a on się zaczerwienił. Odłożył jednak ciastko. Spojrzał na mnie, a ja na niego. Nie mam pojęcia, jak to się stało, ale zaczęliśmy się do siebie zbliżać. Bliżej, bliżej, coraz bliżej... Aż tu nagle... JEBUT! Odwracamy głowy, a tam gołąb przyklejony do szyby z tępym wyrazem swojej ptasiej twarzy. Na ten widok wybuchnęliśmy śmiechem. Kiedy się "opanowaliśmy" wróciliśmy do spożywania. Byłam bardzo ciekawa, co by było, gdyby pan Gołąb nie pocałował szyby.
Co jakiś czas zerkałam na Rossa, ale on wpatrywał się w swoje ciastko. Ja też postanowiłam zjeść swoje, bo chmury robiły się coraz ciemniejsze, a od czasu do czasu słychać było grzmoty [Natka poleca. Serio. Wczoraj godzinę pie*doliła o grzmotach i piorunach -_- ~Annabeth]. Skończyłam. Ross dopijał kawę, a ja wpatrywałam się w widok za oknem. Ludzie w pośpiechu kierowali się do swoich domów lub innych miejsc, w których mogliby przeczekać nadchodzącą burzę. Papierki i inne śmieci pod wpływem wiatru latały po chodnikach. Jeśli się nie powstrzymamy to trochę zmokniemy. Albo bardzo.
- Dobra. Idziemy? - spytał mój towarzysz. - Odprowadzę Cię do domu, a później pójdziemy do kina, okay? - oznajmił. Nie wypada się tak kłócić.
- Okay. - zgodziłam się, po czym opuściliśmy kawiarnię. Szliśmy najszybciej jak mogliśmy, ale i tak złapał nas deszcz. Pod mój dom dobiegliśmy trzymając się za ręce. Zatrzymaliśmy się na chwile przed drzwiami. Spojrzałam na blondyna. Z jego mokrych włosów kapały krople deszczówki, a same włosy opadły mu na twarz. I jeszcze ten jego uśmiech. Rozbrajający.
- A... A nie chciałbyś wejść? Wysuszyć się, czy coś? - zaproponowałam.
- Nie, dzięki. - odmówił. - Musze jeszcze coś zrobić... Zarezerwować miejsca... A poza tym nie masz mnie już dość? - spytał z uśmiechem.
- A co? Masz na myśli, że powiem "tak" i będziesz mógł się byczyć na kanapie, a nie łazić po kinach? - roześmiał się. - No co? Coś mi mówi, że byłbyś do tego zdolny.
- To źle Ci mówi, bo ja lubię łazić po kinach. A zwłaszcza z takim towarzystwem. - zarumieniłam się. Objął mnie ramieniem. - Będę po ciebie koło 18:00. Przyszykuj się. - dodał jeszcze i wyszedł na deszcz. Stałam tak, aż nie zniknął mi z pola widzenia. Wtedy weszłam do domu. Na kanapie siedziała Vanessa.
- Uuu! I jak tam randka? - spytała, a ja zrobiłam klasyczny wytrzeszcz gałek ocznych.
- To... To nie była randka. - wyjaśniłam.
- Ale jeszcze gdzieś idziecie, dobrze zrozumiałam? - dodała z uśmiechem.
- Podsłuchiwałaś! - krzyknęłam, ale mimo to się uśmiechnęłam.
- Tak! - pisnęła. - Kocham to robić!
- Tak? Rikera też podsłuchujesz?
- Kiedy niby? - zdziwiła się.
- Jest tyle okazji... Możesz go podsłuchiwać, jak sra... Jak się myje, jak szczotkuje zęby... - wymieniałam.
- MILCZ! - wrzasnęła i rzuciła się na mnie... Z łaskotkami.
- AAA! Zostaw mnie! - piszczałam. - Ahahahaha!
- Mi nie uciekniesz! - i tak jakoś wyszło, że przez godzinę goniłyśmy się po całym domu. To było... Dziwne.
Później postanowiłam trochę poczytać. No to idę do pokoju, wyciągam "Zbuntowaną" i czytam. Czytam, czytam, czytam... Później patrzę na zegarek i...
- O KURDE! - wrzasnęłam. Miałam półgodziny! Rzuciłam się do szafy. Co ubrać, co ubrać, co ubrać...?!
A może ubiorę się w schabowe jak Lady Gaga?
Dobra, bez paniki. Półgodziny. Trzydzieści minut. 1800 sekund. Dam radę, prawda?
Postawiłam na legginsy i tunikę, bo przecież pada, nie? Do tego dojdą zwykłe trampki i TA DAM! Dołożyłam jeszcze... Takie fajne kolczyki, które wyglądają jak kostki czekolady. Strasznie mi się kiedyś spodobały, więc je kupiłam, a teraz leżą w pudełku i nic nie robią. Więc je założyłam. Włosy postanowiłam zostawić, jak są. Posmarowałam usta błyszczykiem i... Zadzwonił dzwonek.
- OTWORZĘ! - wrzasnęłam.
- ZA PÓŹNO! - odpowiedziała Vanessa, a ja zleciałam na dół. Ross też jakoś specjalnie się nie przygotował. Jedynie zmienił koszulkę i dżinsy. - Okej. Tylko nie wracajcie za późno. Nie pijcie, nie ćpajcie i nie okradajcie nikogo. Nie zastraszajcie ludzi w kinie i nie podkładajcie bomb w kiblu. Zrozumiano?
- A gwałcić się można? - spytał Ross, a ja zakrztusiłam się powietrzem.
- Powiedzmy, że można. - odpowiedziała mu moja siostra, a ja nabierałam powietrza jak ryba na lądzie. SŁABO.
- Dobra, to my idziemy. Chodź Lau. - uśmiechnął się do mnie. Założyłam buty i...
- Czekajcie. - zarządziła Vanessa.
- Hmm? - mruknęłam.
- Tak na was patrzę... I widzę, że macie takie same trampki. - stwierdziła. Spojrzałam w dół i... No faktycznie, nasze buty były podobne. Świetnie!
- Super! A teraz możemy iść? - niecierpliwiłam się.
- Idźcie. - wypchnęła nas z domu i zamknęła drzwi. No to nie ma odwrotu.
- No to...? - spytałam, a on złapał mnie za rękę. Kierowaliśmy się w stronę kina ciągle rozmawiając na temat książki, na której podstawie został nakręcony film na który własnie się wybieramy. Zastanawialiśmy się, ile zmienią, ile ominą. Przecież zawsze tak jest, że coś wywalą, prawda?
