#Laura#
Rano obudziłam się z poczuciem, że wolałabym skoczyć ze szpitalnego okna. Nie było lepiej, kiedy obok siebie zobaczyłam śpiącego Ross'a.
- AAAA! - pisnęłam. Obudził się i zleciał z łóżka.
- Co się dzieje?! - zerwał się z podłogi.
- Co ty robiłeś w moim łóżku?! - panikowałam.
- No chyba spałem? - zdziwił się.
- Ty deklu! - warknęłam. Już miałam ochotę wstać i coś mu zrobić, ale przypomniało mi się, że mam zakaz.
- Co jest?! - panikowała reszta.
- Ten idiota spał w moim łóżku!
- Sama mi pozwoliłaś!
- Niby kiedy?!
- W nocy!
- Uspokójcie się! - rozkazała Van.
- NIE! - wrzasnęłam i skuliłam się na łóżku. Usiadła obok mnie i przyłożyła rękę do czoła.
- Nie masz gorączki...
- No raczej, że nie!
- Połóż się.
- Przecież leżę!
- Dobra, mam dość! Niech ją ktoś uspokoi! - wrzasnęła moja siostra i zerwała się z łóżka. Ross wpatrywał się we mnie smutno. Nagle podszedł do mnie Evan.
- Lau, uspokój się... - położył mi rękę na ramieniu, a ja westchnęłam. Położyłam się normalnie na łóżku i posłałam mu szeroki uśmiech. - No widzisz? Grzeczna dziewczynka. Przemycę dla ciebie ciasto.
- Z galaretką!
- Więc będzie z galaretką.
- YAY! - klasnęłam i przytuliłam chłopaka. Spojrzałam na czerwonego Rossa. Zaciskał pięści i posyłał nam wkurzone spojrzenie. Puściłam Evana, a on poczochrał mi włosy. - Pewnie i tak wyglądam lepiej niż przed chwilą...
- Może troszeczkę. - odpowiedziała mi Rydel i usiadła na krześle obok. - Co sobie pani życzy? Warkocz? Kok?
- Hmm... NIC! - uśmiechnęłam się, a reszta się zaśmiała. Kiedy Rydel rozczesywała mi włosy ja patrzyłam na smutnego Rossa obracającego w palcach jakąś kartkę. Była lekko przypalona, ale i tak ją poznałam. Nie wiem, skąd się tu wzięła. Myślałam, że upuściłam ją razem z podaniem... Powinna spłonąć w domu, ale tak się nie stało. Pewnie Piper! Będę musiała jej podziękować...
Blondyn zauważył, że mu się przyglądam, bo posłał mi przepełnione bólem spojrzenie, od którego każdy miałby ochotę skoczyć z okna lub podciąć sobie żyły. Problem jest taki, że ktoś podciął mi moje usiłując mnie zabić, a okno było moim ratunkiem... I teraz sobie coś pomyślałam.
- Co się stało? Z domem? - spytałam, ale nie uzyskałam odpowiedzi. Każdy wpatrywał się w swoje buty.
- Laura... - odezwał się Ross.
- Co? - wkurzyłam się. - Czemu mi nie odpowiadacie?!
- Laura posłuchaj... - wstał i podszedł do mnie. - On... Już... Już go nie ma.
- Co? - jęknęłam.
- On... Spłonął.
- Ale... Ale całkiem?
- Przykro mi. - położył dłoń na mojej. Ale nie potrzebowałam teraz uścisnąć czyjejś ręki. Z płaczem rzuciłam się na niego i zaczęłam płakać mu w koszulkę. Przytulił mnie i pogłaskał po plecach. - Spokojnie...
- Ale... Gdzie my się teraz zatrzymamy? - spytałam lekko odsuwając się od blondyna. Jednak nie całkiem. Było mi dobrze. Ciepło i wygodnie. Czego chcieć więcej? A, no może SWOJEGO DOMU?
- Nie ma Vanessy, więc powiem ci ja. - oznajmił Riker. - Razem z twoją siostrą uzgodniliśmy, że zatrzymacie się u nas...
- Ale jak to? - zdziwiłam się.
- Zamieszkacie u nas. Jeśli będziecie chciały, to na stałe. - wytłumaczył mi, a ja spojrzałam na Rossa. W jego oczach tkwił ten sam błysk, co kiedyś. Czyli i on nie wiedział.
- To... To dobrze. Dziękuję. - odpowiedziałam i westchnęłam. - A nasze rzeczy?
- Hmm... Znając Rydel już wkrótce pójdzie z wami na zakupy...
- Szafa co najmniej! - wrzasnął Ellington. - Ja tego nie wnoszę!
- Ja pomogę! - zaoferował Ross.
- I ja! - odezwał się Riker.
- No i oczywiście Super RyRy! - krzyknął Ryland i zapozował w stylu Super Mana.
Jak jeden mąż wybuchnęliśmy śmiechem. Dalej siedziałam w ramionach blondyna. Nie przeszkadzało mi to.
- Poczekajcie, idę po ciasto. - oznajmił Evan. - Ktoś chce? Oprócz Laury?
- Ja! - rozbrzmiał zgodny wrzask, a po chwili wszyscy wykrzykiwali jakie to ciasto by zjedli.
- Okay, więc idę. - i wyszedł, czemu towarzyszyło zadowolona mina Rossa. Zaśmiałam się cicho. Całkiem zapomniałam, że Ross traktuje Evana jak pies kota.
Po chwili Ev wrócił z wózkiem ciast. Wszyscy się roześmiali, nawet Ross. Uznałam to za postęp. Evan zaczął rozdawać talerzyki. Ross był zmuszony mnie puścić, jednak dalej siedziałam na jego kolanach. Jedliśmy w "spokoju", czyli jak w domu. Wszyscy gadali i co jakiś czas wybuchali śmiechem. Tacy są najlepsi. Szczęśliwi i roześmiani. Po chwili Evan poszedł odnieść talerze, Riker do Vanessy. Rocky i Ell poszli do sklepu, a Rydel po ciuchy dla mnie. Ryland miał posprzątać dom przed naszym przybyciem. Piper usnęła.
Ross znów mnie tulił. Spojrzałam na niego, a on na mnie. Uśmiechał się.
Przecież kiedy to wszystko się działo, nie byliśmy parą. Kiedy mnie okłamywał nie byliśmy razem. Widać, że mu zależy, a ja go potrzebuję. Każdy przecież zasługuje na drugą szansę, a ja jej jeszcze Ross'owi nie dałam.
- Ross?
- Tak? - wciąż na mnie patrzył.
- Ja... Ja chyba jestem gotowa.
- Ale na co? - zdziwił się.
- Jestem gotowa, żeby... Żeby ci wybaczyć - uśmiechnęłam się lekko. Wytrzeszczył oczy.
- C-co? O Boże, naprawdę? - Na jego twarzy zaczął pojawiać się uśmiech.
- Tak - zaśmiałam się cicho.
Zaniemówił i przytulił mnie tak mocno, jak jeszcze nigdy mnie nie przytulał. Śmiałam się pod nosem. Czułam ulgę, że w końcu mu wybaczyłam, on pewnie też.
- Dziękuję, dziękuję! - cieszył się, ale ja uznałam, że muszę powiedzieć mu coś jeszcze.
- Ross... Tylko, że...
- Co?
- Ja... - jąkałam się. - Zostańmy przyjaciółmi.
Od razu zrzedła mu mina, chociaż starał się to ukryć.
- Przepraszam.
- W porządku. Lepsze to, niż nic - próbował się uśmiechnąć.
- Hej wam! - do sali wpadł Evan. - Sorry! Przeszkadzam?
- Nie. - odpowiedział Ross. - Nie przeszkadzasz. - zamurowało mnie.
- Uff... Dobrze. - odpowiedział ciemnowłosy. - Ale, stary, nie gniewasz się za nos?
- Ahahaha! - zaśmiał się blondyn. - Nie no, jest spoko. - odpowiedział, a Evan uśmiechnął się szeroko. Kurde, nie spodziewałam się tego!
- Ej chłopaki, bo się zazdrosna zrobię!
- O kogo? - spytali naraz.
- O was obu. - wyjaśniłam i strzeliłam "focha".
- Ahahahaha! - śmiali się.
- Spokojnie Lau, nie ukradnę ci go. - wyznał roześmiany Evan.
- I ja też się postaram. - dodał Ross.
- Jesteście świetni. - przyciągnęłam ich obu za szyje i przytuliłam.
- Miło z twojej strony. - odpowiedzieli naraz i przybili sobie piątkę.
- Jesteście...
- NIE NORMALNI! - wrzasnęli i zaczęli chichrać się na moim łóżku. Po chwili Evan z niego spadł. Ross zaraz po nim.
- Taak, a teraz cały szpital o tym wie. - do sali weszła Vanessa. - I jak? Już wiesz?
- Tak, twój jakże milutki chłopak mi powiedział.
- Wara od Rikera...
- Wiem, wiem. Tamci dwaj by mi nie pozwolili. - wskazałam na "nie normalnych", a oni przerwali śmiechy.
- Kto?
- My?
- Nieee
- Skądże...
Mówili na zmianę.
- No tak, wcale. - odpowiedziałam i puściłam im oczko. Odpowiedzieli tym samym.
- AU! MOJA SOCZEWKA! - pisnął Ev i złapał się za oko.
- To ty nosisz kontakty? - zdziwiłam się.
- Trochę długo cię nie było... - uśmiechnął się. Ross wstał i podszedł do mnie.
