sobota, 8 listopada 2014

Znowu reklama!

Hejo ziemniaczki/kartofle, jak wolicie xd
Melduje się Clarisse tym razem, otóż:
Założyłam bloga!
Pozostałe ("One Last Dance" i te dwie Raury usunęłam na prośbę Jagody).
Oto link: im-the-next-supreme.blogspot.com :)
Tak, będzie to Raura.
Zapraszaaaam!

(II) Rozdział 8: "I know that inside my heart forever will forever be ours, even if we try to forget - love will remember"

Z dedykacją od Clarisse dla Agi W. :) (co z tego, że rozdział po raz kolejny pisała Isabelle/Annabefsztyk... Is, kocham Cię XD)

*następnego dnia*
Obudziłam się wcześnie. I to bardzo.
Obok mnie leżał śpiący Ross/Kyle z bardzo głupkowatym wyrazem twarzy, co oczywiście w jego przypadku dodawało mu tego jego uroku.
Włosy opadały mu na czoło, więc delikatnie żeby go nie obudzić odgarnęłam mu je. Mruknął coś przez sen po czym skulił się i przytulił do poduszki.
Tak trudno jest się powstrzymywać... Przed powiedzeniem mu prawdy. Ale nie mogę.
Musiałam zaplanować jakoś dzisiejszy dzień, biorąc pod uwagę, że siedzenie bez czynnie w domu tylko nas zanudzi.
I wtedy wymyśliłam.
Po czym usłyszałam huk.
Wpadłam do salonu, gdzie zastałam blondyna leżącego na ziemi.
- Baaabciuuu. - jęknął.
- Nic ci nie jest? - podbiegłam do niego.
- wszystko gr... Nie gra! - krzyknął, a ja się przeraziłam. - Obudziłem się, a ciebie nie ma! Jak tak można, hmm?!
- Hej, Kyle, spokojnie. Byłam tylko w kuch...
- A JA NA PODŁODZE!
- Nie krzycz na mnie!
- Sama to robisz!
- Spadaj!
- Właśnie!
Zostawiłam go więc i poszłam do kuchni. Otworzyłam lodówkę prawie wyłamując drzwi. Wyciągnęłam z niej kubeczek jogurtu i otworzyłam go wbijając łyżeczkę w etykietę. Po spożyciu wyrzuciłam opakowanie do kosza, po czym wzięłam się za herbatę.
- Laau? - spytał Ross/Kyle wchodząc do kuchni. - Jesteś zła? - nie odpowiedziałam. Stałam przy ladzie czekając, aż woda się zagotuje. - Nie bądź zła... - podszedł i mnie przytulił. Położył mi głowę na ramieniu i zaczął się bawić moimi włosami. - Pewnego dnia pewna śliczna brunetka bardzo zdenerwowała się na swojego blond przyjaciela...
- Bo wcześniej ten blond przyjaciel bardzo wkurzył brunetkę. - warknęłam i zaczęłam nalewać zagotowanej już wody do kubków.
- A teraz temu blond przyjacielowi jest smutno i ma wyrzuty sumienia, bo śliczna brunetka nie chce z nim rozmawiać. - podszedł i złapał mnie za rękę. - Porozmawiasz ze mną?
- Pfff... - fuknęłam.
- Prooooszę! - zrobił szczenięce oczka, a ja nie mogłam się powstrzymać i zaczęłam chichotać. - Czy teraz śliczna brunetka ze mną porozmawia?
- Może, może... - zarzuciłam mu ręce na szyje.
- Mam ochotę na czekoladę, a jedyną jaką widzę jest ta w twoich oczach... - szepnął.
- Na mnie nie działają takie teksty. - odepchnęłam go lekko i upiłam łyk herbaty.
- Oczywiście, że nie działają. Dlatego, że jesteś jedyna w swoim rodzaju. - rzucił i zabrał drugi kubek.
- Oh, dziękuję. - odpowiedziałam z uśmiechem.
- Ależ nie ma za co, panno Marano. - również się uśmiechnął. - Więc... Mamy jakieś plany na dzisiaj?
- My mamy? Nie wiem... - mruknęłam.
- Ach, zapomniałem, że teraz kobiety mają w zwyczaju zamykać mężczyzn w domach i kazać im na siebie czekać...
- Smutna historia... Nie martw się, planowałam pójść do na przykład Subway'a, później może do kina...
- A później zapraszam panią na spacer. - zaoferował.
- Kusząca propozycja panie Spencer. - przyznałam. Zrobił minę jakbym go uraziła. - Coś nie tak?
- Nie mów tak na mnie.
- Czemu? - zdziwiłam się. - Przecież to twoje nazwisko, nie?
- Ale mi nie pasuje, jasne? - zasępił się i upił łyk napoju. - Przepraszam.
- Nie szkodzi. - zbyłam go machnięciem ręki.
- To dobrze. - odetchnął. - Wiesz co? Lubię cię. I nie mam zamiaru cię nikomu oddawać. - wyznał, a mi serce mocniej zabiło. - Chyba, że pięknie poprosisz, ja tego kogoś poznam i polubię i będę mięć pewność, że nic ci nie zrobi. - kontynuował. Nie wiem, czy to normalne, ale miałam problemy z oddychaniem. - Laura? Wszystko gra?
- Taa...
- Bo strasznie zbladłaś. Na pewno? Nie trzeba ci pomóc? - dopytywał się.
- Proszę weź ode mnie kubek... - więc wziął. - I odłóż go proszę na blat. - tak też uczynił. - Świetnie, teraz mogę mdleć. - jak powiedziałam tak zrobiłam. Ostatnie co zapamiętałam to zmartwiona twarz blondyna.
***
- Auaaa... - jęknęłam. Wszystko mnie bolało. Od głowy po koniuszki palców u stóp.
- Obudziłaś się. - powiedział blondyn.
- Ross...? Umarłam?
- Nie, nie umarłaś.
- Soo... Kim ty...?
- Nie pamiętasz mnie? - zdziwił się. - Haloo... Ziemia do Laury! Woo Hoo! Obudziłaś się ślicznotko?
- Nie obrażaj mnie, Kyle.
- Tak lepiej. - uśmiechnął się szeroko i pomógł mi usiąść. Oparłam się o niego, a on podał mi kubek z herbatą który kazałam mu odłożyć.
- Wszystko gra? - spytał z troską.
- Jasne. Nie liczyć tego, że łeb mnie boli jakbym spadła z czwartego piętra na główkę. - wyznałam.
- Ach, to i tak dobrze, Pamiętam, że kiedyś jak byłem z... Kimś... Na plaży to potknąłem się o czyiś plecak i upadłem głową na kamień. Wiesz, krwi mnóstwo. A potem jeszcze uszczypnął mnie krab... - zaśmiał się. - Bolało, ale to nie zmienia faktu, że świetnie się z tymi osobami bawiłem. Szkoda, że ich nie pamiętam... CHWILA. - zauważył. - Skoro o nich mówię, to chyba coś tam pamiętam nie?! - zerwał się z miejsca, a ja walnęłam głową w ścianę.
- Au..
- Boże, przepraszam! - piszczał. - Proszę, wybacz, nie chciałem, ja tylko...
- Rozumiem. Tylko może bezpieczniej będzie, jak podłożysz mi pod głowę poduszkę. - zażartowałam, co nie przyniosło efektów.
- Proszę, będę grzeczny! Mogę być twoją podusią? - zrobił maślane oczka.
- Noo...
- Dziękuję! - pisnął, pocałował mnie w czoło i mocno przytulił. - Ahhh co ja bym bez ciebie zrobił!
- Ja...
- No dobrze. - usiadł i znów mnie o siebie oparł. - Odpocznij. Jeśli będziesz się czuć na siłach to pójdziemy jeszcze sobie połazić, dobrze?
- Ale Subway i kino aktualne?
- Nawet jeśli będę musiał cię nieść. - mrugnął do mnie, a ja uśmiechnęłam się szeroko. Tylko on tak na mnie działał... Nagle zdzwonił mój telefon. Chwyciłam go i zamarłam na widok imienia na wyświetlaczu.
- Jaki Riker? - spytał Ross/Kyle. - Odbierz.
- Jaa... Dobrze. - więc odebrałam. - Halo?
- LAURA! - wrzasnął starszy na powitanie. - CZEMU NIE DZWONISZ?!
- On zawsze tak krzyczy? - spytała moja poduszka.
- Milcz!
- CO?! - zdziwił się Rik. - Laura, z kim ty tam jesteś?!
- Nie ważne. Riker, proszę, nie dzwońcie do mnie...
- Nie przeszkadzaj sobie. Mogę twojej herbaty?
- Jasn...
- LAURA!
- Riker! - zawołałam załamanym głosem. - Proszę!
- Bo napuszczę na ciebie Vanessę!
- Kaczka!
- Małpa!
- Zgred!
- Ruda gęś!
- RIKER LYNCH! - zawołał Ross/Kyle. - ZNAM GO!
- Ross? - zdziwił się Riker.
- Musze kończyć! - zawołałam.
- Niee! - zawołał zrozpaczony młodszy blondyn. - Powiedz żeby wysłał mi swój autograf!
- Czemu ja słyszę Rossa?!
- NARA! - rozłączyłam się i rzuciłam telefonem o ścianę. Nie rozwalił się. JAK NA ZŁOŚĆ. - Musiałeś?!
- Ale co? - zdziwił się. - Czemu nie powiedziałaś, że go znasz?
- Jest bratem R...
- Rozumiem. Ale to nie zmienia faktu, że cię wkurzył. Zjeść go?
- Nie trzeba. Już mi lepiej, chodźmy. - wstałam pewnie i nawet się nie zachwiałam.
- Okayo. - wzruszył ramionami. - Ja jestem gotowy. Ubierz się, poczekam.
- No dobra. - wstałam i ruszyłam do łazienki.
***
Wychodziłam właśnie w samym ręczniku z łazienki, kiedy...
- Wow.
- JEZU!
- Spokojnie, to tylko ja. Chociaż mówiono mi już, że podobieństwo jest nieprawdopodobne. - odparł Ross/Kyle.
- Bardzo śmieszne!
- Dobra, nie złość się. - uśmiechnął się. - Potrzebujesz czegoś?
- Zapomniałam koszulki.
- Jasne. Już niosę. - puścił mi oczko i poszedł. Po chwili wrócił ze zwykłą żółtą koszulką.
- Dzięki. - mruknęłam i zamknęłam drzwi. Starałam się uspokoić oddech. Kiedy jakoś mi się to udało postanowiłam wyjść i się zaprezentować.
- Pięknie. - ocenił prawie natychmiast blondyn. Zarumieniłam się. - Teraz jeszcze piękniej.
- Skończ! - zawołałam.
- Oj nie gniewaj się. Chodźmy. - złapał mnie za rękę. Uśmiechnęłam się do niego lekko i razem opuściliśmy mieszkanie.
***
Pierwsze co zwróciło moją uwagę przy wejściu to przyjemne ciepło, dzięki któremu już po chwili byliśmy bez kurtek. Usiedliśmy i zaczęliśmy przeglądać menu. Zamówiliśmy sobie zapiekankę na współę, bo ja całej bym nie zjadła. Rozmawialiśmy przy tym. Oj, dużo rozmawialiśmy.
- Opowiesz mi coś? Może być... z twojego starego życia. - powiedział niepewnie blondyn, a ja zaśmiałam się cicho.
- Dobra. Kiedyś poszłam sobie z Rossem do takiej jednej kawiarni...
- Yhm... - wsłuchał się uważnie opierając głowę na rękach.
- Kupiliśmy sobie lody. Jedliśmy jak nienormalni i się częstowaliśmy. Później wyjechał z tekstem, że częstując się naszymi łyżkami przekazujemy sobie nasze D.N.A czy coś takiego... Później wyszliśmy, zaczęło padać, wiec dał mi swoją bluzę. Wróciliśmy do domu, a tam jego siostra zaczęła go dusić na podłodze...
- Pewnie go uratowałaś, czyż nie? - spytał.
- Owszem, tak było. - przyznałam.
- Okazał wdzięczność?
- Jasne. A co?
- A nic. Jeśli byłoby inaczej to chyba wezwałbym go z grobu i ponownie zabił...
- Nie zrobiłbyś tego. - powiedziałam.