***
Film się skończył. Jestem na TAK!
Tak samo jak przy tym, że podczas reklam obrzucaliśmy się popcornem. Wyszliśmy z kina i udaliśmy się do parku. Usiedliśmy na ławce i rozmawialiśmy sobie na temat "Zbuntowanej". Porównywaliśmy film do książki i inne takie. Rozmawialiśmy na temat aktorów, na temat ścieżki dźwiękowej. 
- Czekaj. - powiedział nagle, a ja przerwałam porównywanie poprzedniej części do tej nowej. - Masz... Masz popcorn we włosach. - zaśmiał się i sięgnął po kukurydzę. Zdjął ją z mojej głowy i... Zjadł. Zachichotałam, chociaż sama nie wiem, czemu. - Wow, ale super! Czekolada! - zapatrzył się w moje kolczyki. 
- Mógłbyś zjeść. Znaczy, jeśli lubisz plastik... - po tych słowach zaczął zwijać się ze śmiechu na ławce. Przyglądałam mu się, ale on chyba tego nie zauważył. Kiedy się uspokoił spojrzał na mnie, ale w tym momencie ja odwróciłam wzrok. Zaśmiał się cicho i przysunął do mnie. Odsunęłam się trochę, ale on i tak zmniejszył odległość między nami. Ba! Pozbył się jej. Chyba przewidział, że będę chciała się znów odsunąć, bo objął mnie ramieniem. Spojrzałam na niego, ale nie wyglądał, jakby zamierzał zmienić pozycję [Jak to brzmi... ;_______;~Annabeth]. 
On też na mnie spojrzał.
- Wiesz co?
- Co? - zdziwiłam się. 
- Kolczyki pasują Ci do oczu. - szepnął i zbliżył się trochę. Podniosłam trochę głowę. No bo przecież on jest ode mnie wyższy! Mimo, że siedzimy. Zbliżał się coraz bardziej. Myślałam, że zaraz mi serce wyskoczy z piersi. Stykaliśmy się już czołami, kiedy zadzwonił jego telefon. Zatrzymał się. Sięgnął do kieszeni i odebrał. 
- Rydel? O co chodzi? - spytał, ale się nie odsunął. - Coo? Czemu? Nie chcę! Yh... No dobra. - rozłączył się, schował telefon do kieszeni, ale dalej siedział tak, jak wcześniej. - Rydel mi mówi, że mam wracać.
- No to idź. Ona czasem bywa agresywna... - poinformowałam go. O czymś, co zapewne wie. Mimo to się zaśmiał. 
- Najpierw Cię odprowadzę. To mi siostra wybaczy. - stwierdził i wstał. Podał mi rękę i pomógł wstać. W drodze do mojego domu milczeliśmy. Nie wiem, o co mu chodziło, ale ja cały czas rozmyślałam o tej sytuacji w parku. Na prawdę nie wiem, co to było. I to już drugi raz dzisiaj... Tak teraz myślę... Głupio myślę, ale myślę... Że może on tego chce? On chce mnie... Nie, to jest głupie. Nawet nie zauważyłam, a już byliśmy pod moim domem. 
- Dzięki... Dzięki, za miły wieczór. - uśmiechnęłam się. 
- Nie ma za co. Czasem warto tak wyrwać się z domu i... Połazić z przyjaciółmi, prawda? - odwzajemnił gest. 
- Świetnie się z tobą bawiłam.
- A ja z tobą. Co ty na to, żeby kiedyś to powtórzyć? - zaproponował, a ja wyobraziłam sobie, co by się stało, gdyby nie zadzwonił telefon. A jeśli to powtórzymy, znowu się coś takiego zdarzy i nikt nam nie przerwie? 
- Emm... Jasne. Czemu nie... - mruknęłam.
- Czyli jednak masz mnie dość. - stwierdził.
- Nie! - zapewniałam go. - Tylko... Taka jakaś zmęczona jestem... 
- To może Cię zanieść do łóżka? - "zaproponował" robiąc brewki. Potrząsnęłam głową jak pies wychodzący z wody, a on się zaśmiał. - Dobra. A co ty na to, żebyś przyszła jutro do nas na noc? 
- Emm...?
- Wiesz, imprezka. Butelka, nawalanie się poduszkami, filmy, zabawa... Co ty na to? - on chyba na prawdę chciał, żebym przyszła. 
- Hmm... Czemu nie? To chyba lepsze niż czytanie tych samych książek po raz pierdylionowy, nie? 
- Zapewne. - uśmiechnął się szczerze. - To przyjdziesz sama, czy wpaść po Ciebie?  
- A jak chcesz?
- To wpadnę. - powiedział. - Dobranoc Lau. - zbliżył się trochę i pocałował mnie w policzek. - Do jutra! - pomachał mi i odszedł.
- Paa...? - weszłam do domu.
- I JAK TAM RANDKA?! - Van naskoczyła na mnie już przy drzwiach. 
- Mogę się założyć, że wiesz. - stwierdziłam i zdjęłam buty.
- "Świetnie się z tobą bawiłam!" - udawała mój głos. Trzepnęłam ją lekko w ramie, a ta się zaśmiała. - I jutro idziesz do niego na noc... - zrobiła "brewki", a ja strzeliłam Face Palm'a. - No co? Nie jarasz się? 
- Mogę się założyć, że też tam będziesz. Riker nie odpuści sobie takiej okazji. - puściłam jej oczko i obie się zaśmiałyśmy.
- Bosko!
Poszłam więc do swojego pokoju, a tam...
- Co ty tu robisz?! - pisnęłam.
- Okna się zamyka. - wyjaśnił blondyn. - Zapomniałem o czymś. - podszedł do mnie i mnie przytulił. Nie zrozumiałam i też go przytuliłam. On w tym czasie wsadził mi coś do kieszeni i się odsunął. - Nie obraź się, ale pójdę już. Dobranoc po raz drugi i do zobaczenia jutro. - pomachał i zeskoczył z balkonu.
- Kaskader się znalazł... - mruknęłam. Zajrzałam do kieszeni, a tam kurde diament. - Dureń... - no fakt, mógł go sprzedać i dostać duuuużo mamony. On wolał dać go mi. Wariat...