- Ja bym ci go wybił z głowy... - szepnął, a ja się zarumieniłam.
- Młotkiem! - dodał Evan, a Ross odwrócił się do niego i pokazał mu środkowego palucha. - Te! Koleś! Nie fikaj!
- Spadaj... - mruknął Ross z uśmiechem.
- Więc... Za ile wychodzę? - spytałam.
- Jakieś dwie godzinki...
- YAY! - rzuciłam się na nią i przytuliłam z całej siły.
- PLECY! - Evan rzucił się na Rossa. - Plecy się CHRONI! - darł się. - Plecy to CAŁE TWOJE ŻYCIE!
- Ja ci dam! - i zaczęli się tłuc.
- Boże... Za co? - spytałam, kiedy związywali sobie sznurówki.
- Ale co? - wstali i automatycznie się wywrócili.
- Ty deklu! - wrzasnął Ross.
- Ty patelnio! - odpowiedział mu Evan.
- Co? - spytałam.
- Ty skarpeto!
- Ty firanko!
- Ty staniku!
- Ej no, przesadzacie! - poinformowałam ich.
- Ty świnio!
- Ty Godżillo!
- Dobra, mam dość! - podeszłam do nich i zdjęłam Ross'a z Evana. - Uspokójcie się.
- Ale... - zaczął. Położyłam mu rękę na ustach, a on zamilkł. Po jakimś czasie zaczął mruczeć. Zdjęłam rękę, ale on nie przestał.
- Mijajcie szybciej, dwie godziny! - jęknęłam.
*DWIE GODZINY PÓŹNIEJ*
Byłam już gotowa. Ross stał obok mnie obejmując mnie ramieniem. Tłumaczył, że robi to "po przyjacielsku". Taak, ja już znam tą jego przyjacielskość...
W każdym razie uśmiechał się szeroko. Evan zmył się dwadzieścia minut temu. Vanessa musiała jeszcze zostać, ale przysięgła, że nie będę się nudzić. Zgodziłam się z nią.
Mój spokój zakłócili policjanci. Znowu pięciu, ale tym razem innych. Znaczy, był wredny łysol i troskliwy ojciec, ale reszta się zmieniła.
- Kto by pomyślał, że tak szybko się znów spotkamy, panno Lauro.
- Też się tego nie spodziewałam... - mruknęłam, a Ross mocniej mnie przytulił.
- Nie ma pani nic przeciwko, jeśli ponownie zadamy pani parę pytań?
- I pewnie znowu będę nagrywana?
- A i owszem. Więc?
- No dobrze. - usiadłam na łóżku, a oni na drugim.
- Przykro nam, ale pan Lynch musi wyjść.
- Ale... - zaczął mój przyjaciel.
- Ross... Wyjdź, proszę. - szepnęłam. Puścił mnie, pokiwał głową i wyszedł.
- Rozmawialiśmy już z pani siostrą i panem Rikerem...
- Yhm.
- Pani Vanessa podzieliła się z nami swoimi... Domyśleniami.
- A mianowicie?
- Według nas wszystko by się zgadzało. Ale najpierw proszę nam wszystko opowiedzieć. - Włączyli bodajże dyktafon.
- Nazywam się Laura Marie Marano, mam nie całe 19 lat, mieszkam w Los Angeles. Byłam aktorką. Ostatnio ktoś próbował mnie zabić.
- Dobrze. Odpowiedz zgodnie z prawdą. Co robiłaś siódmego sierpnia o godzinie 22:00?
- Więc. Siedziałam z przyjaciółką w domu. Rozmawiałyśmy, ale to raczej nie ważne. Nagle poczułyśmy taki... Smród. Jakby coś się paliło. Piper wyszła z mojego pokoju, a ja za nią. Cały korytarz się palił. Wszędzie był ogień.
- A nie zostawiła pani czegoś na kuchence? Włączonego żelazka, czy coś? - spytał ten łysol.
- A czy ja wyglądam na totalną idiotkę? W każdym razie. Piper poszła szukać wyjścia, a ja zadzwoniłam po straż. Później poszłam po moje podanie na studia, które wypisywałam zanim przyszła, a zostawiłam je na dole. Później wróciłam do mojego pokoju, bo musiałam wziąć coś jeszcze. Później poszłam szukać Piper. Nigdzie jej nie widziałam, za to zobaczyłam, że okno w salonie jest otwarte. Już miałam przechodzić, kiedy pojawiła się w drzwiach. Razem postanowiłyśmy wyjść, ale upuściłam moje papiery. Piper musiała je podnieść, bo mam je tu z powrotem... W każdym razie. Kiedy miałyśmy już wychodzić zobaczyłyśmy kogoś. Nie widziałam, kto to był, bo był odwrócony tyłem. Miał blond włosy i ubrany był na czarno. Później zniknął. Wyszłyśmy w końcu przez okno i wtedy przyjechała straż. Piper już zemdlała, a ja jeszcze kilka razy kaszlnęłam. Wtedy odleciałam.
- I jest pani pewna, że nie zna pani tego człowieka?
- Nie wiem, nie widziałam twarzy.
- Yhm... A zna pani podejrzenia pani siostry?
- Tak, znam, ale są tak idiotyczne, że po prostu...
- Zgadzają się z naszymi domysłami.
- Co...? - spytałam.
- Nie uważa pani, że dziwne jest to, że pan Ross już po chwili po zdarzeniu był u pani? Albo że osoba która była w pani domu miała blond włosy? Pani siostra powiedziała nam, że młody Lynch starał się o pani wybaczenie, ale nic z tego. Nie uważa pani, że jest do chociaż trochę podejrza...
- Ross by tego nie zrobił! - wrzasnęłam. - Jakby pan z nim porozmawiał... Zrozumiałby pan!
- I taki mam zamiar. Dziękuję, nie mam więcej pytań. - wyłączył urządzenie. - Do widzenia.
- Mam nadzieję, że nie, ale do widzenia. - i wyszli. Jestem pewna, że przesłuchiwać blondyna. Nie rozumiem jak moja siostra może go o coś takiego oskarżać!
Siedziałam tak jakiś czas, aż nagle na korytarzu usłyszałam krzyki. Krzyki Rossa.
Wstałam, podbiegłam do drzwi i otworzyłam je. Dalej go przesłuchiwali. Musieli wyjawić mu, co myślą.
- Laura! - krzyknął i podbiegł do mnie. W jego oczach błyszczały łzy. - Proszę, powiedz im. To nie ja, ja bym...
- Wiem, Ross, wiem. - przytuliłam go i posłałam policjantom wkurzone spojrzenie.
- No więc to chyba tyle. - warknął ten łysol. Wyłączyli sprzęt i zaczęli się zbierać. - Proszę poinformować rodzeństwo, że przyjdziemy do pańskiego domu, panie Lynch. - dodał. - Ich też trzeba przesłuchać... Do widzenia. - dodał jeszcze i wyszli. Ross stał jak sparaliżowany.
- Hej? - stanęłam przed nim. - Okay?
- Okay... - szepnął, ale po chwili się załamał. Usiadł pod ścianą i ukrył twarz w dłoniach. - Czemu wszyscy obwiniają mnie?!
- Ja nie. - usiadłam obok niego i złapałam go za rękę.
- No tak, ale...
- Twoje rodzeństwo pewnie też. A nawet jak tak, to ja im to wybiję z głowy.
- Młotkiem? - spytał, a ja cicho się zaśmiałam.
- Jak będzie trzeba... - podniosłam wzrok, przez co nasze spojrzenia się spotkały. Siedzieliśmy tak przez chwilę. Później wstał i podał mi rękę. Złapałam go, a on pomógł mi wstać.
- Trzymaj. - podał mi list od niego. Wzięłam go i zaczęłam kręcić pozginaną kartką. Później schowałam go do kieszeni.
- Wiesz, masz całkiem fajne piosenki. - wskazałam na wyciągany przez niego telefon.
- Tak myślałem, że słuchałaś... - uśmiechnął się, po czym wybrał numer do Delly i poinformował ją o przyszłej wizycie policji. Później się rozłączył i schował telefon do kieszeni. - Powiedziała, żebyśmy na razie nie wracali, bo jeszcze jest syf. No i skoro już nas przesłuchiwali...
- Lunch? - spytałam.
- Lunch. - odpowiedział i razem się zaśmialiśmy. - Gdzie idziemy?
- Nie wiem, ale teraz chyba ty wybierasz... - uświadomiłam mu.
- W takim razie... Coffee House?
- Okay. - odpowiedziałam. Wyszliśmy ze szpitala i ruszyliśmy w stronę kawiarni. Była ładna pogoda. Było ciepło i świeciło słońce, a blondyn był zmuszony nieść w rękach bluzę.
- Nienawidzę takich sytuacji... - warczał, a ja się śmiałam. - Takie śmieszne? Może chcesz ją ponieść? - zaproponował.
- A kto wtedy poniesie mnie?
- Hmm... Może... Twoje nogi?
- Spadaj! - pisnęłam i rzuciłam się mu na szyję.
- Jeśli chcesz, żebym się przewrócił i wylądował w szpitalu, to jesteś blisko.
- Oj nie... Nigdy więcej nie chcę tam być... - syknęłam, a on objął mnie ramieniem.
- Tak? - spytał, a ja trąciłam go w żebra. - No co? Przecież prędzej czy później coś się stanie. Znając Rocky'ego i Ellingtona... Wypadek murowany!
- Głupek z ciebie, wiesz? - spytałam.
- Dobrze. - uśmiechnął się i pocałował mnie w policzek.
- Ross!