- Dlaczego nie?
- Bo bym ci nie pozwoliła, a ty byś posłuchał. - nachyliłam się do niego, a on się zarumienił, - Aww pomidorek.
- Bardzo śmieszne! - fuknął.
- Przecież wiem. Chcesz posłuchać czegoś jeszcze? - zaproponowałam.
- Nie wiem. Może... - mruknął.
- Hmm... Nie wiem. Może... O, mam! - uśmiechnęłam się, co on odwzajemnił. - Raz poszliśmy do Starbucksa. Siedzieliśmy przy samym oknie. Rozmawialiśmy dużo, jedliśmy babeczki i popijaliśmy latte. Później... Hm. Zaczęliśmy się pochylać. Wiesz po co. - odparłam, kiedy otworzył usta w celu zadania pytania. - Blisko było, ale gołąb uderzył w szybę.
- Właśnie! Durne gołębie! Myślą, że mogą uderzać sobie w szyby kiedy tylko chcą! - obraził się. - Jakem Ross Lynch oficjalnie ogłaszam gołębie mymi wrogami numer jeden, o! - po czym założył ręce i oparł się obrażony o oparcie.
- Emm... Kyle? - nie zareagował. - Spencer! - nic. - Lynch?
- Czego.
- Eee... - zdziwiłam się.
- Dobra. Nie ważne. Nie lubię ich. W każdym razie wyrazy współczucia. Te durne skrzydlate szczury nie ogarniają... - wyjaśnił.
- Wiem.
- Okay.
- Okay.
- Okay.
- Okay.
- Okay.
- Skończ ze mną flirtować!
- Okay.
Zaśmiałam się.
- Chcesz coś jeszcze usłyszeć? - spytałam.
- Może jak będziemy iść do kina...
- A możemy najpierw do domu? Zapomniałam czegoś.
- Dobrze. Więc opowiesz mi po drodze. - wstał, a ja za nim. Założyliśmy kurtki i wyszliśmy na ziąb. - To mów.
- No więc umówiłam się z nim kiedyś do kina.
- Jak teraz ze mną. - uśmiechnął się.
- Owszem. Przyszedł po mnie do domu... Chwila, to było nawet tego samego dnia co sytuacja z gołębiem!
- Masz rację...
- Skąd wiesz?
- Nie wiem...
- No dobra. Więc przyszedł i moja siostra otworzyła mu drzwi. Później po kolei zaczęła wymieniać... Chwilę, przypomnę sobie... Wiem! "Tylko nie wracajcie za późno. Nie pijcie, nie ćpajcie i nie okradajcie nikogo. Nie zastraszajcie ludzi w kinie i nie podkładajcie bomb w kiblu. Zrozumiano?" na co Ross jej odpowiada: "A gwałcić się można?" ja się zakrztusiłam powietrzem, nie. A ona mu mówi, że raczej tak.
- Ahhahahahahaha! To dobre! - śmiał się. Byliśmy już pod blokiem. - To może szybko pójdziesz, a ja zaczekam.
- Tylko nie ucieknij przede mną, dobra? - spytałam smutno.
- Nigdy. - pocałował mnie w policzek. - Leć. - więc pobiegłam. Na górze założyłam wywoływacz wspomnień i poszłam na dół.
- Cóż. Nie widzę większej różnicy. - stwierdził. - Może tylko jesteś bardziej uśmie... Ej! - krzyknął zdziwiony, kiedy popchnęłam go w śnieg. - To nie fair!
- Jeden zero dla Laury. - puściłam mu oczko.
- Ach tak? - spytał.
- Dokładanie.
- Nie na długo, skarbie. - podkreślił ostatnie słowo. Złapał mnie z rękę i pociągnąl w dół. Z piskiem wylądowałam obok niego. - Mamy remis, skarbie.
- Ha ha ha. Bardzo śmieszne.
- Zdaję sobie sprawę z tego, iż uwiódł cię mój tekst "la Haymitch" i teraz pobawisz się ze mną jak dzika kuna w agreście.
- HAH, UŚMIAŁAM SIĘ SPENCER! - rzuciłam się na niego.
- Taak, mniej więcej o to chodziło, tylko że bardziej... hmm.. nie umiem znaleźć słowa.
- Masz problem! - zaśmiałam się. Wstaliśmy i ruszyliśmy na film. Przypadek, że grali Kosogłosa?
***
Byliśmy na obiecanym spacerze. Obejmował mnie ramieniem, a ja przytulałam się do niego. Był taaaki cieplutki...
- Jak oceniasz film? - spytał.
- Barrrrdzo fajny. - odpowiedziałam. Poprawił mi włosy, które leciały mi do oczu. Wcześniej nie zwracałam na to uwagi.
- Mmm widzę różnicę. - zdziwiłam się. - Apetycznie wyglądające kolczyki. - mruknął z uśmiechem a ja cicho się zaśmiałam.
- Ależ dziękuję. - odpowiedziałam.
- Ależ nie ma za co. - uśmiechnął się szerzej. Szliśmy dalej. Nagle się zatrzymał, a ja razem z nim. Śnieg sypał lekko, więc w jego włosach błyszczały małe, białe płatki. Nigdy nie spędziłam z nim świąt. To byłoby niesamowite, gdybym mogła teraz...
- Wiesz co? - spytał, budząc mnie z zadumy. - Te kolczyki... Pasują ci do oczu, - wyznał. Zrobiłam zaskoczoną minę, - Ej, ja to chyba kiedyś powiedziałem... - zamyślił się. - Nie ważne. - czyli sobie przypomina. Powoli, ale to robi. - Laura...
- Tak? - spytałam.
- Ja... - przyłożył mi dłoń do policzka. Od razu zrobiło mi się cieplej.
- A gdzie zgubiłeś rękawiczki? - pokiwałam mu palcem. - zmarzniesz. - odparłam. Spojrzał mi w oczy. Musiałam ustać na nogach. Jego spojrzenie przepełnione było bólem, troską i... miłością.
Zaczął się do mnie przybliżać. W głowie ciągle miałam jego słowa: "ja już to kiedyś powiedziałem...". Dzieliły nas centymetry. Chciałam tego. Ale nie mogłam.
Odepchnęłam go lekko, a on spojrzał na mnie zdziwiony.
- Czemu...? - spytał.
- Jesteś z Rachelle. - odparłam.
- Ona nic dla mnie...
- Oj błagam, nie wmawiaj mi, że ona nic dla ciebie nie znaczy, dobra? Nie znoszę takich typów. - odpowiedziałam zgodnie z prawdą. Spojrzał na mnie z niedowierzaniem. I znów ten ból w jego oczach.
- Lau, proszę...
- Nie, Kyle. Kyle, Ross jak wolisz. Nie możemy, nie rozumiesz? Masz dziewczynę, a ja... Nie mam nikogo, fakt. - zaczęłam płakać. - Nie możemy... być... razem, dopóki ty jesteś z nią.
- Laura...
- Cześć, Kyle. - odpowiedziałam i odbiegłam z płaczem.
***
Byłam... Sama nie wiem gdzie. Myślałam, że znam to miasto, ale kiedy się biegnie płacząc, starając się uciec od miłości...
Kocham go. Kocham go od zawsze i to właśnie boli. To, że nie mogę powiedzieć mu prawdy, nie mogę mieć go przy sobie. Nie mogę go całować, nie mogę nawet go przytulić bez widoku Rachelle w głowie, i tego jak ona tuliła się do niego.
Nie mogę.
Byłam w jakiejś ciemnej uliczce. Gdzieś daleko słyszałam alarm samochodowy. Auta jeździły kilka uliczek dalej. Byłam sama. Tu było ciemno. I nie miałam gdzie iść.
Ściana. Na końcu uliczki była ściana. Odwróciłam się, ale już nie byłam sama. Za mną stał jakiś koleś.
- Hej mała. - powiedział.
- Spadaj. - warknęłam.
- Uuu... Twarda sztuka. Tyle, że... Hmm... Jak się tobą zajmę to już twarda nie będziesz, co ty na to?
- A co ty na to, żebym strzeliła ci w ten parszywy ryj?
- Słuchaj. - przyparł mnie do muru. Walił papierosami. - Masz dwie opcje. Albo pójdziesz ze mną grzecznie, albo kiedy opuścisz to miejsce to tylko po to, żeby mogli zrobić ci sekcję zwłok. Więc jak będzie?
- Proponuję trzecią opcję. - usłyszałam znajomy głos gdzieś z tyłu. - Zostawisz dziewczynę w spokoju. Ewentualnie zarobisz sobie darmowy lot na księżyc, co TY na to? - ktoś oderwał kolesia ode mnie, a ja od razu zsunęłam się po murze w dół.
- Jak więc będzie? - spytał Ross/Kyle, a nieznajomy od galopował hen daleko. Blondyn wzruszył ramionami w geście: "łatwo poszło", po czym jego spojrzenie utkwiło na mnie. - Lau... - kucnął obok mnie, a ja rzuciłam mu się na szyję. - Hej, spokojnie. - również mnie przytulił. - Jest dobrze. Spokojnie, nic ci nie grozi. - uspokajał mnie, a ja starałam się nie płakać. Podniósł mnie i razem staliśmy w tej uliczce przytuleni, a mój szloch niósł się hen daleko jak ten pajac.
- Zaprowadzę cię do domu. - szepnął.
- I... Pójdziesz ze mną. - nie chciałam go puszczać. - Dziękuję.
- Nie ma za co. W końcu co miałem zrobić? Przecież nie stałbym jak ostatni idiota, kiedy ten tutaj ci groził.
- Mimo wszystko dziękuję. - szepnęłam mu do ucha. Wiedziałam, że się uśmiechnął.
- No dobrze, to chodź. - poprowadził mnie do mieszkania. W środku zdjęłam szybko kurtkę i zakopałam się w kocach. Było zimno. Blondyn przypatrywał mi się zmartwiony. Zdjął bluzę i mi ją podał.
- Nie... Nie trzeba...
- Zimno ci. - dobrze gada. - Zakładaj. - już nie dobrze.
- Nie chcc...ę.
- Wiem, że chcesz. Zakładaj, a ja zrobię ci herbaty. - zgodziłam się w końcu. Założyłam bluzę, a on poszedł do kuchni. Chwyciłam telefon. Zaczęłam po kolei przeglądać wszystkie jego zdjęcia jakie miałam. Właśnie wtedy znów się rozpłakałam.
- Ile sło... Co się stało? - usiadł obok mnie i objął mnie ramieniem. - Lau...
- Nic. - pociągnęłam nosem i uśmiechnęłam się żałośnie. - Widzisz? Jest okay... - mimo wszystko płakałam jeszcze bardziej.
- Hej. Spokojnie. Lau... - mocno mnie przytulił. - Połóż się, Przyniosę ci tej herbaty...
- A jeśli chodzi o cukier to...
- Półtora łyżeczki lub dwie pastylki słodzika. Wiem. - wstał i zniknął mi z oczu.
- To czemu wcześniej pytałeś?
- Bo nie pamiętałem! - odpowiedział, a po chwili postawił przede mną kubek z ciepłym napojem. - Zrobić ci może naleśniki?
- Nie jestem głodna. - mruknęłam. Milczeliśmy przez chwilę.
- Co mogę zrobić? - spytał nagle.
- Co?
- Co mogę dla ciebie zrobić? Żebyś się nie smuciła? Wiesz, że tego nie lubię... - zrobił zamyśloną minę. - Nigdy nie lubiłem...
- Ej, słuchaj. Mówiłam ci już ostatnio, że nic nie musisz robić. Ewentualnie...
- Tak?
- Przytul mnie. I zostań. - więc mnie przytulił. Leżeliśmy tak dosyć długo. Oczy zaczęły mi się kleić. Wstał, a ja również się podniosłam.
- Spokojnie, tylko zgaszę światło. - uspokoił mnie, więc położyłam się ponownie. Kiedy znów mogłam się do niego przytulić zrobiłam to bez wahania. Miałam wielką ochotę na to, żeby go pocałować, ale... Nie mogłam. Jak zwykle.
Po tym, jak już wygłaskał mnie jak koteła udało mi się zasnąć.
I dobrze, bo nie wiem, czy dałabym radę dłużej się opanowywać.