niedziela, 6 lipca 2014

Ważne info od Jagody

Przejdźmy do rzeczy:
Ja też kończę pisanie, tak samo jak Natala.
Po prostu bez niej jakoś tak nie umiem pisać.
Moje stanowisko przejmie moja daleka kuzynka i przyjaciółka Annabeth, Clarisse. :)
No cóż...
Przepraszam i do zobaczenia, może kiedyś w dalekiej przyszłości wrócę! (:

czwartek, 3 lipca 2014

Cześć wam :)

Ekhm OGŁOSZENIE.
Z wielką przykrością ogłaszam, że NatkaSzmatka musiała rzucić pisanie, ze względów...
No...

  1. Nie miała czasu na pisanie
  2. Miała problemy ze "złowieniem" weny
  3. Ma problem z oczami i widzi rozmazane literki (jak ja, ale co tam xD)
  4. Ma zawalone wakacje
  5. Uważa, że dobrze zajmę się tym blogiem
Mam se nadzieję, że mnie polubicie i blog nie straci na... Hmm... Popularności?
Nie wiem, nie umiem pisać długich rzeczy ;P
Jeśli chodzi o moją poprzedniczkę...
Nie wiem, czy wróci, ale dalej możecie pisać do niej na GG czy innych takich... XD
Spoko, ja tylko przekazuję XD
Ja sama jestem za tym, żeby jej trochę pospamić... xD
Róbcie, co chcecie i CZYTAJCIE

Pozdrawiam
~Annabeth




Jestem półbogiem uświadom to sobie. 
Mam dysleksję i ADHD xD
Lubię żelki ^^
Jestem herosem i dobrze mi z tym.
Jeśli mam spaść w otchłań Tartaru, to tylko z telefonem ^^

czwartek, 19 czerwca 2014

Rozdział 3: "I wanted you to know that I love the way you laugh"

- Jak można nie lubić mleka? - spytałam go, a on wzruszył ramionami.
- Lubię wodę - stwierdził, a ja znowu wybuchnęłam śmiechem. - Co ja gadam... Kocham wodę!
- Woda jest spoko, ale mleko lepsze - zaoponowałam, a wtedy wtrąciła się Van.
- Może zaraz połączycie oba i nazwiecie "napojem Raury"? - Nie załapaliśmy, o co chodzi, więc zaraz nam wytłumaczyła. - No Raura... Połączenie waszych imion.
Spojrzeliśmy na siebie z Rossem i zaśmialiśmy jednocześnie. Van spojrzała na nas wzrokiem typu "Pasujecie do siebie", więc od razu się od siebie odsunęliśmy.
- Daj spokój, Van, on ma dziewczynę - powiedziałam i znowu pożałowałam.
- Mówiłem ci już przecież, że nie mam dziewczyny! - niemalże krzyknął
- Spokojnie, Ross! Czemu to ciebie tak denerwuje? - spytała zaskoczona Nessa.
- Ech... przepraszam, sam nawet nie wiem...
- W porządku, to ja przepraszam - uśmiechnęłam się do niego szeroko, a on po chwili odwzajemnił gest.
- Co dzisiaj robisz? - spytał mnie.
- O trzeciej idę z Piper na zakupy, a o szóstej siedzimy razem z Rydel i Van tutaj.
Ross wzdrygnął się nieco na dźwięk imienia Piper. Chyba miał nadzieję, że tego nie zauważyłam. O co chodzi? Myślałam, że się lubią.
- Umm... okej.
- Czemu pytasz?
Nawet nie zauważyłam, kiedy zniknęła Vanessa.
- Z ciekawości.
- Ehem, jasne - zaśmiałam się, a on odpowiedział lekkim uśmiechem.

- Ja? U Laury... No tak... Och, daj spokój... No ale... Ale... Dobra, dobra, już wracam!
To fragment rozmowy telefonicznej Rossa, który udało mi się usłyszeć przechodząc obok drzwi salonu. Po chwili wyszedł z pomieszczenia i zaczął się jąkać:
- Eee... Laura... Ja, eee... Muszę wracać do domu, mama prosi, bo się niepokoi...
- Przecież nie mieszkasz z rodzicami - zdziwiłam się. Coś tu jest nie tak.
- Eee, powiedziałem coś o rodzicach? M-miałem na myśli Rydel, wiesz, ona jest jak matka - zaśmiał się nerwowo i pobiegł w stronę drzwi.
- Ross? O co chodzi? - spytałam się go, kiedy zakładał buty.
- O nic, po prostu muszę wracać - powiedział i wybiegł z domu.
Przez jakiś czas stałam tam gapiąc się w drzwi, a potem powoli skierowałam się do swojego pokoju.
Zachowanie Rossa było co najmniej dziwne. Oczywiście, to nie jego mama dzwoniła. Oczywiście, nie Rydel.
Więc kto?
Ta osoba musiała źle zareagować na to, że Ross jest u mnie. A on pewnie coś przede mną ukrywa. Ale co - nie mam pojęcia.
Wyjęłam z szafy jakieś ubrania i zmieniłam z tymi, które mam teraz. Włosy spięłam w luźnego koka - w zasadzie to byłam już gotowa na zakupy z Piper, dlatego wysłałam do niej smsa. Po chwili odpisała mi, żebyśmy to przełożyły na 15.30, bo ma coś do załatwienia. Ciężko westchnęłam i odłożyłam telefon na stolik. Opadłam na fotel i tępo wpatrywałam się w ścianę rozmyślając, ale nic logicznego nie przychodziło mi do głowy.
W końcu minęło te kilkanaście minut i założyłam buty. Wyszłam z domu biorąc po drodze torebkę i skierowałam się w stronę centrum handlowego. Chwilkę poczekałam na przyjaciółkę, a kiedy przyszła, powitała mnie z uśmiechem. Mimo to w jej oczach widziałam taki chłodny blask. Dokładnie tak, jakby uśmiechała się tylko dlatego, że musiała.
- Cześć - powiedziałam, a ona mi odpowiedziała tym samym. - No to jak? Który sklep pierwszy?