- No co? To był zwykły, przyjacielski gest.
- Ja ci dam przyjacielski gest! - pogroziłam mu pięścią.
- Osz ty... - mruknął, a ja jak głupia zaczęłam przed nim uciekać. Biegałam tak dosyć długo, ale w końcu mnie dogonił. Złapał mnie w pasie i zaczął mną kręcić.
- Puść mnie! Ahahahaha! - śmiałam się i starałam się mu wyrwać. W końcu się zatrzymał. Był przeraźliwie blady. - Ross? Wszystko dobrze?
- Tak, tylko... Kręci mi się w głowie... Boże, zaraz zwymiotuje! - jęczał.
- Może lepiej wrócimy...
- Nie, jest okay... - faktycznie nabierał kolorów. - Uff... Już okay. - wstał. Znów wyglądał normalnie.
- Załóżmy, że ci wieżę. - uśmiechnął się i złapał mnie za rękę. Kontynuowaliśmy wyprawę i już po chwili byliśmy w kawiarni. Jak już mówiłam było ciepło, więc zamówiliśmy sobie lody. Ross wziął czekoladowe i waniliowe, a ja truskawkowe i śmietankowe. Usiedliśmy przy stoliku i zaczęliśmy jeść.
- Chcesz trochę? - spytał. Wzruszyłam ramionami. Nałożył trochę na swoją łyżeczkę i podał mi. Poczęstowałam się. - I jak?
- Mmm... Pycha! - ucieszyłam się. - Zgaduję, że teraz mam cię poczęstować swoimi.
- Jak chcesz... - mruknął. Nałożyłam więc trochę i dałam mu. Zjadł i odleciał.
- Mmm... Jakie to dobre... - oparł się na ręce. - Mam nadzieję, że wiesz, że podając sobie lody naszymi łyżeczkami przekazaliśmy sobie trochę naszego DNA?
- A idź... - uśmiechnęłam się lekko.
- Cieszysz się. Chcesz jeszcze?
- Nie, dzięki. Tyle twojego DNA mi wystarczy. - zaśmiał się i kontynuował spożywanie.
- Lau?
- No?
- Ubrudziłaś się.
- Gdzie? - spytałam.
- Czekaj... Weź rękę. - poprosił. Przysunął się i wytarł mi brodę. - Jesz jak świnka. Nos tez masz brudny.
- Zaufaj mi, dam radę sobie go wytrzeć.
- Ale ja chcę!
- To masz problem. - i starłam resztki deseru zanim on to zrobił.
- Foch! - jęknął.
- Jesteś peeeeeeewny? - szepnęłam i przysunęłam się do niego. - Bo wiesz... Jak co to bym poniosła ci bluzę... - nie zareagował. - Albo... Dałabym ci jeszcze trochę loda...
- Grrr... - warknął.
- Oj no Ross! Co mam zrobić, żebyś się odbraził?
- Ty dobrze wiesz, co. - spojrzał na mnie z nadzieją.
- Nie... - szepnęłam. - Tego nie.
-No to będę na ciebie obrażony.
- Nie zrobię tego!
- Czemu?
- Bo nie! Ross, zrozum to! - odwrócił głowę. - Proszę? - spytałam.
- Ygh... No dobra. - mruknął.
- Aww. - przytuliłam go.
- Dobra, chyba już poszli. Idziemy do domu.
Okazało się, że nie dojdziemy w spokoju. Już po chwili zerwał się wiatr, a słońce przysłoniły ciemne chmury. Miałam na sobie koszulkę bez rękawów i krótkie spodenki. Ross był ubrany jak zwykle, czyli w t-shirt i dżinsy. Objął mnie ramieniem i przyciągnął do siebie. Zrobiło mi się cieplej, ale tylko trochę. W końcu podał mi swoją bluzę. Założyłam ją, a on zapiął zamek.
- Dałabym sobie radę. - szepnęłam, ale zrozumiałam, czemu to zrobił. Nie uśmiechał się. Nic nie powiedział od momentu, w którym wyszliśmy z kawiarni. Smutek na jego twarzy był zaraźliwy. - Oj Ross... - szepnęłam, ale zaczęło grzmieć.
- Idziemy. - powiedział i pociągnął mnie w stronę domu. Byliśmy na miejscu. Otworzył drzwi, a jedyne co zauważyłam to różowy cień powalający Rossa na podłogę.
- TY IDIOTO! CZEMUŚ CHCIAŁ TO ZROBIĆ!? - darła się blondynka.
- Ale o co chodzi?! - piszczał.
- Czemu chciałeś ją zabić?!
czwartek, 7 sierpnia 2014
Rozdział 13: "I'm already there, wherever there is you, I will be there too"
[myśleliście, że mordercą był Evan/Piper, tak? no to się zdziwicie :D]
Płomienie. Chłopak o blond włosach. Benzyna. Zapałki.
Jedno jedyne okno. Jedno wyjście. Piper.
Budzę się i znowu oślepia mnie widok przeraźliwie białych ścian. O nie, tylko nie to.
Znowu.
Obok siebie widzę Vanessę siedzącą na krześle, wszystkich Lynchów, Ratliff'a, Piper i Evan'a. Z taką różnicą, że Piper leżała na łóżku obok. Patrzyłam na nich i nic nie mówiłam. Nie miałam siły otworzyć ust.
- Laura? - usłyszałam głos Vanessy, ale nawet na nią nie spojrzałam. Patrzyłam w jakiś punkt przed siebie i podkurczyłam nogi. Owinęłam ręce wokół kolan i siedziałam cicho.
- Lau? W porządku? - zaniepokoiła się Delly i usiadła obok mnie na łóżku. Na nią też nie spojrzałam. Nie chciałam tu nikogo. Wszyscy zaczęli coś do mnie mówić, ale ja nie potrafiłam się skupić. A może po prostu nie chciałam?
Tak czy inaczej, nie docierało do mnie żadne ich słowo. W pewnym momencie dotarł do mnie krzyk "LAURA!" i odwróciłam się. Nie wiem, czyj to był głos, ale pierwsze, co zauważyłam, to ciemne włosy Evan'a. Były całe potargane, jakby dopiero wstał z łóżka. Wtedy spojrzałam na zegar - 2:17. No to się nie dziwię. Najwyraźniej wszyscy się niedawno obudzili, żeby przyjechać do szpitala.
- Co się z tobą dzieje? - spytała przerażona Van. Pokręciłam lekko głową na znak, że nie wiem. Patrzyła na mnie przez dłuższy czas. - Spójrz na mnie.
Nie spojrzałam. Nie wiedziałam, czemu. Po prostu tego nie zrobiłam.
- Laura. Spójrz na mnie. Proszę.
Mój wzrok utkwił w małej szklance stojącej przede mną.
- Laura.
Woda. Jaka ona ciekawa.
- Proszę.
Nie.
Zaczęłam płakać. Tak przeraźliwie, że zdecydowali się wezwać pielęgniarkę. Przez łzy nie widziałam kompletnie nic. I nic nie słyszałam. Tylko łkanie, które samo w sobie zbiera człowieka na płacz. Aaa, no tak. Przecież to ja płaczę.
Kiedy przyszła pielęgniarka, przestałam płakać, żeby usłyszeć, co mówi.
- To normalne - mówiła cicho do Vanessy.
- Wiem, przecież studiuję medycynę. Ale z tym trzeba coś zrobić. Wezwij, proszę, psychologa - poprosiła, a ja opadłam ciężko na łóżko.
- Lau, co się stało? - spytał Evan podchodząc bliżej.
- Nic... Nic... Nic... - zaczęłam powtarzać patrząc na tak białe prześcieradło, że zaczęły mnie boleć oczy.
Kątem oka zauważyłam, że wszyscy przyglądali mi się bardzo uważnie przerażeni. Nim zdążyli cokolwiek powiedzieć, do sali weszła jakaś kobieta z Vanessą.
- Nie odzywa się do nas odkąd się obudziła. Kiedy prosiłam, żeby na mnie spojrzała, nagle się rozpłakała i nie potrafiła opanować. Nie patrzyła na nas - mówiła z niepokojem. - Czy to jest to, o czym myślę...? - dodała ze strachem.
- Nie wiem. Musiałabym ją przebadać - odpowiedziała jej kobieta. Co? Przebadać kogo? A, mnie. Nie zgadzam się.
Usiadła obok mnie.
- Laura? - zaczęła. Nie miałam zamiaru na nią patrzeć. Nie dam jej tej satysfakcji. - Jestem psychologiem. Chciałabym dociec, co jest. Co się stało?
Wciąż nie odpowiadałam. Równie dobrze mogłam jej odpowiedzieć: "wszystko".
- Hm... W takim razie... Co cię boli? Możesz mi powiedzieć.
A może jej powiem? Ale najpierw... Co mnie boli?
- Rzeczywistość - powiedziałam cicho patrząc przed siebie.
- Dlaczego? - spytała.
- To wszystko... boli - szepnęłam i uznałam, że to wszystko, co mogę jej powiedzieć. Nie będę się zwierzała jakiejś nieznanej mi babie.
- Co cię boli? - dociekała, ale ja schowałam głowę w poduszkę, która była przyjemnie chłodna. Nawet nie zauważyłam, że całe ręce miałam zabandażowane.
Wszystko wydawało mi się być takie ponure i przygnębiające, że nie umiałam się skupić na jednej myśli. Chcę po prostu stąd wyjść. Z tej jasnej sali, z tego durnego szpitala. Drugi raz w ciągu 7 dni?
- Laura? Jesteś w stanie rozmawiać?