piątek, 7 listopada 2014

Zanim dodam rozdział...

W komentarzach podajcie mi wszystkie swoje blogi, bo... UWAGA, UWAGA!
Clarisse ma zamiar zacząć czytać twórczość innych! Ta dam! :D
Nie muszą być TYLKO wasze, jeśli znacie jakieś blogi, które bardzo wam się podobają i które lubicie, śmiało! Wrzucajcie, ile się da!

Czekajcie, ziemniaczki :D
KLARYSA XD

sobota, 25 października 2014

Rozdział 7: "If I just lay here, would you lay with me and just forget the world?"

- No to gdzie chciałabyś pójść?
- Nie mam pojęcia. Równie dobrze moglibyśmy zostać w domu, zamówić pizzę i obejrzeć jakiś głupi program w telewizji.
- Ale...
- R-Kyle... Naprawdę. Nie musisz mnie zabierać do żadnej pięciogwiazdkowej restauracji, żebym była zadowolona.
- No to w takim razie chociaż wyjdźmy na dwór i pójdźmy do tej pizzerii, w porządku?
- Hmmm...
- Nie możemy ciągle siedzieć w domu.
Uśmiechnął się.
- Poza tym, spójrz tylko za okno... Patrz, jak pięknie.
I miał rację.
Na dworze padał śnieg, było już ciemno i jedynym źródłem światła był księżyc (niemal w pełni), latarnie uliczne i miliony kolorowych światełek. Świątecznie.
Nieopodal stała dość spora choinka wystrojona bombkami i innymi dekoracjami. Dzieci bawiły się w śniegu śmiejąc głośno. Takie coś uwielbiam.
- Wiesz co? - spojrzałam na Ross'a/Kyle'a. - Masz rację. Chodźmy - odwzajemniłam uśmiech, a on skierował się do przedpokoju. Włożył kurtkę, rękawiczki, czapkę i szalik, a na samym końcu ocieplane buty. Nic się nie zmienił. Dalej ma ten sam uśmiech, te same cudowne oczy, jedynie włosy ma trochę za długie, ale i tak wygląda... Niesamowicie. Problemem jest jego mózg, który pracuje inaczej niż ten rok temu. Dalej się zastanawiam - jak to wszystko się stało? Już dawno powinien odzyskać pamięć. A co jeśli... A co jeśli on już będzie taki do końca życia?
Nie dam rady mu powiedzieć prawdy. Uzna, że potrzebuję psychologa. Nie uwierzy mi, bo wie, jak bardzo go kochałam. W sensie, że Kyle wie jak bardzo kochałam Ross'a. I pomyśli, że po prostu wpadłam w paranoję i wszystko mi się z nim kojarzy. Ta Rachelle tak długo mu wmawia, że jest Kyle'm, że on chyba w to uwierzył.
- Lauraaa?
Jestem pewna, że ona wie, kim on naprawdę jest. Tylko musi zrozumieć...
- Laura.
Nienawidzę tej Rachelle. Co ona mu zrobiła?
- Laura! - krzyknął blondyn.
- Tak? - spytałam.
- Słuchasz mnie w ogóle? - spytał i założył ręce w podejrzliwym geście.
- Jasne.
- Że nie. Mówiłem, że znam pewną pizzerię. Nie jest w niej drogo, a żarcie pierwsza klasa! 
- No to po co gadasz? Idźmy tam. - odpowiedziałam, na co on uśmiechnął się szeroko.
Chyba byliśmy nie daleko, ale Ross się zatrzymał. Spojrzałam na niego pytająco, a on wskazał palcem na najpiękniejszą choinkę jaką w życiu swoim widziałam.
- Wow... - szepnęłam. Drzewko... Dobra, raczej drzewo, ta choinka była ogromna... Było w każdym razie pięknie przystrojone. Pod nim znajdowało się lodowisko. Pięknie oświetlone lodowisko, po którym sunęło na łyżwach kilka par oraz dzieci. Pięknie, po prostu ten widok był przepiękny.
- Wiedziałem, że ci się spodoba. - odparł z uśmiechem. Spojrzałam na niego. Miał zaczerwienione od mrozu policzki i nas, ale w oczach czaiły się te wesołe błyski. Był szczęśliwy, to ważne.
- A ja wiem, że tobie też się podoba. - odpowiedziałam.
- I masz rację. - również na mnie spojrzał. - Umiesz może jeździć? Na łyżwach.
- Średnio... Zwykle tratuję ludzi w najbliższej okolicy i wywracam się co minutę. - odpowiedziałam szczerze.
- Nie martw się, nauczę cię. Ale najpiejrw pizza. - zarządził, a ja się zaśmiałam. Do momentu w którym go znalazłam nawet nie przyszło mi do głowy się uśmiechnąć. A teraz? Jestem szczęśliwa, śmieję się i idę z nim na pizzę. Marzenia jednak się spełniają...
Weszliśmy do środka. Uderzająca była różnica temperatur. Zrobiło się przyjemnie ciepło, więc zdjęliśmy kurtki. Odwiesiliśmy je na oparcia krzeseł i usiedliśmy. Zajrzęliśmy do menu i zamówiliśmy dwie pizze. Małą margarittę dla mnie i średnią hawajską dla niego. 
Po jakimś czasie oboje zajadaliśmy się pysznym daniem i rozmawialiśmy na różne tematy. Po chwili dostałam esemesa. "Laura proszę, odpisz". Kolejna, nie wiem sama która wiadomość od Vanessy. Po odblokowaniu ekranu znowu zobaczyłam moją tapetę. Przestałam się uśmiechać. 
- Lau, posłuchaj... - zaczął blondyn. 
- Nic nie mów. - zablokowałam komórkę i schowałam ją do kieszeni. - To nic takiego.
- A ja mimo wszystko chcę ci pomóc. Nie  wytrzymam następnego takiego twojego spojrzenia. Tęsknisz za nim, to jasne. Co mógłbym zrobić, żebyś nie była aż tak smutna? - wyciągnął do mnie rękę przez stół. Wahałam się. Zabrał ją, rumieniąc się. - Przepraszam.
- Nie szkodzi. - odpowiedziałam cicho.
- Powtórzę, co mogę dla ciebie zrobić? 
Wystarczy, że sobie przypomnisz..., pomyślałam.
- Nic nie musisz dla mnie robić. - powiedziałam pewnie. - Wystarczy, że będziesz. - dodałam szeptem, a w moich oczach zakręciły się łzy. 
- Lau... - znów wyciągnął rękę. Tym razem ją złapałam i lekko ścisnęłam. 
Spojrzał na nasze ręce, jakby był to najrzadszy widok na świecie. Jak na dzikie zwierzę, które może zaraz się spłoszyć i uciec. 
- Słuchaj, nic nie musisz dla mnie robić. Jest okay.
- Nie jest.
- A skąd wiesz? - spojrzałam na niego. On spojrzał na mnie. W jego oczach widziałam cień złości, który jednak ustąpił po chwili miejsca trosce. 
- Proponowałbym na początek... Zmienienie tapety w telefonie. - mruknął.
- Słucham? - pisnęłam zdziwiona.
- W sensie... Nie że coś, ale mogłabyś zmienić tapetę. Wtedy przynajmniej odblokowywanie telefonu nie będzie dla ciebie takie dołujące...
- Jesteś niemożliwy! - stwierdziłam ze śmiechem.
- To dobrze? - zapytał podobnym tonem.
- Więc jaką tapetę proponujesz doktorze? 
- Hmm... Chwila. - chwycił mój telefon, zrobił głupią minę, coś popstrykał i oddał mi urządzenie. Odblokowałam i myślałam, że ze śmiechu pizza wyjdzie mi nosem. 
- Hahahaha! - śmiałam się. Zrobił minę niewiniątka i uśmiechnął się lekko.
- No ciooo? - posłał mi swoje spojrzenie zbitego pieska. - Nie podjoba ci siee? 
- Hahahaha... Daj... Daj mi aahahahahah... Chwilę! - wzięłam głęboki wdech, po czym znowu wybuchłam śmiechem. - Skończ! Ahahaha! - ciągle robił jakieś dziwne miny, które oczywiście były zabawne. Kiedy po dłuższym czasie się uspokoiłam, skutecznie unikałam wzroku blondyna.