Skończyłyśmy około piątej i wprawdzie to nie miałyśmy już nic do roboty. Zgodnie ustaliłyśmy, że pójdziemy do mojego domu i pogadamy chwilkę czekając na Rydel i Vanessę.
Weszłyśmy do środka i ściągnęłam buty. Pokazałam Piper cały dom i w końcu usiadłyśmy na łóżku w moim pokoju. Przejrzałyśmy wszystkie rzeczy, które dzisiaj kupiłyśmy i wtedy Piper zapytała nagle:
- Tak właściwie to masz jakiegoś chłopaka na oku?
Spojrzałam na nią i nerwowo się zaśmiałam.
- Czemu pytasz?
- Z ciekawości.
Przypomniała mi się wcześniejsza sytuacja z dzisiejszego dnia, kiedy zadałam takie same pytanie Ross'owi, a on udzielił takiej samej odpowiedzi, jak Piper teraz.
- Wiesz... Tak właściwie to...
- Hmm?
- Lubię Ross'a.
Piper krzywo się do mnie uśmiechnęła i z początku nie wiedziałam, o co chodzi. Potem wpadło mi coś do głowy - no bo wiecie... Oni się chyba nie lubią.
- A dlaczego?
- Dlaczego co?
- Dlaczego go lubisz?
Chwilę się zastanowiłam, a po chwili udzieliłam odpowiedzi, w miarę składnej.
- Lubię jego uśmiech, to, jak i co mówi, sposób w jaki się śmieje... Poza tym mamy sporo wspólnego. Spędzamy ostatnio dużo czasu razem. Naprawdę go lubię.
- W ten sposób?
- No... chyba tak.
Zapanowała chwila ciszy, którą przerwałam.
- A ty go lubisz?
- No, można go znieść. - Zaśmiała się nieco sztucznie.
- A ty? Kogo masz na oku?
- Właściwie to chyba jest taki chłopak, który mi się podoba, ale nie wiem nawet, czy chociaż zna moje imię.
- A ty znasz jego? - Tym pytaniem musiałam ją zaskoczyć, bo wyglądała na trochę zmieszaną.
- Emm.. Tak... Eeee, to znaczy... Nie, nie znam. Ale jest ładny.
- Ładny to może być obraz, faceci są przystojni - poprawiłam ją i obie się zaśmiałyśmy.

Kiedy przyszła Rydel i Van, wzięłyśmy koce i zeszłyśmy do salonu. Miałyśmy już przygotowany popcorn, więc wszystkie usiadłyśmy na kanapie i oglądałyśmy "wyciskacze łez" [czyt. smutne dramaty o miłości XD ~Jagodcza]. Płakałyśmy jak dzikie bobry. Nie był to dobry pomysł. Piper zmoczyła łzami świeżo kupioną bluzkę, a Vanessa zasmarkała dwie poduszki. Rydel rozmazał się makijaż i wyglądała jak upiór. Aż się boję wiedzieć, co się za mną dzieje...
- Rydel? Wiesz... ślicznie wyglądasz! A ten tusz do rzęs na całej twarzy dodaje ci uroku... - jęknęła Vanessa.
- I kto to mówi? - odgryzła się blondynka. 
- Jezus Chrystus Maria... dziewczyny! Skończcie się kłócić! - pisnęłam, czym wywołałam większą wojnę wśród najstarszych.
- Dokładnie! Skończcie! - zawtórowała mi Pip. - Wykorzystajmy to i chodźmy nastraszyć chłopaków! - zaproponowała. 
- Okej! - zgodziłyśmy się bez wahania.
Założyłyśmy na głowy worki z dziurami i jak najszybciej umiałyśmy przeszłyśmy do Lynchowego domu. Z salonu można było usłyszeć dźwięki konsoli, czyli rasa męska okupuje pokój główny. Zakradłyśmy się tam i zdjęłyśmy worki.
- Heeej chłopcy! - przywitałyśmy się wszystkie.
- A co to piegrzymk... - zaczął Riker.
- AAA! - pisnęli wszyscy na nasz widok, a my tam stałyśmy z morderczymi minami. - CO WAM SIĘ STAŁO?! - Ross podbiegł do mnie, co Piper skomentowała obrzydzonym wzrokiem. Aż tak z nimi źle?
- Wiesz, babski dzień i te sprawy... - odparła Van, a Ellington zemdlał.
- Nie no, znowu? - jęknęła Rydel.
- Ale o co chodzi? - spytałyśmy z Ness.
- Zawsze kiedy słyszy: "babski dzień" mdleje... - wytłumaczyła nam blondi.
- Ahaaa? - zdziwiłyśmy się z siostrą. Nagle podszedł do niej Riker i przytulił. Awww...
- Co robimy? - spytał Rocky znudzonym głosem.
- Ja idę zmyć to cholerstwo z twarzy! - krzyknęła Delly i pognała na górę.
- A dla mnie i tak wyglądasz ślicznie! - krzyknął Ell i pobiegł za nią.
- Ja już muszę iść... Jestem delikatnie mówiąc... Spóźniona. - poinformowała nas Piper.
- Ehh... Serio musisz iść? - spytałam.
- Taak...
- Ehh... To pa. - przytuliłam ją, a moja siostra zrobił to samo.
- Pa Delly! - krzyknęła i wyszła.
- Ja też się będę zbierać... - szepnęłam.
- Pokręciło cię? - zapytał Ross.
- Raczej nie. Czemu by miało?
- Za wcześnie! - krzyknął i pociągnął mnie na górę.
- Co ty...?
- Zapraszam cię do mnie. - uśmiechnął się szeroko i wpuścił do (najwidoczniej) swojego pokoju.

Nie zdziwiłam się zbytnio. Żółte ściany, wielgachne wyrko, telewizor no i oczywiście instrumenty. I to nie byle jakie instrumenty! To były czadowe instrumenty!
- Hmm... Fajnie tu masz. - stwierdziłam.
- Dzięki. Spędzam tu dość dużo czasu, więc muszę się czuć dobrze, nie? - uśmiechnął się.
- Tak, zgodzę się z tobą. - odpowiedziałam. Spojrzałam na niego. Siedział na łóżku i patrzył na mnie. Natychmiast odwróciłam wzrok, przez co on się zaśmiał. - Taka śmieszna jestem?
- Skądże. Bawi mnie twoja reakcja. Jakby to było coś dziwnego, że się na ciebie patrzę... - wstał i podszedł. Zaczęłam zerkać w stronę instrumentów. - Zagrasz mi coś? - poprosił.
- Emm...
- No nie bądź taka! Graj! Jak chcesz, mogę pierwszy. - uśmiechnął się.
- D... Dobra... - szepnęłam. Podszedł do gitary i zaczął myśleć. Zapewne nad tym, co zagrać. Po chwili zaczął stroić instrument. A ja czekałam.
- Ekhm... No dobra, gram. - poinformował mnie i zaczął śpiewać: "I'm Yours". Tia... Ciekawe, czy wie, że to jedna z moich ulubionych piosenek...
- Brawo. - zaczęłam klaskać. Uśmiechnął się i wstał.
- No. To teraz ty. - odparł, a mi zrzedła mina.


wtorek, 13 maja 2014

Rozdział 2: "Your fingertips across my skin, the palmtrees swaying in the wind, images."