Pokręciłam głową i znów wybuchłam płaczem. Usłyszałam kroki. Chyba ta baba wychodziła. Znowu chciałam usłyszeć, o czym rozmawiała z Vanessą, ale słyszałam tylko niezrozumiały bełkot.
*NARRATOR*
- Mogłabym was wszystkich prosić na słówko? - spytała Vanessa, a w tle słychać było przeraźliwy płacz jej młodszej siostry. Pozostali skierowali się w stronę wyjścia razem z Nessą, a kiedy byli już na korytarzu, dziewczyna zaczęła:
- Laura najprawdopodobniej ma depresję - oświadczyła smutna.
- Jak to? - spytała Rydel niedowierzająco. - Tak nagle?
- Depresja pourazowa.
- Cholera... - powiedział Ellington. - Jak możemy pomóc?
- Nie mam pojęcia... - westchnęła Vanessa. - Musicie spędzać z nią jak najwięcej czasu, o ile będzie chciała wyjść z domu. Możemy jakoś "odpędzić" tę chorobę, jeśli zrobimy to szybko. Jeśli nam się nie uda... Trochę pocierpi. Zawsze się może to skończyć... o wiele gorzej. Musimy przypominać jej wszystkie szczęśliwe momenty, w których brała udział. Postaram się przywozić ją do was tak często, jak tylko będę mogła.
Ross wyglądał na ogromnie przybitego. Vanessa spojrzała na niego znacząco, a on od razu zrozumiał. Ma z Laurą po prostu nie rozmawiać, bo zdołuje ją jeszcze bardziej. Wszystkie szczęśliwe chwile, w których brali udział tylko w dwójkę, już nie wrócą.
Wszyscy wrócili z powrotem do sali i zauważyli, że Piper zaczyna się budzić. Stanęli między jej łóżkiem a Laury.
- C-co się stało? - spytała Piper zdezorientowana. - Jestem w szpitalu?
- Tak - odpowiedział jej Riker, a ona westchnęła.
- Był pożar, porządnie się podtrułaś - wyjaśnił jej Rocky.
- I oparzyłaś - dodała Van, a Ross jako jedyny stał cicho. Co chwilę spoglądał na Laurę, która chyba spała.
- Aaaa... No tak, pamiętam - powiedziała słabo Piper.
- Mogłabyś nam powiedzieć, co się stało? - spytała Nessa. - Laura nie jest w stanie.
- Jak to "nie jest w stanie"? - zainteresowała się dziewczyna i kaszlnęła.
- Ona... Ee... Obudziła się i nic nie mówiła, co chwilę wybuchała płaczem. Prawdopodobnie ma depresję - powiedziała smutno brunetka.
- Uh... Niedobrze - spojrzała na Laurę leżącą na łóżku obok. - Pomożemy jej, prawda? - spytała z nadzieją.
- Oczywiście.
- Wracając do tematu, po prostu siedziałyśmy u niej w pokoju, kiedy nagle poczułyśmy zapach dymu. Wyszłam z pokoju i zobaczyłam, że wszystko stoi w płomieniach. Z Laurą próbowałyśmy to jakoś powstrzymać, ale się nie dało. Zadzwoniła po straż, a my szukałyśmy wyjścia. W pewnym momencie znalazłam okno, które było otwarte podczas, gdy żadnych pozostałych nie dało się otworzyć - opowiadała. - Obiecałam jej, że po nią wrócę, jeśli znajdę wyjście, a ona poszła wziąć jakieś potrzebne jej rzeczy. Zaczęłam jej szukać i biegałam po całym domu zastanawiając się, gdzie może być, i ją zauważyłam, jak już chciała przechodzić obok płomieni. Poprosiła mnie, żebym w razie czego wzięła jej te rzeczy. Pomogłam jej się przedostać na dwór i zorientowałam się, że wypadło jej to, co wzięła. Wróciłam się tam i włożyłam do kieszeni. Okazało się, że to były jakieś kartki. Jak do niej wróciłam, to obie już byłyśmy nieprzytomne, a straż przyjechała i nas wzięli. No, to chyba cała historia.
- Wow... - zdziwił się Evan.
- Nie znam nawet twojego imienia - spojrzała na niego Piper.
- Evan.
- A ja Piper - i uścisnęli ręce.
- To nie wygląda na przypadek. Widziałaś tego kogoś? Tego, kto próbował was podpalić? - spytał Ryland, a Piper skupiła się.
- Hmmm... - myślała. - Przez krótką chwilę. Jak już wychodziłyśmy. Pamiętam tylko, że miał blond włosy, był trochę wyższy ode mnie. Ubrał się na czarno. Ale twarzy nie widziałam, był odwrócony tyłem. A później po prostu... zniknął - mówiła.
- Laura też go widziała? - spytał do tej pory milczący Ross.
- Nie mam pojęcia. Nie zdążyłam zapytać.
- Trzeba to zgłosić - odezwał się Riker, a Vanessa go przytuliła. - Natychmiast.
- Policja jest już zawiadomiona - powiedział Rocky. - Czekają nas kolejne przesłuchania...
- Ugh. Ten łysol jest wredny - narzekał Ell, a Ryd pacnęła go w głowę.
- Milszy od ciebie.
Ratliff pokazał jej język, co dziewczyna odwzajemniła.
- I tak cię kocham za Mac&Cheese - zaśmiał się, a na jej policzkach pojawiły się rumieńce.
- Na takie wyznania będzie czas w domu - pouczyła ich Van. - Piper?
- Mhm?
- A masz gdzieś może te kartki, o których mówiła Laura?
- Nie wiem. Może są gdzieś tu - i zaczęła grzebać w szafce nocnej. Po krótkiej chwili je znalazła i podała brunetce.
- Hmmm... - zaczęła czytać ich treści. - To jest podanie na studia i wszystkie ważne dokumenty. Trzeba przechować, fakt. A to? - W dłoni trzymała małą kartkę. Ross na nią spojrzał i kiedy się zorientował, co to za kartka, wyrwał jej ją z dłoni. - Ross? - zdenerwowała się Nessa. - Co to?
- Nic ważnego.
- Daj. Nie będę przecież czytała na głos.
- Nie.
- Ross, oddaj. - I oddał, bo nie chciał kłótni. Van zaczęła ją czytać i łzy napłynęły jej do oczu. Kiedy skończyła, oddała ją Ross'owi. - Tym razem nie udało ci się jej ochronić - szepnęła do jego ucha, a on nie wiedział, co jej odpowiedzieć.
*
Dwie godziny później spali już wszyscy oprócz Ross'a i Vanessy, którzy cierpliwie czekali, aż Lau się obudzi.
- Ross? - odezwała się nagle Van.
- Tak?
- Wiesz może, czemu Laura tak szybko wróciła do domu?
Blondyn westchnął ciężko. Bardzo dobrze wiedział.
- Zaczęliśmy rozmawiać, kiedy zostaliśmy sami. No i ona tego nie wytrzymała. Wyszła.
Vanessa chwilę się zastanawiała, aż w końcu ją oświeciło. Blond chłopak w jej domu?
- Gdzie byłeś po tym, jak Laura wyszła? Do końca dnia cię już nie widziałam.
- Byłem w swoim pokoju. Czemu pytasz? - spojrzał na nią i... - Vanessa? Czy ty myślisz, że... że to mogłem być... ja? - spytał tak zdziwiony, że nie potrafił powiedzieć nic więcej na chwilę obecną.
- A kto inny mógłby to zrobić? Ty i Riker jesteście jedynymi facetami o blond włosach, którzy wiedzieli, że Lau przeżyła poprzedni "zamach". A Riker był wtedy ze mną, a ciebie nigdzie nie było. Co, może oskarżysz Rydel? W końcu też blondynka.
- Wiesz co?! - zbulwersował się blondyn. - Ja bym jej NIGDY czegoś takiego nie zrobił!
- Kto wie...
- Ja możesz w ogóle mnie oskarżać o coś takiego?! Przecież dobrze wiesz, co do niej czuję! I co było w liście!
- Może tak cię wkurzyło to, że nie chciała ci wybaczyć, że próbowałeś ją zabić. Wszystko by się zgadzało...
- Ja... Ja... Ja nie mógł bym... - jąkał się blondyn, po czym ukrył twarz w dłoniach. - Skończ mnie oskarżać!
- Co... C-co się dzieje? - pisnęła Laura. Blondyn podniósł głowę i zobaczył błyszczące w jej oczach łzy.
- Lau... - jęknął.
- Ross? Co się dzieje? - dopytywała się.
- Laura? Mogę cię o coś zapytać? - szepnęła Van, a młodsza Marano pokiwała głową. - Widziałaś może tego, kto próbował was... Podpalić?
Płomienie. Więcej płomieni.
Chłopak. Blondyn. Zapałki. Jeszcze więcej płomieni.
- Chyba... Chyba był blondynem... - szepnęła zdezorientowana brunetka, a Ness spojrzała znacząco na Rossa.
- Możesz skończyć?! - wrzasnął blondyn.
- O co chodzi? - zdziwiła się Laura.
- Twoja siostra myśli, że to mogłem być ja. - warknął i posłał starszej wkurzone spojrzenie.
- A... A... A mogłeś? - przerażona brunetka wcisnęła się w poduszkę. Jej towarzysze przerwali bitwę na wzrok.
- Co...? Ty też? - szepnął załamany blondyn.
- O co ci chodzi?