- Dobra, to co z tym lodowiskiem? - spytał z nadzieją.
- Jasne, chodźmy. - wstałam i założyłam kurtkę. Zrobił to samo. Po chwili wyszliśmy z budynku i od razu ziąb i płatki śniegu zaatakowały mój układ odpornościowy.
- Zimmmmmnnno... - trzęsłam się. Zaśmiał się i objął mnie ramieniem. Przyciągnął do siebie i zaczął prowadzić w kierunku choinki. 
- Wwiesz... Ja... Nie jestem pewna, czy...
- Tak, to dobry pomysł. - oznajmil i poszedł po łyżwy. Po chwili wrócił z dwiema parami.
- Proszę. - wręczył mi moje. 
- Skąd wiedziałeś, jaki mam rozmiar?
- Sam nie wiem... - podrapał się po głowie. - Nie wiem. - wzruszył ramionami i usiadł obok mnie. Szybko założył swoje, po czym pomógł mi z moimi, bo szło mi raczej kiepsko. Później się podniósł i wyciągnął do mnie rękę. Chwyciłam ją nie pewnie, a on mnie podniósł. Nagle usłyszeliśmy dzikie wrzaski i piski. Odwróciliśmy głowy w tamtą stronę i zobaczyliśmy bandę nastolatek. Kostki z logiem R5 (dobrze widoczne na ich kurtkach) jakby błyszczały. 
- Chwila, znam ten symbol... - stwierdził blondyn. 
- Tak...? - spytałam.
- Nie wiem, może mi się wydaje... - mruknął, pociągnął mnie lekko i zaprowadził na tor.
- Zasada numer jeden: Nie bój się, kiedy jeździsz z Rossem. - uśmiechnął się.
- Pierwsze słyszę. 
- Nie dotyczy samochodów. Wtedy zasada brzmi: Jadąc z Kylem zapnij pasy i trzymaj się mocno. Ewentualnie szykuj worki, jeśli masz chorobę lokomocyjną. - uśmiechnął się, a ja opuściłam głowę. Raz mówi tak, raz tak. Czyżby była nadzieja? - No dobra, zaczniemy powoli. - ruszył, ciągnąc mnie za tobą. Przytrzymał mnie, kiedy prawie zaliczyłam glebę. - Nie panikuj. Przy mnie się nie wywrócisz. - szepnął. Czułam jego oddech na karku. Takie znajome uczucie, jednak on taki inny... Znów ruszył do przodu. - Dobrze ci idzie. Lewa, prawa, lewa, prawa... Tak! Brawo! - zaczął się lekko kręcić.
- Nie! Najpierw podstawy, później piruety! - pisnęłam. Nie podziałało. Dalej się obracał, a ja z nim, bo w końcu trzymał mnie za rękę. Potknęłam się i wpadłam mu w ramiona. Spojrzałam w górę. Prosto w jego oczy. I... przy okazji zobaczyłam coś nad nami. 
- Wszystko gra? - spytał, a jakaś dziewczyna przejeżdżająca obok nas zagwizdała. Podniósł głowę i zobaczył to, co zobaczyłam ja. Jemioła.
- Poważnie? - mruknął, a ja opuściłam wzrok. Wszyscy wiedzą, co oznacza. Pocałunek pod jemiołą, na lodowisku, wśród tylu ludzi? To niezbyt dobry pomysł... 
Podniosłam wzrok i napotkałam jego oczy. Jegk boskie, czekoladowe oczy... Chciałam go pocałować, w tym problem. Nie, nieprawda. Problem w tym, że to nie mój Ross. Nie mój kochany Rossy, który teraz bez wątpienia by mnie całował nie zważając na tych ludzi, później by mnie przytulił i zaprowadził do domu, gdzie nie dawałby mi zasnąć mecząc mnie swoimi wyznaniami miłości, na która ja bym odpowiadała. To jest Kyle, a Kyle ma dziewczynę. Może gdzieś tam w środku jest jeszcze troche mojego Rossa, ale on nie zdaje sobie z tego sprawy...
Nawet nie zauważyłam, kiedy blondyn zaczął przybliżać swoją twarz do mojej. Serce zaczęło mi szybciej bić. Zatracona w jego brąz tęczówkach również zaczęłam się do niego przybliżać. Dzieliło nas ledwie kilka centymetrów, kiedy nagle się zatrzymał. Nie widziałam jego twarzy, ale czułam jego oddech mieszający się z moim. Chciałam, aby ta przestrzeń między nami wyparowała, chciałam połączyć nasze usta i nigdy już go nie zostawiać. Chciałam, żeby wszystko sobie przypomniał, żeby było jak dawniej. Chciałam móc mówić mu, że go kocham i słyszeć to samo. Chciałam zasypiać obok niego i budzić się tak samo. Chciałam już zawsze być z nim. 
- Przepraszam. - szepnął i odsunął się trochę. Zacisnęłam dłoń w pięść tylko po to, żeby nie złapać go za koszulkę i nie przyciągnąć do siebie. Otworzyłam oczy. 
- Nic się nie stało. - mruknęłam rumieniąc się. Był tak blisko...
- Nie gniewaj się, ja tylko... 
- Rozumiem. Rachelle by cię ukatrupiła, nie? - westchnęłam. - Rozumiem. Nie gniewam się.
- Tak właściwie, to nie wiem, co Rachelle ma z tym wspólnego. - zamyślił się. - Mogę cię o coś spytać? 
- Jasne... - szepnęłam.
- Ostatnio... Ostatnio kiedy z nią rozmawiałem wspomniałem o jakiejś Piper, chociaż nie znam nikogo takiego... Wiesz może, o co chodzi? - spytał wręcz z nadzieją. Starałam się wyglądać normalnie, chociaż w pierwszym momencie wytrzeszczyłam oczy jak nienormalna. 
- Ja... Nie mam pojęcia. - skłamałam. Bolał mnie fakt, że tak go okłamuję, ale musiałam.
- Szkoda. Przepraszam.
- Za co tym razem? - jęknęłam.
- Za zadawanie zbędnych pytań. - wyjaśnił.
- Masz prawo pytać. I powinieneś otrzymywać odpowiedzi. - coś się we mnie zagotowało. Znowu przypomniało mi się, że on właśnie to robi, a ona go okłamuje. Ja też, ale nie mogę mu powiedzieć...
- Lau? - spytał, a ja wybudziłam się z transu.
- Słucham?
- Zawsze... Znaczy. Bardzo często nie można się z tobą dogadać, bo jesteś taka zamyślona... Chciałbym wtedy... - nie dokończył, bo szurnięte dziewczyny sprzed lodowiska zaczęły... puszczać piosenki R5. Rozszerzył oczy.
- Ja... Ja to znam. - szepnął. - Kto to? Jaki zespół? - spytał.
- Kyle...
- Jaki, Laura, powiedz! - krzyknął. - Sama mówiłaś, że powinienem otrzymywać odpowiedzi. Czemu nie możesz teraz powiedzieć?
- Bo to R5, zespół w którym... W którym grał Ross. - szepnęłam, a łzy zaczęły płynąć po moich policzkach. Spojrzał na mnie ze współczuciem. 
- Ja... Bardzo przepraszam. Nie chciałem...
- Nie szkodzi. - wytarłam twarz w rękaw. - Nic się nie stało.
- Nie znoszę, kiedy płaczesz. - wyznał i mocno mnie przytulił. Odwzajemniłam uścisk. Zaciągnęłam się jego boskim zapachem. Zawsze tak było. Nienawidził, kiedy płakałam, a zwłaszcza z jego powodu. To się nie zmieniło. 
- Więc... Może będziemy już wracać? - zaproponował.
- Okay. - odpowiedziałam. Puściłam go, on puścił mnie i w milczeniu ruszyliśmy do mieszkania. Po drodze, mimo iż nic nie mówił, wyciągnął dłoń i złapał moją. Uśmiechnęłam się i również ścisnęłam jego dłoń.
Śnieg padał do okoła i odbierał nam zdolność widzenia, ale dla mnie nic nie miało znaczenia. Ross żył, szedł obok mnie i trzymał mnie za rękę. Uścisnęłam mocniej jego dłoń. Tak właśnie, razem, szliśmy przez miasto prosto do domu. Naszego.