 Zbliżał się wieczór, a Rydel już czwarty raz gotowała Rocky'emu i Ellingtonowi Mac&Cheese, Vanessa z Rikerem gdzieś się zaszyli i nikt nie wie, co robią. Ja gadam sobie z Rossem i wszystko jest git.
A bo wcale nie. Po pierwsze: nie gadam z nim, bo ten zapatrzył się w ekran swojego telefonu i z kimś esemesuje. Ja siedzę i się nudzę. Nie obejrzę telewizji, bo reszta jest za głośno. Nie pogram na kompie, bo bez pozwolenia nie wolno. Nie popiszę z nikim, bo nie mam z kim. Nudy na pudy. Chyba że...
- Ja już się będę zbierać. - powiedziałam wstałam z kanapy.
- Co? Nie idź jeszcze! - protestowała Rydel.
- Nie no, lepiej będzie jak pójdę. - zaczęłam kierować się w stronę drzwi spoglądając na Rossa, któremu nawet tornado by nie przeszkodziło. Rydel wyłapała moje spojrzenie i wyrwała bratu telefon.
- EJ! - protestował.
- Idź odprowadzić koleżankę. - wskazała na mnie.
- Już idziesz? - spytał zdziwiony.
- Nom. - odpowiedziałam i zaczęłam zakładać buty. On zrobił to samo. Założyłam kurtkę i razem z blondynem opuściłam dom.
- Czemu już idziesz? - spytał.
- Nie miałam nic do roboty. Ness zniknęła, a nawet jakby była to zapatrzona w Rikera. Rydel w kuchni, brunetki się bili na łyżki, a ty pisałeś. - wzruszyłam ramionami.
- Było powiedzieć, że ci się nudzi! - zatrzymałam się, a on zrobił to samo. - Co się stało?
- Nic. Po prostu kiedy tak wtedy pisałeś nie wyglądałeś, jakbyś chciał, żebym ci przerwała, bo się nudzę. W dodatku nie chciałabym, żebyś zareagował jak na Rydel...
- Laura... Weź przestań.
- Okej. - powiedziałam i ruszyłam przed siebie.
- Ale nie musisz sobie iść. - dogonił mnie.
- Ale chcę. - dalej szłam, a blondyn za mną. - Długo będziesz za mną laził?
- Miałem cię odprowadzić, a to zazwyczaj polega na podążaniu za osobą aż do jej domu, więc... - zamyślił się, a ja to wykorzystałam i mu uciekłam. - Laura? Laura?! - zaczął panikować, a ja umierałam w krzakach. Ze śmiechu! On zaraz na wierze kościelną wejdzie i będzie się darł! Ahahahahahah!
- Lauraaaaaaaaaaa?! Gdzie jesteś?! Nie no, Rydel mnie zabije...
- Rydel bym się nie martwiła. Gorzej z Vanessą... Uuu... Ona to masakra na dwóch nogach... - postanowiłam się odezwać.
- Laura? Gdzież żech je? - spytał, a ja nie mogłam się już powstrzymać. Wybuchnęłam mega głośnym śmiechem słyszalnym na drugim końcu miasta. - Jezu, ale mnie nastraszyłaś! - kucnął by mi się lepiej przyjrzeć. Szczerze? Na co patrzeć? A no tak, przecież to normalne, że 18 latka śmieje się jak nienormalna w krzakach, a jej kolega drze się jak opętany na całe miasto! To takie zwyczajne... Zieeew. Już dawno wyszło z mody [Sama nie wiem, czemu to piszę... ~Natalcza]...
- Ross?
- Tak?
- Pomożesz mi? - spytałam.
- W czym niby?
- Podniesiesz mnie? - spytałam słodkim głosem jednocześnie robiąc maślane oczy. Uśmiechnął się, złapał mnie za rękę i podniósł. - Dzięki. - uśmiechnęłam się.
- Ej, a może jakaś nagroda? - spytał, a mnie zamurowało.
- C..C..Coo?
- Nie wiem, może mnie przenocujesz, albo przynajmniej przytulisz? - spytał, a ja (sama nie wiem, czemu to zrobiłam!) podeszłam do niego i przytuliłam. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, co właśnie robię! Oderwałam się od niego i zwiałam, zostawiając zdezorientowanego blondyna na ulicy...
***
Leżałam na kanapie w salonie pod mięciutkim, cieplutkim kocykiem, pijąc ciepłą herbatę. Coś jest ze mną nie tak. Po prostu się przytuliliśmy, a ja? Uciekłam. Jestem głupia. Pewnie teraz będzie miał mnie gdzieś! Nagle usłyszałam dzwonek do drzwi. Pewnie Vanessie nie chce się szukać kluczy w torebce... Ale serio, ona ma tam wszystko! Podeszłam więc do drzwi i otworzyłam. Za nimi stał pewien blondyn...