- O nic. Chociaż wiesz co? Może jednak o to, że obie oskarżacie mnie o coś, czego nie zrobiłem?! Nie zrobiłem i nie mógłbym zrobić?! - całkiem stracił nad sobą panowanie.
- Nie krzycz idioto! - wrzasnęła Van. - Jesteś w szpitalu! Wszystkich pobudzisz!
- Co się dziejeeee? - spytał zaspany Ratliff.
- Nic. Śpijcie dalej. - odpowiedziała Vanessa, a Lynchowie (i Ratliff z Evanem) posłusznie wykonali polecenie. Ross powstrzymywał trzęsące się dłonie. Wstał, złapał się za głowę i zaczął chodzić po sali.
- Ja. Nic. Nie. Zrobiłem... - mruczał pod nosem. - Nie mógłbym... Ja... Ja nie mógłbym... - usiadł na parapecie i zaczął się kiwać do przodu i do tyłu. - Nie... - Laura miała wrażenie, że blondyn się rozpłakał, chociaż nie słyszała szlochu. No tak, on mógł płakać cicho (w odróżnieniu od niej samej).
- Ross? - spytała Laura - Nie jestem psychologiem, ani lekarzem, ale to co robisz to objawy choroby sierocej? - nie zareagował. - Rooooss?
- Wszyscy mają mnie w dupie... Obwiniają mnie... Ja mam tego dość... Ostatnio wszyscy razem coś robiliśmy... Hmm... A no tak, wtedy podczas słynnego Omletowego Śniadania Poparzonej Ręki. - wyżalał się, a Laurze przypomniał się ten poranek. A co się stało przed śniadaniem?
- Chętnie bym wstała i cię przytuliła, ale nie mogę wstawać z łóżka.
- Laura... - syknęła Vanessa.
- No co? - zdziwiła się młodsza.
- Jajco.
Ross wpatrywał się w brunetkę z zaciekawieniem i bólem. On też pamiętał, co się stało przed tym śniadaniem.
- Mam tam podejść, czy coś? - spytał nagle.
- Jak ci się chce... - odpowiedziała mu Laura i uśmiechnęła się szeroko.
- Jeśli się nie obrazicie, to pójdę spać. - poinformowała ich Van.
- Tak, tak... Idź się zdrzemnij... Rano masz robotę... Dobranoc. - spławiła ją Laura, a czerwona z wściekłości Vanessa położyła się obok Rikera.
Ross w tym czasie zeskoczył z parapetu i powoli podszedł do jej łóżka. Usiadł na nim, a Laura wyciągnęła w jego stronę zabandażowaną rękę.
- Lau nie...
- Siedź cicho. - mruknęła i złapała jego dłoń, po czym padła na poduszki i westchnęła.
- Wszystko okay? - spytał troskliwie.
- Taak, jest okay. - odpowiedziała.
- Może... Nie wiem...
- Wysłów się człowieku!
- Spadaj. - odpowiedział, po czym oboje się zaśmiali.
- Mam już tego dość. - jęknęła.
- Czego?
- Wszystkiego. Najpierw ktoś chce mnie pociąć, teraz chce podpalić mój dom... Boję się. Nie wiem, co robić... Pomóż mi... Proszę... - mówiąc to mocniej ściskała jego rękę.
- Nie wiem, jak... - odpowiedział jej.
- To się zastanów... - odpowiedziała i złapała się za głowę - Auć...
- Co jest? - spytał zestresowany.
- Nic tylko... Czasem mnie tak głowa boli... - jęknęła. - Ty... Czemu nie mógłbyś tego zrobić?
- Nie wiesz? - zdziwił się. - Sam ci mówiłem, że jedyne czego chcę, to cię chronić. Chcę, żebyś była bezpieczna. Więc pomyśl, mógłbym podpalić twój dom?
- Nie...?
- No właśnie. Wiem, tym razem mnie nie było, tym razem nie mogłem cię ocalić... Przepraszam... - załamał się i ponownie ukrył twarz w dłoniach.
- Hej. Uspokój się. Nie masz za co przepraszać. Nie musisz być zawsze w pobliżu, prawda?
- No tak, ale...
- Wiem, że obiecałeś sobie co obiecałeś, ale zobacz. Żyję. Żyję i pewnie wkrótce mnie wypuszczą.
- I znów będą nas przesłuchiwać... - dodał.
- O nie... Tylko tego mi brakowało. - jęknęła. - Bandy policjantów zakłócających mój spokój. Może jak przyjdą będę udawać, że śpię... Może wtedy zostawią mnie w spokoju.
- Laura, nie możesz tak...
- Nie mów mi, co mogę, a czego nie mogę! - wkurzyła się. - Mam prawo do robienia, co mi się podoba, więc mogę!
- Laura, uspokój się...
- Nie!
- Laura, proszę! - złapał ją za ręce. - Uspokój się. Oddychaj. tak?
- Ja nie rodzę.
- Mam to gdzieś, masz oddychać.
- To robi każdy normalny człowiek.
- Ale nasza banda nie jest normalna.
- Masz rację! - krzyknęła i się zaśmiała. - Jesteśmy najzabawniejszą paczką w całych Stanach! Nikt nam nie dorówna!
- Jeśli tak uważasz... - mruknął.
- Ross? - spytała.
- Tak? - spojrzał jej w oczy. Odwróciła wzrok. - Przepraszam...
- Za dużo przepraszasz. Nie powinieneś.
- Moja wina, że jestem kompletnym idiotą i wszystko chrzanię?
- Nie wiem... Ale nie nazywaj siebie idiotą.
- Jestem idiotą, jestem idiotą, jestem idiotą...
- Musisz mnie wkurzyć, prawda?
- Przepraszam.
- Ughydubusb! - jęknęła i zakryła głowę poduszką.
- Ahahaha... - przysunął się bliżej i zdjął z niej poduszkę. - kuku.
- Spadaj ode mnie. - zaśmiała się. Uśmiechnął się i zniżył trochę głowę. - Chcesz żebym koniecznie zobaczyła twoje oczy? Jak chcesz, to ja ci pokażę moje. - chwyciła go za szyję i przyciągnęła do siebie tak, żeby dobrze widział jej wkurzone spojrzenie.
- Mam się bać, czy coś? - spytał rozbawionym głosem.
- Nie. Masz iść spać. - odepchnęła go od siebie.
- I po co ta agresja? Wystarczyło lekko mnie odsunąć, a nie zrzucać z łóżka.
- Dobranoc. - syknęła i odwróciła się na bok.
- Przepraszam, ale wszystkie łóżka są zajęte. Czy mógłbym położyć się obok pani? A może na podłodze?
- Ugh. Kładź się. Ale masz się odsunąć.
- Okay. Ale nie zabieraj całej kołdry.
- Masz już łóżko i poduszkę. Po co ci kołdra?
- Szczerze? Nawet poduszki nie mam. - zauważył.
- Za co? - brunetka skierowała spojrzenie na sufit.
- Też chciałbym to wiedzieć, ale obawiam się, że lampa nie zna odpowiedzi.
- Załatw sobie poduszkę. Nie wiem, obudź Vanessę, żeby ci dała, albo zabierz Rocky'emu...
- A nie możesz się po prostu podzielić?
- Nie! Moja poduszka!
- Dobra, śpię bez niej. - stwierdził. - Dobranoc.
- Dobranoc...? - szepnęła. Położyła się, ale nie umiała zasnąć. Dopiero się przecież obudziła. Nie chciało się jej spać, a nie miała z kim pogadać. Zaczęła więc wpatrywać się w swoich przyjaciół. Rocky chrapał sobie na swoim łóżku. Rydel spała wtulona w Ell'a, który ssał kciuk. Riker tuli Vanessę, a ona poduszkę. Ryland zwisał głową w dół z łóżka, które dzielił z Evanem, bo ten rozwalił się na nim jak to miał w zwyczaju. Piper leżała sobie spokojnie. A Ross... Leżał obok mnie i cicho pochrapywał. Nie wiedziałam, co robić. Zauważyłam, że z kieszeni blondyna wystaje jego telefon i podpięte do niego słuchawki. Wyciągnęłam go i założyłam słuchawki. Odblokowałam telefon i weszłam w odtwarzacz muzyki. Połowy piosenek nie znałam, ale włączyłam jakąś losową i zaczęłam słuchać. Przesłuchałam trzy czwarte jego playlisty, kiedy trafiłam na "I'm Yours". Uśmiechnęłam się, bo przypomniało mi się jak mi to zaśpiewał. Spojrzałam na niego. Jakiś czas temu musiał odwrócić się na drugi bok, bo teraz leżał twarzą w moją stronę. Uśmiechnęłam się na widok jego miny. Z zamkniętymi oczami i lekko otwartymi ustami wyglądał rozczulająco. Poprawiłam mu grzywkę, a on zmarszczył nos. Zachichotałam. Nie umiałam się powstrzymać. Przysunęłam się do niego i przytuliłam. Chyba się przebudził, bo również mnie przytulił. Uśmiechnęłam się lekko i mocniej się w niego wtuliłam.
Po jakimś czasie zasnęłam.
________________________________________
I wreszcie melduje się Annabeth! :D
Połowę napisała Clarisse, drugą ja...
Jak wam się podoba?
~A
A teraz melduję się ja hehe XD
Tak czy siak, jak już pisałam na samym początku, myśleliście, że to Piper lub Evan. No to chyba was zaskoczyłyśmy ;)
(spam rozdziałowy trwa dalej)
Idziemy pisać kolejny, cnie, Anabef?
Spadaj.
Uznam to za "tak". Okej, no to do napisania! =D
~C.