niedziela, 19 października 2014

(II) Rozdział 6: "Am I better of dead, am I better off a quitter, they say I'm better off now, than i ever was with her"


Kiedy rano wstałam, już go nie było.
Ani żadnych jego rzeczy.
Zostawił mi karteczkę na stole w kuchni, na której było napisane: "Dziękuję, że mnie przenocowałaś".
Rozejrzałam się po salonie; jeszcze wczoraj leżały tu szklanki i talerze po naleśnikach, ale teraz ich nie było. Najwyraźniej posprzątał je za mnie. Mimowolnie się uśmiechnęłam i spojrzałam na kalendarz. Ugh. Dzisiaj znowu do pracy.
A może bym tak poszła na jakiś casting? Kto wie, może udałoby mi się wrócić do aktorstwa?
Nie, Laura. Nie oszukuj samej siebie.
A może jednak...?

Tak czy siak, zbliżały się święta, przez co już powiedzieli mi, że od przyszłego tygodnia nie pracuję. Na ulicach było już mnóstwo bożonarodzeniowych ozdób: jakieś drzewka, bombki, kolorowe światełka. Uznałabym, że "będą to kolejne święta bez niego", ale przecież on tu jest. Dalej nie wierzę, że on żyje.
Teraz dopiero zdałam sobie sprawę z tego, że pochowaliśmy jakiegoś innego człowieka. Pewnie rodzina go szuka od roku, a on leży martwy w trumnie. Ale jak to możliwe, że doszło do tak ogromnej pomyłki? Jak to możliwe, że tej Rachelle udało się tak mu zakręcić w głowie i wmówić mu, że ma na imię Kyle? Jak to możliwe, że jeszcze nie odzyskał pamięci?
Nie wiem. I chyba nigdy się nie dowiem.

***

#Los Angeles#

W tym samym czasie Lynchowie wraz z rodzicami stali na cmentarzu świecąc znicze na grobie Rossa, ale nie Rossa, ale oni nie wiedzą, że nie Rossa.
Stormie i Mark nie chcieli wracać do domu. Chcieli siedzieć przy tym grobie i modlić się za swojego syna. Ale przecież nie wiedzieli, że zaszła okropna pomyłka i ich syn żyje i jest bezpieczny (z amnezją) w Nowym Jorku...
Kiedy młodzieży udało się w końcu zaciągnąć rodziców do domu kontynuowali próby połączenia się z Laurą. Dziewczyna oczywiście nie odbierała. Dopiero później zdali sobie sprawę z różnicy czasu jaka ich dzieli [Clarisse, ciole, my też o tym zapomniałyśmy XD ~izzy]. Westchnęli i opadli na kanapę. Stormie z Markiem wybrali się do sklepu i zakupili coś do jedzenia. Zrobili Mc&Cheese, naleśniki i kilka surówek. Zniknęły tylko te ostatnie. Nikt nie chciał jeść pancake'ów, bo kojarzyły się im z Rossem, a na Mc&Cheese było im za smutno. Stormie nałożyła trochę Rocky'emu, żeby zachęcić go do jedzenia, ale on tylko zaszlochał i opadł głową w talerz. Płakał i płakał, a rodzina coraz bardziej się dołowała. Zebrali talerze i schowali je do zmywarki, a to co zostało z posiłku do lodówki. Później rozeszli się po pokojach i zrezygnowali z robienia czegokolwiek.