- Co tu robisz? - spytałam.
- Wiesz, najpierw musiałem wrócić do domu i spytać się Vanessy gdzie mieszkacie, oraz dostać od Delly w łeb, bo cię nie upilnowałem... Ale w końcu przyszedłem, bo mam zamiar się spytać, czemu uciekłaś.
- Emm... A może wejdziesz? - spytałam, a on wszedł do domu. Zdjął kurtkę i powiesił na wieszaku. Wszedł dalej i zaczął się rozglądać.
- Ładnie tu macie... - zauważył.
- Dzięki. Chcesz coś to picia? - spytałam tylko po to, by odłożyć rozmowę na później.
- Nie, dziękuję. - odpowiedział i wrócił do oglądania domu. Ja poszłam i zrobiłam mu herbatę. Niech wie, jak to jest. Z kubkiem parującego napoju weszłam do salonu, a on siedział i robił coś na telefonie. Usiadłam i podałam mu kubek.
- Pozwól, że cię zacytuję: "Dzięki, ale przecież mówiłem, że nic nie chcę". - powiedział, a ja się uśmiechnęłam.
- Zemsta. - zaśmiałam się, a on upił łyk. - Dobre?
- A no. - upił jeszcze jeden. - A powiesz mi w końcu dlaczego uciekłaś? - wiedziałam, że w końcu do tego dojdziemy.
- Chcesz może ciasto? Przyniosę, poczekaj. - wstałam, ale blondyn złapał mnie za rękę.
- Poczekaj. - ścisnął mocniej. - Dlaczego uciekasz? Przecież nie chcę cię zjeść, czy coś. Ja po prostu chcę wiedzieć, dlaczego uciekłaś... - usiadłam z powrotem.
- Nie chciałam, żeby twoja dziewczyna była zła... - szepnęłam, a on się zamyślił. Wyglądał, jakby coś wymyślał. 
- Ja nie mam dziewczyny. - powiedział.
- Nie kłam.
- Nie kłamię! - krzyknął i zerwał się z kanapy.
- Dobra, nie denerwuj się. - próbowałam go uspokoić. Ale to nie możliwe! A może... Czyżby szczęście się do mnie uśmiechnęło? Możliwe, ale wolę nie cieszyć się na zapas...
- Dobra, ja ci wszystko wyjaśniłam. Teraz możesz wyjść z mojego domu...
- A wcale że nie. - powiedział. - Czemu myślałaś, że mam dziewczynę? - spytał.
- No bo...
- Cześć wam! - krzyknęła Vanessa.
- No hej. - powiedział lekko wkurzony Ross.
- Dzięki siostra! A teraz dobranoc, idę sobie, pa. - pisnęłam i pobiegłam na górę. Blondyn za mną, jednak ja szybciej dobiegłam i zamknęłam się w pokoju. Zasunęłam rolety i zamknęłam balkon. Przebrałam się w piżamę i w miarę ignorując walenie w drzwi i krzyki Rossa starałam się zasnąć. Niestety, gu*nianie mi szło. 
W końcu zamilkł. Nowość. Udało mi się zasnąć.
*RANO*
Obudziłam się i zdziwiona stwierdziłam, że jest 11:25. Dość długo spałam... Dobra, nie ważne. Ubrałam jakieś tam ciuchy i wyszłam z pokoju, prawie zabijając się o śpiącego Rossa. Ten tylko obrócił się na drugi bok i dalej spał. Prychnęłam i zeszłam na dół, gdzie Vanessa oglądała Eurowizję. Pytanie, skąd ją wzięła?
- Jezu Chryste, co to jest? - spytałam, gdy na ekranie pojawiło się TO.
- Babochłop z Eurowizji. - powiedziała jakby to było całkiem normalne. Po moim ciele przeszedł dreszcz, ale jeszcze gorzej było kiedy poczułam oddech na mojej szyi. Moje serce na moment stanęło, a ja znieruchomiałam. Nagle ten ktoś kto za mną stał odgarnął mi włosy do tyłu i odszedł. Rozluźniłam się. Odwróciłam, a tam Ross w kuchni. Opierał się o blat i szeroko uśmiechał.
- Wiesz, nie ładnie tak na kogoś wpadać... - stwierdził.
- Ej! To ty zasnąłeś pod moimi drzwiami! - protestowałam.
- Ludzie, uspokójcie się... - próbowała Vanessa.
- NIE! - ryknęliśmy jednocześnie. To nie prawdopodobne, że tyle wyrazów potrafimy wypowiedzieć w tym samym czasie! A jednak...
- Dobra, mam dość. - szepnęłam i podeszłam do lodówki. Otworzyłam ją i wyjęłam karton mleka. Wyduldałam co najmniej pół, a blondyn zaczął się trząść. - No co?
- Nienawidzę mleka... - szepnął, a ja wybuchnęłam śmiechem.