Płomienie. Chłopak o blond włosach. Benzyna. Zapałki.
Jedno jedyne okno. Jedno wyjście. Piper.
Budzę się i znowu oślepia mnie widok przeraźliwie białych ścian. O nie, tylko nie to.
Znowu.
Obok siebie widzę Vanessę siedzącą na krześle, wszystkich Lynchów, Ratliff'a, Piper i Evan'a. Z taką różnicą, że Piper leżała na łóżku obok. Patrzyłam na nich i nic nie mówiłam. Nie miałam siły otworzyć ust.
- Laura? - usłyszałam głos Vanessy, ale nawet na nią nie spojrzałam. Patrzyłam w jakiś punkt przed siebie i podkurczyłam nogi. Owinęłam ręce wokół kolan i siedziałam cicho.
- Lau? W porządku? - zaniepokoiła się Delly i usiadła obok mnie na łóżku. Na nią też nie spojrzałam. Nie chciałam tu nikogo. Wszyscy zaczęli coś do mnie mówić, ale ja nie potrafiłam się skupić. A może po prostu nie chciałam?
Tak czy inaczej, nie docierało do mnie żadne ich słowo. W pewnym momencie dotarł do mnie krzyk "LAURA!" i odwróciłam się. Nie wiem, czyj to był głos, ale pierwsze, co zauważyłam, to ciemne włosy Evan'a. Były całe potargane, jakby dopiero wstał z łóżka. Wtedy spojrzałam na zegar - 2:17. No to się nie dziwię. Najwyraźniej wszyscy się niedawno obudzili, żeby przyjechać do szpitala.
- Co się z tobą dzieje? - spytała przerażona Van. Pokręciłam lekko głową na znak, że nie wiem. Patrzyła na mnie przez dłuższy czas. - Spójrz na mnie.
Nie spojrzałam. Nie wiedziałam, czemu. Po prostu tego nie zrobiłam.
- Laura. Spójrz na mnie. Proszę.
Mój wzrok utkwił w małej szklance stojącej przede mną.
- Laura.
Woda. Jaka ona ciekawa.
- Proszę.
Nie.
Zaczęłam płakać. Tak przeraźliwie, że zdecydowali się wezwać pielęgniarkę. Przez łzy nie widziałam kompletnie nic. I nic nie słyszałam. Tylko łkanie, które samo w sobie zbiera człowieka na płacz. Aaa, no tak. Przecież to ja płaczę.
Kiedy przyszła pielęgniarka, przestałam płakać, żeby usłyszeć, co mówi.
- To normalne - mówiła cicho do Vanessy.
- Wiem, przecież studiuję medycynę. Ale z tym trzeba coś zrobić. Wezwij, proszę, psychologa - poprosiła, a ja opadłam ciężko na łóżko.
- Lau, co się stało? - spytał Evan podchodząc bliżej.
- Nic... Nic... Nic... - zaczęłam powtarzać patrząc na tak białe prześcieradło, że zaczęły mnie boleć oczy.
Kątem oka zauważyłam, że wszyscy przyglądali mi się bardzo uważnie przerażeni. Nim zdążyli cokolwiek powiedzieć, do sali weszła jakaś kobieta z Vanessą.
- Nie odzywa się do nas odkąd się obudziła. Kiedy prosiłam, żeby na mnie spojrzała, nagle się rozpłakała i nie potrafiła opanować. Nie patrzyła na nas - mówiła z niepokojem. - Czy to jest to, o czym myślę...? - dodała ze strachem.
- Nie wiem. Musiałabym ją przebadać - odpowiedziała jej kobieta. Co? Przebadać kogo? A, mnie. Nie zgadzam się.
Usiadła obok mnie.
- Laura? - zaczęła. Nie miałam zamiaru na nią patrzeć. Nie dam jej tej satysfakcji. - Jestem psychologiem. Chciałabym dociec, co jest. Co się stało?
Wciąż nie odpowiadałam. Równie dobrze mogłam jej odpowiedzieć: "wszystko".
- Hm... W takim razie... Co cię boli? Możesz mi powiedzieć.
A może jej powiem? Ale najpierw... Co mnie boli?
- Rzeczywistość - powiedziałam cicho patrząc przed siebie.
- Dlaczego? - spytała.
- To wszystko... boli - szepnęłam i uznałam, że to wszystko, co mogę jej powiedzieć. Nie będę się zwierzała jakiejś nieznanej mi babie.
- Co cię boli? - dociekała, ale ja schowałam głowę w poduszkę, która była przyjemnie chłodna. Nawet nie zauważyłam, że całe ręce miałam zabandażowane.
Wszystko wydawało mi się być takie ponure i przygnębiające, że nie umiałam się skupić na jednej myśli. Chcę po prostu stąd wyjść. Z tej jasnej sali, z tego durnego szpitala. Drugi raz w ciągu 7 dni?
- Laura? Jesteś w stanie rozmawiać?
Pokręciłam głową i znów wybuchłam płaczem. Usłyszałam kroki. Chyba ta baba wychodziła. Znowu chciałam usłyszeć, o czym rozmawiała z Vanessą, ale słyszałam tylko niezrozumiały bełkot.
*NARRATOR*
- Mogłabym was wszystkich prosić na słówko? - spytała Vanessa, a w tle słychać było przeraźliwy płacz jej młodszej siostry. Pozostali skierowali się w stronę wyjścia razem z Nessą, a kiedy byli już na korytarzu, dziewczyna zaczęła:
- Laura najprawdopodobniej ma depresję - oświadczyła smutna.
- Jak to? - spytała Rydel niedowierzająco. - Tak nagle?
- Depresja pourazowa.
- Cholera... - powiedział Ellington. - Jak możemy pomóc?
- Nie mam pojęcia... - westchnęła Vanessa. - Musicie spędzać z nią jak najwięcej czasu, o ile będzie chciała wyjść z domu. Możemy jakoś "odpędzić" tę chorobę, jeśli zrobimy to szybko. Jeśli nam się nie uda... Trochę pocierpi. Zawsze się może to skończyć... o wiele gorzej. Musimy przypominać jej wszystkie szczęśliwe momenty, w których brała udział. Postaram się przywozić ją do was tak często, jak tylko będę mogła.
Ross wyglądał na ogromnie przybitego. Vanessa spojrzała na niego znacząco, a on od razu zrozumiał. Ma z Laurą po prostu nie rozmawiać, bo zdołuje ją jeszcze bardziej. Wszystkie szczęśliwe chwile, w których brali udział tylko w dwójkę, już nie wrócą.
Wszyscy wrócili z powrotem do sali i zauważyli, że Piper zaczyna się budzić. Stanęli między jej łóżkiem a Laury.
- C-co się stało? - spytała Piper zdezorientowana. - Jestem w szpitalu?
- Tak - odpowiedział jej Riker, a ona westchnęła.
- Był pożar, porządnie się podtrułaś - wyjaśnił jej Rocky.
- I oparzyłaś - dodała Van, a Ross jako jedyny stał cicho. Co chwilę spoglądał na Laurę, która chyba spała.
- Aaaa... No tak, pamiętam - powiedziała słabo Piper.
- Mogłabyś nam powiedzieć, co się stało? - spytała Nessa. - Laura nie jest w stanie.
- Jak to "nie jest w stanie"? - zainteresowała się dziewczyna i kaszlnęła.
- Ona... Ee... Obudziła się i nic nie mówiła, co chwilę wybuchała płaczem. Prawdopodobnie ma depresję - powiedziała smutno brunetka.
- Uh... Niedobrze - spojrzała na Laurę leżącą na łóżku obok. - Pomożemy jej, prawda? - spytała z nadzieją.
- Oczywiście.
- Wracając do tematu, po prostu siedziałyśmy u niej w pokoju, kiedy nagle poczułyśmy zapach dymu. Wyszłam z pokoju i zobaczyłam, że wszystko stoi w płomieniach. Z Laurą próbowałyśmy to jakoś powstrzymać, ale się nie dało. Zadzwoniła po straż, a my szukałyśmy wyjścia. W pewnym momencie znalazłam okno, które było otwarte podczas, gdy żadnych pozostałych nie dało się otworzyć - opowiadała. - Obiecałam jej, że po nią wrócę, jeśli znajdę wyjście, a ona poszła wziąć jakieś potrzebne jej rzeczy. Zaczęłam jej szukać i biegałam po całym domu zastanawiając się, gdzie może być, i ją zauważyłam, jak już chciała przechodzić obok płomieni. Poprosiła mnie, żebym w razie czego wzięła jej te rzeczy. Pomogłam jej się przedostać na dwór i zorientowałam się, że wypadło jej to, co wzięła. Wróciłam się tam i włożyłam do kieszeni. Okazało się, że to były jakieś kartki. Jak do niej wróciłam, to obie już byłyśmy nieprzytomne, a straż przyjechała i nas wzięli. No, to chyba cała historia.
- Wow... - zdziwił się Evan.
- Nie znam nawet twojego imienia - spojrzała na niego Piper.
- Evan.
- A ja Piper - i uścisnęli ręce.
- To nie wygląda na przypadek. Widziałaś tego kogoś? Tego, kto próbował was podpalić? - spytał Ryland, a Piper skupiła się.
- Hmmm... - myślała. - Przez krótką chwilę. Jak już wychodziłyśmy. Pamiętam tylko, że miał blond włosy, był trochę wyższy ode mnie. Ubrał się na czarno. Ale twarzy nie widziałam, był odwrócony tyłem. A później po prostu... zniknął - mówiła.
- Laura też go widziała? - spytał do tej pory milczący Ross.