***
#Laura#

Obsługiwałam właśnie jakąś dziewczynę, kiedy usłyszałam znany mi śmiech. Podniosłam wzrok i zobaczyłam Rossa obejmującego ramieniem jakąś dziewczynę.
- Coś podać? - spytałam kiedy podeszli do lady. Posłałam jej mordercze spojrzenie, a ona chyba mnie poznała bo zrobiła przerażoną minę typu: "o ku*wa jestem martwa".
- Niee... - pisnęła. - My się rozmyśliliśmy, prawda, Kyle?
- Poproszę duże latte. - odparł z uśmiechem ignorując "swoją dziewczynę". Tym razem spojrzałam na nią tryumfalnie.
- Nie. Idziemy dalej. - kontynuowała.
- Okay. Coś jeszcze? - spytałam.
- To chyba wszystko. - uśmiechnął się jeszcze szerzej, a Rachelle zaczęła go ciągnąć w stronę drzwi. - Do jasnej Anieli, Rachelle! Chcę kawę! Idź, jak chcesz, ale mnie tu zostaw! - wybuchnął. - Dziwnie się zachowujesz.
- Jest zazdrosna. Może chcesz się zamienić? Dam ci postać za ladą. Jak chcesz nawet oddam fartuszek. - uśmiechnęłam się "milutko", a ona prychnęła.
- Dobra, nie rozumiem o co tu chodzi. - stwierdził blondyn.
- A siedź tu sobie! Ja czekam na zewntątrz. Bierzesz kawę i wracasz. - powiedziała i wyszła. Napuszyłam się jak paw i zaczęłam robić mu kawę.
- Przepraszam. Nie wiem, co ją napadło... - tłumaczył. Westchnęłam i odwróciłam się do niego.
- Jaki napis na kubku? - spytałam.
- Twój wybór.
- Za długie.
- Bardzo śmieszne.
- To tym bardziej.
- Ha ha.
- Bez sensu...
- Weź tam napisz "Ross" i będzie po problemie. - powiedział, kiedy odwróciłam się do niego plecami. Zacięłam się. Jego słowa dudniły mi w uszach. Ciągle je słyszałam. Przełknęłam ślinę i wyciągnęłam rękę po kubek pełny napoju. Podpisałam go wedle życzenia i podałam chłopakowi.
- Smacznego. - powiedziałam i wzięłam się za obsługę następnego klienta.
- Mieliśmy się spotkać, nie pamiętasz? - spytał jeszcze, a mi serce zabiło szybciej. Jasne, że pamiętałam. Ale co mu powiedzieć? Kiwnęłam głową. - A kiedy  masz czas?
- Nie teraz. - odpowiedziałam, na co prychnął.
- A dziś wieczorem? - dopytywał się.
- Boże, Kyle, nie wiem! Zdzwonimy się. Jeśli zaraz nie wyjdziesz, to Rachelle na pewno cię nie wypuści...
- Dobra. Do usłyszenia. - westchnął i wyszedł z opuszczoną głową. Również westchnęłam i odwróciłam się w stronę klienteli. Dziewczyna mniej więcej w moim wieku, może trochę młodsza przypatrywała mi się z zainteresowaniem.
- Co podać? - spytałam bez obowiązkowego entuzjazmu. Wręcz przeciwnie, mój głos brzmiał, jakbym przed chwilą wstała z łóżka. Albo jakbym była zmęczona życiem.
- Jesteś Laura Marano? - spytała.
- Może.
- A ten chłopak strasznie przypominał Rossa Lyncha. - kontynuowała.
- Tak myślisz? - sapnęłam.
- No. Ale on przecież nie żyje. - zamyśliła się. - Refreshę poproszę.
- Ale to jest zimne. Tam lód stanowi sześdziesiąt procent napoju.
- No to co? Jest dobre! - uśmiechnęła się, a ja wzięłam się do roboty. Kiedy oddałam jej napój upiła łyk i mruknęła z zadowoleniem. - A jak co to wiem, kim jesteś. Świetnie grałaś w tych filmach. Czemu już tego nie robisz?
- Ja... Nie wiem. - odparłam po dłuższych rozmyślaniach.

***

- Co tak długo? - warknęła Rachelle, kiedy opuściłem kawiarnie. Mimo tego, że miałem rękawiczki i trzymałem kubek z gorącą kawą nadal było mi zimno.
- Kawa nie robi się w dwie sekundy. - odpowiedziałem podobnym tonem.
- Myślisz, że nie wiem, że z nią gadałeś?
- Mam do tego prawo. Mogę rozmawiać z kim chcę.
- Kyle co się z tobą dzieje? - spytała, a ja upiłem łyk. Spojrzała na mój kubek i pisnęła. - Co to?!
- Kawa?
- Nie! To!
- Kubek na kawę?
- Ale na kubku!
- Napis?
- Ale... Czemu taki? - marudziła. Nic, tylko marudzi.
- Bo tak mi się podobało.
- Ale...
- RaRa, nie wtrącaj się nie swoje sprawy, okej?
- Ale...
- Mam dość. Po prostu nic nie mów, dobra? - warknąłem, a ona opuściła głowę. Podniosłem kubek i spojrzałem na niego. Pismo Laury było... Znajome. Czemu zawsze jak na nią patrzę, na to, co z nią związane, zawsze wydaje mi się to znajome? To jest przerażające. I dlatego muszę się z nią spotkać.
Spacerowaliśmy z Rachelle po Nowym Jorku. Zatrzymaliśmy się w Central Parku. Chyba chciała mnie przytulić, ale wcześniej się odsunąłem. Podszedłem do ławki, na której po raz pierwszy zobaczyłem Laurę i usiadłem. Dopiłem kawę i prawie wyrzuciłem kubek do kosza. Powstrzymałem się i schowałem go do kieszeni kurtki. Później siedziałem tak kilka minut, aż RaRa do mnie dołączyła.
- Wszystko gra?  - spytała spoglądając na mnie z lekko widoczną troską. Udawała. Nie martwiła się. Najchętniej znowu zamknęłaby mnie w domu i kazała tak siedzieć aż wróci. Ale moja mała „ucieczka” oduczyła ją tego. Teraz pozwala mi na więcej rzeczy, ale nadal nie mam Internetu i kanałów muzycznych. Czemu mam wrażenie, że ona coś przede mną ukrywa?
- Nie wiem. – odpowiedziałem szczerze. Spojrzałem przed siebie na biegające dookoła drzew bliźniaki. – Zastanawiam się, kim jestem.
- Jesteś Kyle i jesteś moim chłopakiem. – odpowiedziała bez wahania, jakby wykuła sobie te formułkę na pamięć.
- A naprawdę? – spytałem, co chyba ją wystraszyło, bo rozszerzyła oczy. – Mam rodzeństwo? Kim jestem? Gdzie mieszkałem, miałem zwierzątko, jakichś przyjaciół? Nic o sobie nie wiem. Znam jedynie moje ulubione zespoły i książki. Ewentualnie filmy.
- A skąd to wiesz?
- Laura mi powiedziała. – odpowiedziałem, a ona się nachmurzyła. – Nie mam pojęcia, skąd wiedziała. Wiem, że jestem bardzo podobny do jej narzeczonego, który nie żyje. Wiem, że mieliśmy podobne zainteresowania i lubiliśmy te same rzeczy. Trochę mnie to przeraża, ale to nic.
- Czy mogę cię o coś prosić? – powiedziała zdenerwowanym głosem.
- Zależy.
- Nie rozmawiaj z nią.
- Nie.
- Owszem, nie będziesz.
- Nie zabronisz mi.
- Zabiorę ci telefon.
- A co mnie to? Znam jej adres. Nic nie zabroni mi do niej iść.
- Ja zabronię.
- Jezu, Rachelle, co cię ugryzło?! Zachowujesz się jak dziecko! Przyjaźnię się z Laurą i nic na to nie poradzisz! Ona chyba miała rację, mówiąc, że jesteś zazdrosna.
- Jak możesz?
- Normalnie! Czego teraz mi zabronisz? Mówić?
- Mogę cię wyrzucić z domu.
- Proszę bardzo! Mi nie zależy, jeśli o to ci chodzi! Możesz mnie nawet zostawić i spiknąć się z gościem od Voodoo!
- Czemu tak mówisz?!
- BO MAM DO TEGO PRAWO, JESZCZE NIE ROZUMIESZ?! Traktujesz mnie jak psa, jeśli  nie gorzej! Nic nie mogę robić, mam tylko czekać, aż wrócisz do domu, wychodzić mogę tylko z tobą… Matko boska, ty jesteś jakaś nie normalna! Piper była normalniejsza od ciebie!
- KTO?!
- Co?!
- Mówisz o jakiejś Piper!
- Nie znam żadnej Piper!
- Dobra. Jak chcesz to idź sobie do swojej Laury! Mnie to wisi! Jeszcze będziesz chciał do mnie wrócić, zobaczysz!
- Dobra! Żegnam! – zerwałem się z ławki i ruszyłem w stronę kawiarni.
Za ladą stała koleżanka Laury. Rozejrzałem się, ale brunetki nigdzie nie było. Westchnąłem i podszedłem do lady.
- Przepraszam, jest może Laura? – spytałem.
- Nie… Przed chwilą wyszła.
- Okej, dzięki. – wyszedłem i ruszyłem w stronę jej mieszkania. Zadzwoniłem na dzwonek.
- Kto tam?
- Otwórz.
- Spadaj. – i nic. Zadzwoniłem ponownie. I jeszcze raz i jeszcze jeden…
- Czego chcesz?!
- Otwórz! – więc otworzyła. Wszedłem na klatkę i wbiegłem schodami na górę. Załomotałem w drzwi, które po chwili stanęły przede mną otworem.
Laura miała ręcznik na włosach i ubrana była w zwykły t-shirt, dżinsy i za dużą na nią bluzę. Ta bluza też wydaje mi się znajoma. Nie wiem, czemu, ale tak jest.
- Czego chcesz?
- Wyrzuciła mnie. – zaśmiałem się. – I dzięki Bogu. Wpuścisz mnie? – spojrzała na mnie zdziwiona, ale wpuściła do środka. Zdjąłem kurtkę, czapkę, rękawiczki itd., po czym wstąpiłem do salonu.
- Chcesz… Coś do picia? – spytała nie pewnie.
- Nie trzeba, piłem przed chwilą. – puściłem jej oczko. Skinęła głową i usiadła naprzeciw mnie.
- Więc… Co się stało?
- A, nic takiego. Chciała mnie namówić na to, żebym przestał się z tobą widywać, nie chciała mi nic o mnie powiedzieć… To co zwykle.
- A… Ale… Skoro cię wyrzuciła, to…
- To oznacza, że potrzebuję dachu nad głową. – wzruszyłem ramionami. – Pomożesz?
- Ja… Znaczy, ja… No… Dobrze. – odpowiedziała po dłuższej chwili wahania.
- Dziękuję, Lau.
- Za co? To przecież…
- Nie mów, że to nic. Dziękuję ogólnie. Już kolejny raz mi pomagasz… Jak mogę ci się odwdzięczyć? – spytałem. Spojrzała na mnie jak na idiotę.
- Nic nie musisz robić.
- Ale chcę.
- Możesz na przykład skończyć zadawać takie głupie pytania i zacząć mówić z sensem.
- Ale przecież…
- Nie ważne. Czyli nasz dzisiejszy wypad jest aktualny? – zapytała z uśmiechem. Ten uśmiech… Mogę robić z siebie największego durnia jakim mogę być, zrobię cokolwiek, byle ten uśmiech nie schodził z jej twarzy… Ale czemu?
- Jeśli zechcesz. – odpowiedziałem. Uśmiechnęła się jeszcze szerzej, podeszła do mnie, po czym mnie przytuliła. Odwzajemniłem uścisk. Było bardzo miło. Teraz muszę tylko wymyślić, gdzie ją zabiorę… - Pozwól, ale czy wyśmiejesz mnie, kiedy spytam, gdzie chcesz iść na tę kolację?
- Skąd. – odparła, ale widać było, że za chwilę wybuchnie śmiechem.
- Bardzo śmieszne. – odpowiedziałem odchylając głowę, by móc na nią spojrzeć. Ona też na mnie patrzyła. Nie macie pojęcia o sile przyciągania! Ona pojawia się dopiero wtedy, kiedy Laura patrzy na mnie z tym uśmiechem! Wtedy TAK mnie do niej przyciąga, że WOO! Albo raczej mnie do jej ust [WHOHOHOHO XDD ~Izzybefsztyk]. Taka prawda, której niestety nie rozumiem.