sobota, 12 kwietnia 2014

Rozdział 1: "But you still have all of me."


- Laura... Muszę cię z kimś zapoznać.
Vanessa wyglądała na bardzo podekscytowaną. Spojrzałam na nią lekko zdziwiona i spytałam:
- Z kim?
- Chciałabym, żeby wszyscy dowiedzieli się w tym samym momencie.
- Wszyscy? - Spojrzałam na nią unosząc brwi. - Przecież jestem tylko ja.
- Ech... Potem zrozumiesz - mrugnęła do mnie okiem i uśmiechnęła się. - Dzisiaj wieczorem się tam wybierzemy.
- No ale gdzie?
- Niespodzianka.
***
Stoimy pod domem... Vankowej niespodzianki. Zapowiada się ciekawie...
Moja siostra załomotała w drzwi. Po chwili otworzył nam przystojny i wysoki blondyn o ciemnych, hipnotyzujących oczach. Chwilę się zapatrzyłam, ale w końcu wyrwałam z opętania i uśmiechnęłam lekko.
- W czym mogę pomóc? - spytał. O matko, ale ma głos...
- Przyszłam do Rikera - powiedziała Van. Kim jest Riker? Czemu nic o nim nie wiem?
- RIKEEEERRR! - zawołał chłopak i po chwili obok niego stał bardzo podobny do niego blondyn, najprawdopodobniej jego brat. Uśmiechnął się na widok Vanessy, która wskazała na mnie i powiedziała krótko:
- To moja siostra.
Wpuścili nas do środka. W salonie na kanapie siedziało trzech chłopaków grających na konsoli, a obok nich stały dwie dziewczyny prowadzące rozmowę.
- Słuchajcie, mamy ważne info! - krzyknął Riker i wszyscy obrócili się w jego stronę.
- Jeśli nie chcesz mi powiedzieć, że zrobiłeś dla mnie garnek Mac&Cheese, to mnie to nie obchodzi - powiedział jeden z brunetów grających w grę.
- Przykro mi, ale się zawiedziesz. - odpowiedział Riker. Dobra, znam jedno imię. Jeszcze tylko sześć!
- No dooooooobra, mów. - jęczał brunet od Mac&Cheese.
- Jesteśmy parą. Ja i Vanessa jesteśmy razem. - odpowiedział i chwycił dłoń Vanessy. Okej... O czym jeszcze nie wiem? Będę ciocią? Każą mi się tu wprowadzić? Będę mieć szwagra? Nie znoszę zgadywanek!
- CO?! - krzyknął brunet obok miłośnika sera, natomiast blondynka stojąca obok nich zaczęła piszczeć z radości.
- RIKER MA ŻONĘ! - krzyczała i skakała jednocześnie.
- VANESSA LYNCH!
- KIEDY ŚLUB?!
- Dajcie spokój, dopiero zaczęliśmy się spotykać - zaśmiał się, a Van mu zawtórowała. No fakt, razem wyglądali megasłodko...
A tymczasem Vanessa postanowiła zapoznać mnie z całą rodziną. Jak się okazało, nie wszyscy są rodziną. Ci trzej bruneci to Rocky i Ryland Lynch (bracia Rikera) oraz ich przyjaciel Ellington (nie Lynch, ale Ratliff), blondynka, Rydel, jest siostrą Rikera, druga dziewczyna (Piper) jest jej przyjaciółką [ ( ͡° ͜ʖ ͡°) -od Jagodczy]. Ten chłopak, który nam otworzył, miał na imię Ross. Ross, jakie ładne imię.
Spędziłam z nimi resztę wieczoru poznając wszystkich jeszcze bardziej. Piper i Rydel okazały się być naprawdę sympatyczne i od razu je polubiłam. Piper ma piękne rude włosy (choć twierdzi, że są kasztanowe).
Ellington i Rocky (którzy są najlepszymi przyjaciółmi i wszyscy nazywają ich "Rockliff") razem z Rylandem i Rikerem zrobili mi i Vanessie coś w stylu "obrzędów" z okazji "oficjalnego dołączenia do rodziny Lynch (i Ratliff)". Musiałyśmy zjeść miskę żelków (co nie było takie trudne, chociaż Ness jest na diecie), odbyć bitwę na patelnie (...okej...) i zatańczyć "Rockliff dance". Było przy tym dużo śmiechu i zabawy, choć ani Ellington, ani Rocky nie jest normalny. No, w tym domu chyba nikt nie jest normalny.
Z wyjątkiem Rossa, którego widziałam kilka razy tego dnia. Ciągle chodził do swojego pokoju i się zamykał. Piper parę razy do niego szła, bo się o niego martwiła, podczas gdy ja z Rydel siedziałyśmy w pokoju i rozmawiałyśmy o wszystkim. Piper wracała zazwyczaj po 5-10 minutach i mówiła, że "jest wszystko dobrze".
Kiedy zbliżała się noc, postanowiliśmy następnego dnia razem zjeść obiad u Lynchów, skoro najprawdopodobniej kiedyś będziemy rodziną. Vanessa zawsze brała swoje związki na poważnie, a z tego, co widzę, Riker też. (Chociaż zawsze coś może nie wypalić).
(Oczywiście nie życzę im tego).
Z rana Van wyszykowała się tak, jakby od tego, jak będzie wyglądać, miało zależeć jej życie. Co z tego, że była dopiero 9 rano, a obiad był zaplanowany na 15.
Ja natomiast oglądałam od rana "American Horror Story". [KOCHAM TEN SERIAL BARDZO ~Jagodcza] Obejrzałam wszystkie odcinki, ale dzisiaj postanowiłam wrócić do pierwszej serii - "The Murder House". Nessa za bardzo się bała [hehe ~Jagodcza], więc nawet nie wchodziła do pokoju. W łazience spędziła chyba ze dwie godziny, ale się opłacało. Wyglądała naprawdę świetnie - pewnie się Rikerowi spodoba.
Powoli dochodziła 14, więc zaczęłam się zbierać. Ubrałam się tak, jak zwykle, zajęło mi to może pół godziny. Uśmiechnęłam się lekko na myśl, że spotkam się dziś z Rossem.
W końcu zdecydowałyśmy się już tam jechać. Vanessa wsiadła do samochodu na siedzeniu kierowcy i ruszyła. Kiedy dojechaliśmy wyskoczyłam z auta i ruszyłam w stronę drzwi. Zapukałam, a po chwili w drzwiach ukazała się sylwetka pewnej blondynki.
- Cześć Ross. - powiedziałam.
- Cześć. Wejdziesz? - zaproponował.
- Gdzie Rikerrrrr?! - wrzeszczała moja siostra.
- W sklepie. Rydel wysłała go po sok. - odpowiedział obojętnym głosem.
- Grrr... - warknęła Van i skierowała się w stronę spożywczaka.
- Więc zostaliśmy sami... - zauważył.
- Tia... - mruknęłam.
- To wejdziesz, czy będziemy tak stać w progu? - zapytał, a ja pacnęłam się w czoło.
- Okej. - weszłam do środka i zdjęłam kurtkę, ale on ją przejął i powiesił na wieszaku. Jaki dżentelmen!
- Chcesz coś do picia? - spytał.
- Nie, dzięki. - odpowiedziałam. - Jest ktoś w domu?
- Tylko Rydel, ale ona buszuje w kuchni.Riker jest jak już wiesz w sklepie, a Rocky z Ellingtonem wybyli gdzieś rano. Powinni wrócić na obiad...
- A Piper? - spytałam, a on dziwnie na mnie spojrzał.