- Nie mam pojęcia. Nie zdążyłam zapytać.
- Trzeba to zgłosić - odezwał się Riker, a Vanessa go przytuliła. - Natychmiast.
- Policja jest już zawiadomiona - powiedział Rocky. - Czekają nas kolejne przesłuchania...
- Ugh. Ten łysol jest wredny - narzekał Ell, a Ryd pacnęła go w głowę.
- Milszy od ciebie.
Ratliff pokazał jej język, co dziewczyna odwzajemniła.
- I tak cię kocham za Mac&Cheese - zaśmiał się, a na jej policzkach pojawiły się rumieńce.
- Na takie wyznania będzie czas w domu - pouczyła ich Van. - Piper?
- Mhm?
- A masz gdzieś może te kartki, o których mówiła Laura?
- Nie wiem. Może są gdzieś tu - i zaczęła grzebać w szafce nocnej. Po krótkiej chwili je znalazła i podała brunetce.
- Hmmm... - zaczęła czytać ich treści. - To jest podanie na studia i wszystkie ważne dokumenty. Trzeba przechować, fakt. A to? - W dłoni trzymała małą kartkę. Ross na nią spojrzał i kiedy się zorientował, co to za kartka, wyrwał jej ją z dłoni. - Ross? - zdenerwowała się Nessa. - Co to?
- Nic ważnego.
- Daj. Nie będę przecież czytała na głos.
- Nie.
- Ross, oddaj. - I oddał, bo nie chciał kłótni. Van zaczęła ją czytać i łzy napłynęły jej do oczu. Kiedy skończyła, oddała ją Ross'owi. - Tym razem nie udało ci się jej ochronić - szepnęła do jego ucha, a on nie wiedział, co jej odpowiedzieć.
*
Dwie godziny później spali już wszyscy oprócz Ross'a i Vanessy, którzy cierpliwie czekali, aż Lau się obudzi.
- Ross? - odezwała się nagle Van.
- Tak?
- Wiesz może, czemu Laura tak szybko wróciła do domu?
Blondyn westchnął ciężko. Bardzo dobrze wiedział.
- Zaczęliśmy rozmawiać, kiedy zostaliśmy sami. No i ona tego nie wytrzymała. Wyszła.
Vanessa chwilę się zastanawiała, aż w końcu ją oświeciło. Blond chłopak w jej domu?
- Gdzie byłeś po tym, jak Laura wyszła? Do końca dnia cię już nie widziałam.
- Byłem w swoim pokoju. Czemu pytasz? - spojrzał na nią i... - Vanessa? Czy ty myślisz, że... że to mogłem być... ja? - spytał tak zdziwiony, że nie potrafił powiedzieć nic więcej na chwilę obecną.
- A kto inny mógłby to zrobić? Ty i Riker jesteście jedynymi facetami o blond włosach, którzy wiedzieli, że Lau przeżyła poprzedni "zamach". A Riker był wtedy ze mną, a ciebie nigdzie nie było. Co, może oskarżysz Rydel? W końcu też blondynka.
- Wiesz co?! - zbulwersował się blondyn. - Ja bym jej NIGDY czegoś takiego nie zrobił!
- Kto wie...
- Ja możesz w ogóle mnie oskarżać o coś takiego?! Przecież dobrze wiesz, co do niej czuję! I co było w liście!
- Może tak cię wkurzyło to, że nie chciała ci wybaczyć, że próbowałeś ją zabić. Wszystko by się zgadzało...
- Ja... Ja... Ja nie mógł bym... - jąkał się blondyn, po czym ukrył twarz w dłoniach. - Skończ mnie oskarżać!
- Co... C-co się dzieje? - pisnęła Laura. Blondyn podniósł głowę i zobaczył błyszczące w jej oczach łzy.
- Lau... - jęknął.
- Ross? Co się dzieje? - dopytywała się.
- Laura? Mogę cię o coś zapytać? - szepnęła Van, a młodsza Marano pokiwała głową. - Widziałaś może tego, kto próbował was... Podpalić?
Płomienie. Więcej płomieni.
Chłopak. Blondyn. Zapałki. Jeszcze więcej płomieni.
- Chyba... Chyba był blondynem... - szepnęła zdezorientowana brunetka, a Ness spojrzała znacząco na Rossa.
- Możesz skończyć?! - wrzasnął blondyn.
- O co chodzi? - zdziwiła się Laura.
- Twoja siostra myśli, że to mogłem być ja. - warknął i posłał starszej wkurzone spojrzenie.
- A... A... A mogłeś? - przerażona brunetka wcisnęła się w poduszkę. Jej towarzysze przerwali bitwę na wzrok.
- Co...? Ty też? - szepnął załamany blondyn.
- O co ci chodzi?
- O nic. Chociaż wiesz co? Może jednak o to, że obie oskarżacie mnie o coś, czego nie zrobiłem?! Nie zrobiłem i nie mógłbym zrobić?! - całkiem stracił nad sobą panowanie.
- Nie krzycz idioto! - wrzasnęła Van. - Jesteś w szpitalu! Wszystkich pobudzisz!
- Co się dziejeeee? - spytał zaspany Ratliff.
- Nic. Śpijcie dalej. - odpowiedziała Vanessa, a Lynchowie (i Ratliff z Evanem) posłusznie wykonali polecenie. Ross powstrzymywał trzęsące się dłonie. Wstał, złapał się za głowę i zaczął chodzić po sali.
- Ja. Nic. Nie. Zrobiłem... - mruczał pod nosem. - Nie mógłbym... Ja... Ja nie mógłbym... - usiadł na parapecie i zaczął się kiwać do przodu i do tyłu. - Nie... - Laura miała wrażenie, że blondyn się rozpłakał, chociaż nie słyszała szlochu. No tak, on mógł płakać cicho (w odróżnieniu od niej samej).
- Ross? - spytała Laura - Nie jestem psychologiem, ani lekarzem, ale to co robisz to objawy choroby sierocej? - nie zareagował. - Rooooss?
- Wszyscy mają mnie w dupie... Obwiniają mnie... Ja mam tego dość... Ostatnio wszyscy razem coś robiliśmy... Hmm... A no tak, wtedy podczas słynnego Omletowego Śniadania Poparzonej Ręki. - wyżalał się, a Laurze przypomniał się ten poranek. A co się stało przed śniadaniem?
- Chętnie bym wstała i cię przytuliła, ale nie mogę wstawać z łóżka.
- Laura... - syknęła Vanessa.
- No co? - zdziwiła się młodsza.
- Jajco.
Ross wpatrywał się w brunetkę z zaciekawieniem i bólem. On też pamiętał, co się stało przed tym śniadaniem.
- Mam tam podejść, czy coś? - spytał nagle.
- Jak ci się chce... - odpowiedziała mu Laura i uśmiechnęła się szeroko.
- Jeśli się nie obrazicie, to pójdę spać. - poinformowała ich Van.
- Tak, tak... Idź się zdrzemnij... Rano masz robotę... Dobranoc. - spławiła ją Laura, a czerwona z wściekłości Vanessa położyła się obok Rikera.
Ross w tym czasie zeskoczył z parapetu i powoli podszedł do jej łóżka. Usiadł na nim, a Laura wyciągnęła w jego stronę zabandażowaną rękę.
- Lau nie...
- Siedź cicho. - mruknęła i złapała jego dłoń, po czym padła na poduszki i westchnęła.
- Wszystko okay? - spytał troskliwie.
- Taak, jest okay. - odpowiedziała.
- Może... Nie wiem...
- Wysłów się człowieku!
- Spadaj. - odpowiedział, po czym oboje się zaśmiali.
- Mam już tego dość. - jęknęła.
- Czego?
- Wszystkiego. Najpierw ktoś chce mnie pociąć, teraz chce podpalić mój dom... Boję się. Nie wiem, co robić... Pomóż mi... Proszę... - mówiąc to mocniej ściskała jego rękę.
- Nie wiem, jak... - odpowiedział jej.
- To się zastanów... - odpowiedziała i złapała się za głowę - Auć...
- Co jest? - spytał zestresowany.
- Nic tylko... Czasem mnie tak głowa boli... - jęknęła. - Ty... Czemu nie mógłbyś tego zrobić?
- Nie wiesz? - zdziwił się. - Sam ci mówiłem, że jedyne czego chcę, to cię chronić. Chcę, żebyś była bezpieczna. Więc pomyśl, mógłbym podpalić twój dom?
- Nie...?
- No właśnie. Wiem, tym razem mnie nie było, tym razem nie mogłem cię ocalić... Przepraszam... - załamał się i ponownie ukrył twarz w dłoniach.
- Hej. Uspokój się. Nie masz za co przepraszać. Nie musisz być zawsze w pobliżu, prawda?
- No tak, ale...
- Wiem, że obiecałeś sobie co obiecałeś, ale zobacz. Żyję. Żyję i pewnie wkrótce mnie wypuszczą.
- I znów będą nas przesłuchiwać... - dodał.
- O nie... Tylko tego mi brakowało. - jęknęła. - Bandy policjantów zakłócających mój spokój. Może jak przyjdą będę udawać, że śpię... Może wtedy zostawią mnie w spokoju.
- Laura, nie możesz tak...
- Nie mów mi, co mogę, a czego nie mogę! - wkurzyła się. - Mam prawo do robienia, co mi się podoba, więc mogę!
- Laura, uspokój się...
- Nie!
- Laura, proszę! - złapał ją za ręce. - Uspokój się. Oddychaj. tak?
- Ja nie rodzę.