_________________________________________
WHOHOHOH XD
Clarisse się nie chciało, to ja napisałam, o!
Efekt nudów itp…
Nie wiem, jak z długością. Na mój gust osiem stron w Wordzie wystarczy…
No i pomysłu bladego nie miałam no. :C
SZMUTEDŻEG :CCC
Siusiake, Oroczimarke i Inne takie dajo jeb z pozdroffionka XDD
JEB ZE SZCZAŁY
NARKA XD
~Izzy               

Bywa :P ale następny może napiszę... XD ~Clarisse

piątek, 17 października 2014

Odchodząc od tematu...

YAY! Założyłam bloga! 
http://i-think-i-saw-you-raura-story.blogspot.com/?m=1

ZAPRASZAM SERDECZNIE.

+ Rozdziału nie ma, bo Clarisse się nie chce pisać... -__-
WEŹCIE JEJ NASPAMCIE, DOBRA? Dankuuuuje :3

~izzy

środa, 8 października 2014

(II) Rozdział 5: "I let my true love die, I had his heart but I broke it everytime"

Ross zjadł jakieś pięć minut przede mną i ciągle mnie poganiał. W którymś momencie kazałam mu się uspokoić, a on wykonał polecenie. Czułam na sobie jego wzrok. Patrzył na mnie, a ja nie mogłam nic na to poradzić. Kiedy zjadłam wyniosłam talerze, a on już zakładał bluzę... Swoją bluzę. Jedną z tych, które ze sobą przywiozłam. Chyba zauważył, że dziwnie na niego patrzę, bo po chwili potrząsnął głową i odłożył ubranie.
- Sorry, myślałem, że to moje. - tłumaczył się.
- Mogłeś w tym zostać. Pasowało ci. - powiedziałam. Cóż, dziwne by było, gdyby nie pasowała do niego jego własna bluza, nie?
- Serio? - podniósł ją i obejrzał. Pokiwałam głową, a on zaprzeczył. - Nie mogę.
- Czemu? - zdziwiłam się.
- Bo nie jest moja. - wyciągnął rękę w moją stronę. - Dziękuję, ale muszę odmówić.
- Nie ma "dziękuję", tylko masz ją założyć. Zakładasz, albo nici z naszego wypadu! - pogroziłam. Westchnął, ale założył bluzę.
- Może być? - spytał zirytowany, a ja posłałam mu szeroki uśmiech. 
- Jasne! Jedyne czego teraz czekuję to możliwość przytulania się do ciebie BEZ PRZERWY MUAHAHA! - zaśmiałam się, a on do mnie dołączył.
- Ech, wyprzedziłaś moją propozycję... Właśnie miałem się spytać, czy ta bluza jest karnetem na darmowe przytulasy...
- Nie tylko bluza. No! Komu w drogę temu trampki na nogę! Idziemy! 