- Nie ma jej... A co? - zdziwił się.
- A nic. - usiadłam na kanapie i zaczęłam przeglądać ich kolekcję płyt DVD. Po chwili usiadł obok mnie i podał mi szklankę oranżady. - Dzięki, ale przecież mówiłam, że nic nie chcę.
- Niegrzecznie by było nic ci nie dać, nie uważasz? - uśmiechnął się, a ja zrobiłam to samo.
- Więc... Czym się interesujesz? - zaczął rozmowę.
- Gram na pianinie i trochę śpiewam. Nałogowo oglądam "American Horror Story" oraz jestem mistrzem świata we wkurzaniu Vanessy. - odparłam, a on zaczął się śmiać. - No co?
- Nic. Mamy podobne zainteresowania! Też gram, tylko że na gitarze, perkusji, pianinie i uczę się grać na skrzypcach. Też śpiewam, ale nie oglądam "AHS", bo nie za bardzo lubię horrory. W dodatku gram w hokeja. - skończył.
- Wow. Dużo tego... - stwierdziłam, a on zachichotał.
- No tak trochę... Ale dobra, nieważne. Jaki jest twój ulubiony kolor?
- Czerwony. A twój?
- Żółty. Jaki jest twój ulubiony zespół?
- Wiesz, pewnie nie znasz...
- To poznam.
- R5... - szepnęłam, a on zaczął się tarzać po kanapie ze śmiechu.
- No tak, faktycznie, nie znam kolesi - ciągle się śmiał.
- Tak myślałam... No cóż, a jaki jest twój ulubiony zespół? - Uśmiechnęłam się do niego.
- The Script i Paramore! - odpowiedział już uspokojony.
- A twój ulubiony film? - spytaliśmy siebie w tym samym momencie.
- Ty pierwszy!
- Nie, ty pierwsza!
- No dobra, to jednocześnie.
- Okej!
- "Niezgodna". - odpowiedzieliśmy jednocześnie. Jak się okazało, mamy ten sam ulubiony film. Ciekawe...
- Czytałaś trylogię? - spytał mnie Ross.
- No pewnie! - niemalże wykrzyczałam radośnie, a on przybił mi piątkę. AHGFHJSDFGSAHFGBLDSGHDIFHGDAIUYGVE PRZYBIŁ MI PIĄTKĘ AKJFHJKHSDFAFUVBHGDF!
- Czemu Tris umarła?! - spytał zdołowany.
- Nie mam pojęcia, miałam ochotę ukatrupić pannę Roth!
- No to witam w klubie... - mruknął, ale chwilę później znów się uśmiechał. Do mnie. Ross Lynch się uśmiechał DO MNIE. Ja pierniczę piernika... Nagle do domu wparował zdyszany Riker, a za nim Vanessa.
- Czy to normalne, że w sklepie do którego prawie nikt nie chodzi skończył się sok?! - darł się starszy blondyn.
- Ale masz go, prawda?! - wściekła Rydel wybiegła z kuchni. Ubrana była w różowy fartuch z "My Little Pony", a w ręce trzymała łyżkę. Uuu.. Groźna broń!
- Tak, mam. Musiałem przebiec pół miasta i trzy czwarte centrum handlowego, ale udało się! - wykrzyknął uradowany i podał siostrze sok.
- Jeden? Kupiłeś jeden sok, na siedem osób?! Czy ty masz chociaż jedną piątą mózgu?! - wrzeszczała blondynka.
- Dobra, zaraz wracam. Ness?
- Idę. - powiedziała moja siostra i wraz ze swoim chłopakiem ruszyła w dalszą drogę.
- Z kim ja mieszkam... - Ryd załamała ręce.
- Ze mną! - krzyknął Ross podnosząc rękę do góry.
- Nie rób z siebie idioty. Przynajmniej nie TY! - wrzasnęła i zniknęła w czeluściach kuchni. - A tak w ogóle to cześć Laura. - pomachała mi i odeszła.
- Nie lubię jak krzyczy. Zawsze mnie później uszy bolą... - chwycił się za głowę.
- Więc chyba nie słyszałeś Van... - zauważyłam i poklepałam go po ramieniu. Dotknęłam go. Z. Własnej. Woli. Go. Dotknęłam. Mój Boże...
***
Jeszcze przez dziesięć minut gadaliśmy. Całkiem spoko z niego gość. A jakie ciacho! Riker z Vanessą wrócili dwie minuty temu i przyprowadzili ze sobą Rockliffa. Ci dwaj trzymali w rękach pokaźne worki słodyczy.
- Ale nie okradliście cukierni, prawda? - spytała zaniepokojona Delly.
- Nie! Tylko trochę sobie kupiliśmy...
- Trochę? TROCHĘ?! To jest TROCHĘ?! Jeśli to jest trochę to mam na imię Bogdanka!
- Witaj Bo... - zaczął młodszy z nich.
- Zamknij się, albo głodujesz. - zagroziła.
- Ale przecież mam swoje słodycze! - Uniósł rękę, w której je trzymał. - Dam radę przeżyć te kilka dni, co nie?
Rydel zmierzyła go zabójczym wzrokiem, więc w końcu się zamknął.
- LUUUDZIEEE! OBIAAAAD! - krzyknęła Delly wchodząc do kuchni i ściągając fartuszek.
- A co zrobiłaś? - spytał Riker, a ona wskazała ręką na mnóstwo garnków i patelni.
- Pamiętasz, jak byliśmy w Polsce?
- Mhm, a co?
- Zrobiłam trochę bigosu z przepisu od fanek [TO JA DAŁAM IM PRZEPIS NA MEET&GREET WOOP WOOP ~Jagodcza]. No i jeszcze Mac&Cheese, flaki,... - nie zdążyła dokończyć, bo podbiegł do niej Ratliff i ją przytulił.
- BIGOS! MAC&CHEESE! FLAKI! BOŻE, RYDEL, KOCHAM CIĘ!
- Ermm... Oke...
- CZY JA USŁYSZAŁEM MAC&CHEESE?! - Nagle zjawił się Rocky.
- TAK, DOBRZE USŁYSZAŁEŚ! A TERAZ SIADAJ I JEDZ!
Razem z Rossem zaczęliśmy się cicho śmiać jednocześnie siadając do stołu. Usiadłam koło Vanessy, a on... USIADŁ. KOŁO. MNIE.
Rydel podała każdemu mnóstwo talerzy - jeden głęboki, dwa duże płaskie i dwa małe płaskie oraz pierdyliard miseczek. Ciekawe, na co...
- Więc tak - zaczęła, kładąc garnki na stole. - Tu macie bigos, tu są ziemniaki ("ZIEMNIAKI!" ~Ellington), kotlety schabowe, Mac&Cheese, flaki i pierogi!
- Brzmi trochę, jakby chińszczyzna... - mruknął do mnie Ross.
- Polskie jedzenie - zaśmiałam się.
- Z czym są te pierogi? - zapytała Van, podczas gdy Rocky i Ell odbywali walkę na widelce.
- Niektóre są z mięsem, z truskawkami, z kapustą, z serem białym...
- Biorę! - powiedziała Ness i chwyciła kilka pierogów.
Spojrzałam na "menu" i postanowiłam wziąć trochę bigosu. Sięgnęłam po łyżkę, która była w garnku z bigosem, ale ktoś planował zrobić dokładnie to samo. Jak się okazało, był to Ross...
Nasze dłonie się spotkały. Lekko się zarumieniłam i spojrzałam na niego trochę zawstydzona. On się do mnie uśmiechnął i odsunął rękę, abym jako pierwsza mogła sobie nałożyć.

________________________________________________________________
W KOŃCU SKOŃCZONY :D
Pozdrawiamy z mojego łóżeczka :D Pisząc rozdział, słuchałyśmy sobie pięknych piosenek :3
oki, to tyle, papadgi :3
_
Jagodcza i Natalcza