~*~

Całkiem miło siedziało się w kinie i oglądało filmy. Jak za dawnych czasów. Może on o tym nie wiedział, ale owszem. Jak za dawnych czasów...
Później poszliśmy sobie na kawę. Usiedliśmy na ławce i rozmawialiśmy na mało ważne tematy. Do czasu.
- Lau? Mogę o coś spytać? - spojrzał na mnie z nadzieją. Potwierdziłam skinieniem głowy. - Nie okłamałabyś mnie, prawda? 
- Co... Co masz na myśli? - mije serce zaczęło szybciej bić. - Nie, nie mogłabym. - nie prawda, kłamiesz w żywe oczy udając, że nigdy się nie znaliście. Ale nie mogę mu tego powiedzieć, bo weźmie mnie za wariatkę. 
- Bo wiesz... Mam jednak takie uczucie... Naprawdę wydaje mi się, że już się kiedyś spotkaliśmy. Powiedziałaś, że to się nie wydarzyło, ale ja nie mogę przestać myśleć inaczej... W dodatku mam wrażenie, że byłaś dla mnie kimś ważnym... Delikatnie mówiąc ja czuję że tak było. - powiedział, a ja ledwo opanowywałam łzy, które miały za chwilę wypłynąć spod moich powiek, pociec po policzkach i opaść na stół obok... Naszych złączonych dłoni. Tak skupiłam się na tym, żeby nie płakać, że nie zauważyłam, jak splótł nasze palce...
- R... Kyle. Ja... Nie mogłabym...
- Czemu nigdy nie kończysz? Zamiast mówić, co myślisz ciągle się poprawiasz. To jest... Denerwujące.
- Według mnie nie fair jest zwracać się do ciebie... Nie twoim imieniem. - Laura, on nie chce kłamstw. Problem jest taki, że trzeba kłamać...
- Jesteś pewna, że wcześniej się nie znaliśmy? Może ty też masz amnezję? 
- Taak... Jestem pewna. 
- Skoro tak mówisz... - wzruszył ramionami. Przez chwilę panowała nieprzyjemna cisza. Dostaliśmy nasze zamówienie i zaczęliśmy razem jeść ciasto z galaretką (ja z truskawkową, on z bananową). Upił duży łyk latte i dalej milczał.
- Posłuchaj... Wiem, że pewnie mnie znienawidzisz za to, co ci powiem, ale...
- Straszysz! Poczekaj, na serio myślisz, że mimo tego, że myślałem, że nie mógłbym cię znienawidzić jest to jednak możliwe?
- Nie całkiem rozumiem pytanie... Ale owszem, może mnie przez to znienawidzisz.
- No dobra, mów. - westchnął.
- Widzisz to białe w latte? - wskazałam na biały pasek w napoju. - To mleko. 
- Ugh. Ble. I tak nie obrzydzisz mi tej kawy! To najwspanialsza i...
- Najsłodsza kawa na świecie! Nigdy nie znajdziesz słodszej i pyszniejszej kawy, choćbyś szukał na Neptunie!
- Taak. Właśnie to miałem zamiar powiedzieć... Ukradłaś mi powiedzonko! - pisnął i się obraził. Włosy zleciały mu na oczy... Na te jego cudne oczy... Nie wytrzymałam i zaczęłam się na niego gapić. Na jego oczy, włosy, usta... na wszystko. Był idealny, ale jednak dla mnie nieosiągalny. 
- Tak, wiem, jestem boski. - powiedział i szeroko się uśmiechnął.
- Po czym wnioskujesz?
- Po tym, jak się na mnie patrzysz. Och, jestem taki boski, że gdybym był gejem to kochałbym samego siebie! 
- Jesteś taki narcystyczny, że mam ochotę sztrzelić cię w ten twój boski dziubek! 
- Ha! Czyli przyznajesz, że jestem boski?
- Idiota.
- Maruda. 
- Nie jestem ruda.
- Ale może moja?
- Hmm... Wątpię.
- Ugh. Skoro tak... Buu smutno mi teraz! - i zaczął przecierać oczy i "szlochać" jak dziecko. - Myślałem, że mnie kochasz!
- CO?!
- Myślałem, że już na zawsze będziemy razem, a ty w tym czasie tak mnie okłamałaś...
- O czym ty mówisz?! Kyle, do jasnej cholery, ogarnij się!
- A ja cię kochałem! - krzyczał załamany. Ja już nie wiem, o co chodzi!
- Ross? - spytałam.
- HA! MAM CIĘ! - i zaczął się śmiać. - Nie, jestem Kyle. Ale cię wrolowałem... AHAHAHA!
- Och, zobaczymy czy będziesz się tak śmiał w nocy. Na podłodze. Bez pościeli. Ooo albo na klatce. Taak, tam będzie ci świetnie! Położysz się obok kaloryfera, przykryjesz wycieraczką i...
- Dobra, przepraszam. Nie wiedziałem, że tak się wkurzysz...
- Och! Ja? Nie, skądże, ja wcale nie jestem wkurzona... - patrzyłam na niego tak wrednie, że na jego miejscu uciekałabym do domu. 
- Hej! A co ty na to, żebyśmy już wrócili do domu? Zrobimy sobie naleśniki, obejrzymy coś... 
- Dobra, ale ja wybieram film. - powiedziałam. 
- Zgoda. Ale mogę ci pomóc wybrać, prawda?
- Dobra, chodź. - wstaliśmy, zapłaciliśmy i wyszliśmy. 
Wypożyczyliśmy sobie Szkołę Uczuć j poszliśmy do sklepu kupić składniki na naleśniki. Kupiliśmy co potrzebne u ruszyliśmy do domu. Zajęłam się rozkładaniem pościeli, a Ross/Kyle robił naleśniki. Usiadłam na "łóżku" i czekałam. Po chwili blondyn przyniósł talerz naleśników i zestaw dodatków składających się z Nuttelli, cukru pudru, dżemu, sosu czekoladowego i truskawek. 
- O, o, o! Mogę ci zrobić naleśnika?  - spytał.
- Zrobiłeś ich już cały talerz...
- Dobra, to czy mogę ozdobić ci naleśnika?
- Okay. 
- Ale nie podglądaj! - zamknęłam oczy. - No dobra, gotowy! - otworzyłam oczy i zobaczyłam nalesnik z czekoladowym uśmieszkiem, truskawkowymi oczami i pudrowymu rumieńcami. Z zezem.
- Ahahaha! Ty jesteś nienormalny! - klepłam go w ramię. - Dziękuję! 
- Nie ma za co. - powiedział i sam rozsmarował sobie na swoim czekoladę. Zaczeliśmy jeść w ciszy. Co chwilę nakładaliśmy sobie następne placki, sż się skończyły.
- Ach! Kocham twoje naleśniki! - wyznałam. 
- To dobrze. Już mam czym cię szantażować.
- Taak? 
- No na przykład: "Hej, Laura! Umów się ze mną w piątek wieczorem, albo już nigdy nie zrobię ci naleśników!"
- Hmm... Jeśli tak będziesz zapraszał dziewczyny to nie dziw się później, że odmówią...
- Tak? A co miałbym powiedzieć? 
- Mógłbyś powiedzieć to bez tego o naleśnikach i może bez tego "hej...". Wymyśl coś... Bardziej romantycznego.
- Hmm... Może: Laura, czy zechcesz wyjść ze mną na kolację w piątek wieczorem?
- Dobrze! Właśnie tak!
- Tak mogłoby być?
- Jasne! 
- Yghm... Więc. Laura, czy zechciałabyś wyjść ze mną na kolację w piątek wieczorem? 
- Nie rozumiem, po co powtarzasz, przecież powiedziałam, że... och! - jego oczy wyrażały zniecierpliwienie, a także nadzieję i rozbawienie sytuacją. Zarumieniłam się i odkaszlnęłam. - Kyle ja... Ja... 
- Proste pytanie. Tak, lub nie.
- No... No dobrze, zgoda. Chętnie pójdę.
- Świetnie! - chyba naprawdę się ucieszył... - Dobra, jedziem z tym koksem! Odpalaj kino! - zgasił światło i opadł na łóżko obok mnie. Oparliśmy poduszkę o ścianę i oparliśmy się o nią. W takiej pozycji zaczęliśmy oglądać film. Tak właściwie to Ross go wybrał. Ja chciałam Gwiazd Naszych Wina, ale Kyle powiedział, że to jest równie, albo j jeszcze smutniejsze. Oglądaliśmy więc, a w którymś momencie chłopak objął mnie ramieniem. Oglądałam dalej. Kiedy film się kończył miałam oczy pełne łez. Żadna nie wyleciała z nich jednak do momentu, w którym padły słowa "Chciała doświadczyć cudu. - I doświadczyła. Ty nim byłeś". Wtedy dopiero wybuchnęłam szlochem, bo przypomniało mi to sytuację sprzed roku, kiedy to idąc po cmentarzu usłyszałam podobne słowa od Rikera. Ach, Riker! Ciekawe, czy już wzieli ślub z Vanessą, co tam u Rydel, czy nienormalnyn szatynom, dzieciom Mc&Cheese wrócił humor... 
- Cii... Lau, to tylko film, tak? - nie, to nie tylko film. Ty tego nie pamiętasz, ale w twoim dzienniku, który leży w tamtej szafie na początku masz napisane, że chciałbyś doświadczyć cudu, a twój najstarszy brat nazwał mnie tym cudem... 
- Lau, spokojnie. Jest dobrze, wszystko jest dobrze. - przytulił mnie i zaczął delikatnie kołysać. 
- Dz... Dzięki. - odsunęłam się lekko od niego, ale on dalej na mnie patrzył. Również na niego spojrzałam i ujrzałam to spojrzenie... Tak, to właśnie to spojrzenie widziałam tak często, zawsze przed tym, jak mówił mi, że mnie kocha, albo po tych słowach... W każdym razie to spojrzenie nie pasowało mi do sytuacji.
Zaczął się do mnie przysuwać. Nie wiem, czemu ale nie protestowałam. Wręcz przeciwnie, sama się do niego przysuwałam. Byliśmy coraz bliżej. Czułam jego oddech na swojej twarzy, a wtedy...
A wtedy rozdzwonił się jego rąbany telefon! 
Odsunął się, westchnął, wstał i odebrał.
- Halo? - powiedział zdenerwowanym głosem. - Tak, to ja, jakbyś po głosie nie poznała. A co cię to obchodz, co? Gdzieś, gdzie jest lepiej, niż u ciebie! - krzyczał. Aha. Rachelle. Dorwę i flaki wypruję! Z pluc zrobię sobie torebki, z żołądka piłkę, z oczu breloczki, z jelit powstaną łańcuchy na choinkę... A dalej wymyślę. - Nie, czemu miałbym to robić? Rachelle, ogarnij się. Nie! Skąd mam wiedzieć, że mnie nie okłamujesz? Że tak naprawdę dalej będzie tak samo? Chwila, co? Yhm, yhm... I obiecujesz? Hmm... No dobra, kiedy? Okay, będę. Tak, tak, nie martw się, trafię. Pa. Dobranoc. - rozłączył się i odłożył telefon. - Pfff... Kobiety. - westchnął. Wpatrywałam się w niego smutno. - Wiesz, co? Mam dobrą wiadomość! Jutro wracam z powrotem do Rachelle, wiesz?
- Aaa... Tak. Hurra... - mruknęłam bez entuzjazmu. - Wyłącz telewizor. Chcę spać. - spełnił moje życzenie i położył się obok mnie.
- Dobranoc Lau.
- Yhm... - mruknęłam tylko i ukryłam głowę pod poduszką. Łzy wypływały z moich oczu i ginęły w prześcieradle. 
Wiedziałam, że on zdaje sobie z tego sprawę, ale to już nie miało znaczenia. 
Przestałam dla niego istnieć, teraz ważna była dla niego jego nowa, nieprawdziwe dziewczyna. Co ona do niego ma? Czemu to zrobiła? Czemu obwiniam innych, skoro sama jestem winna?