- Mam to gdzieś, masz oddychać.
- To robi każdy normalny człowiek.
- Ale nasza banda nie jest normalna.
- Masz rację! - krzyknęła i się zaśmiała. - Jesteśmy najzabawniejszą paczką w całych Stanach! Nikt nam nie dorówna!
- Jeśli tak uważasz... - mruknął.
- Ross? - spytała.
- Tak? - spojrzał jej w oczy. Odwróciła wzrok. - Przepraszam...
- Za dużo przepraszasz. Nie powinieneś.
- Moja wina, że jestem kompletnym idiotą i wszystko chrzanię?
- Nie wiem... Ale nie nazywaj siebie idiotą.
- Jestem idiotą, jestem idiotą, jestem idiotą...
- Musisz mnie wkurzyć, prawda?
- Przepraszam.
- Ughydubusb! - jęknęła i zakryła głowę poduszką.
- Ahahaha... - przysunął się bliżej i zdjął z niej poduszkę. - kuku.
- Spadaj ode mnie. - zaśmiała się. Uśmiechnął się i zniżył trochę głowę. - Chcesz żebym koniecznie zobaczyła twoje oczy? Jak chcesz, to ja ci pokażę moje. - chwyciła go za szyję i przyciągnęła do siebie tak, żeby dobrze widział jej wkurzone spojrzenie.
- Mam się bać, czy coś? - spytał rozbawionym głosem.
- Nie. Masz iść spać. - odepchnęła go od siebie.
- I po co ta agresja? Wystarczyło lekko mnie odsunąć, a nie zrzucać z łóżka.
- Dobranoc. - syknęła i odwróciła się na bok.
- Przepraszam, ale wszystkie łóżka są zajęte. Czy mógłbym położyć się obok pani? A może na podłodze?
- Ugh. Kładź się. Ale masz się odsunąć.
- Okay. Ale nie zabieraj całej kołdry.
- Masz już łóżko i poduszkę. Po co ci kołdra?
- Szczerze? Nawet poduszki nie mam. - zauważył.
- Za co? - brunetka skierowała spojrzenie na sufit.
- Też chciałbym to wiedzieć, ale obawiam się, że lampa nie zna odpowiedzi.
- Załatw sobie poduszkę. Nie wiem, obudź Vanessę, żeby ci dała, albo zabierz Rocky'emu...
- A nie możesz się po prostu podzielić?
- Nie! Moja poduszka!
- Dobra, śpię bez niej. - stwierdził. - Dobranoc.
- Dobranoc...? - szepnęła. Położyła się, ale nie umiała zasnąć. Dopiero się przecież obudziła. Nie chciało się jej spać, a nie miała z kim pogadać. Zaczęła więc wpatrywać się w swoich przyjaciół. Rocky chrapał sobie na swoim łóżku. Rydel spała wtulona w Ell'a, który ssał kciuk. Riker tuli Vanessę, a ona poduszkę. Ryland zwisał głową w dół z łóżka, które dzielił z Evanem, bo ten rozwalił się na nim jak to miał w zwyczaju. Piper leżała sobie spokojnie. A Ross... Leżał obok mnie i cicho pochrapywał. Nie wiedziałam, co robić. Zauważyłam, że z kieszeni blondyna wystaje jego telefon i podpięte do niego słuchawki. Wyciągnęłam go i założyłam słuchawki. Odblokowałam telefon i weszłam w odtwarzacz muzyki. Połowy piosenek nie znałam, ale włączyłam jakąś losową i zaczęłam słuchać. Przesłuchałam trzy czwarte jego playlisty, kiedy trafiłam na "I'm Yours". Uśmiechnęłam się, bo przypomniało mi się jak mi to zaśpiewał. Spojrzałam na niego. Jakiś czas temu musiał odwrócić się na drugi bok, bo teraz leżał twarzą w moją stronę. Uśmiechnęłam się na widok jego miny. Z zamkniętymi oczami i lekko otwartymi ustami wyglądał rozczulająco. Poprawiłam mu grzywkę, a on zmarszczył nos. Zachichotałam. Nie umiałam się powstrzymać. Przysunęłam się do niego i przytuliłam. Chyba się przebudził, bo również mnie przytulił. Uśmiechnęłam się lekko i mocniej się w niego wtuliłam.
Po jakimś czasie zasnęłam.
________________________________________
I wreszcie melduje się Annabeth! :D
Połowę napisała Clarisse, drugą ja...
Jak wam się podoba?
~A
A teraz melduję się ja hehe XD
Tak czy siak, jak już pisałam na samym początku, myśleliście, że to Piper lub Evan. No to chyba was zaskoczyłyśmy ;)
(spam rozdziałowy trwa dalej)
Idziemy pisać kolejny, cnie, Anabef?
Spadaj.
Uznam to za "tak". Okej, no to do napisania! =D
~C.
wtorek, 5 sierpnia 2014
Rozdział triple Tobias (12): "It's hard letting go, I'm finally at peace but it feels wrong"
Budzę się z płaczem i wydaję z siebie zduszony krzyk. Dzięki
Bogu to był tylko zły sen. Szkoda, że ostatnio takie sny zdarzają mi się
często. Za często.
Płaczę jak wariatka i nie umiem przestać. Nagle do pokoju
wbiega zaspana Vanessa.
- Laura?!
Było tak ciemno, że praktycznie nic nie było widać. Nessa
znalazła mnie kierując się odgłosem mojego płaczu. Usiadła obok mnie i
przyciągnęła do siebie pozwalając mi się wypłakać.
- Co się dzieje… Ćśśśś… Nie płacz, kochanie… - Vanessa
starała się mnie uspokoić i wtedy miałam wrażenie, że zmieniła się w Ross’a –
jej ręce oplatały mnie tak, jak jeszcze wczoraj robił to on.
- Miałam zły sen – powiedziałam przez łzy i jej go
opowiedziałam z małymi przerwami na płacz. Patrzyła na mnie zdumiona, ale
rozumiała.
- Ross się zabił… Z twojego powodu, tak?
Kiwnęłam głową.
- A wiesz, co się stało wczoraj po lunchu? – spytałam, ale
znałam już odpowiedź. – Wybiegłam z Subway’a, a on pobiegł za mną. Tak
strasznie padało, że nie zauważyłam jadącego samochodu. Ross w ostatniej chwili
mnie odepchnął, oboje upadliśmy na ziemię. Znowu ja na nim, a on w błocie –
zaśmiałam się nerwowo, co wywołało jeszcze większy napad płaczu. - Wtedy mnie
przytulił, a ja odwzajemniłam uścisk. Leżeliśmy tak, a potem wstaliśmy. Już się
miałam z nim żegnać, kiedy mnie pocałował, a ja znowu to odwzajemniłam. A to
się nie powinno stać! – krzyknęłam łkając, a ona przytuliła mnie jeszcze
bardziej.
- Może i powinno… - zaczęła. – Kochacie się i najwidoczniej
oboje tego chcieliście. Gdybyś go nie lubiła, to pewnie nie odwzajemniłabyś
pocałunku. Laura – spojrzała na mnie. – Jeśli go kochasz, powiedz mu.
- I mam mu robić nadzieję? Mimo tego, że sama nie jestem
pewna, czy będę w stanie mu wybaczyć?
- On już nie ma nadziei, Laura. Nie wiem, co jest w stanie
zrobić sobie samemu, bo czasem Ross jest odrobinę… Nie da się nad nim
zapanować. To chyba odpowiednie określenie. A Laura, on cię kocha, nie
widziałaś, jak był zazdrosny, kiedy ty spędzałaś czas z Evan’em zamiast
siedzieć z nim i rozmawiać na wasze ulubione tematy? Ja widziałam. Był
zazdrosny jak cholera, chociaż starał się tego nie pokazywać. Jemu na tobie
zależy, ale jest jedna rzecz, co do której mam wątpliwości.
- Mhm? – mruknęłam.
- Czy on aby na pewno żałuje tego, co zrobił.
Przyznałam jej rację. Tak strasznie chciałabym mu dać drugą
szansę… Bo przecież każdy na nią zasługuje, prawda?
A no właśnie nie jestem tego pewna, czy Ross też zalicza się
do tych osób. Wymaga to trochę czasu, nawet nie wiem, ile. Może kilka dni, może
kilka lat.
- Laura, pamiętaj, Riker organizuje dzisiaj obiad. Chcesz
przyjść czy zostać w domu?
- Oczywiście, że przyjdę. Dlaczego miałabym siedzieć we
własnym pokoju? Podczas obiadu pewnie o wszystkim zapomnę.
Nieprawda. Wcale o niczym nie zapomnę. Jego obecność jeszcze
bardziej będzie mi o wszystkim przypominać.
Stoję z Vanessą przed drzwiami domu Lynchów i czekamy, aż
ktoś nam otworzy. Po chwili zjawia się Ellington z bananem na twarzy.
- LAURA! CAŁA I ZDROWA! – Cieszy się na mój widok i tak mocno
ściska, że trochę brakuje mi powietrza. Nagle zbiega się cała rodzina, a na samym końcu... Ross. Staram się do nich uśmiechnąć, choćby lekko, ale i tak wychodzi mi jakiś koślawy grymas.
Ściągam kurtkę, a za mną nagle pojawia się Ross i ją przejmuje. Po chwili wiesza ją na wieszaku, a mi przypomina się sytuacja sprzed paru tygodni, kiedy zrobił to samo. Zaczyna mi się chcieć płakać, ale powstrzymuję łzy myślą, że to zwykły przypadek.
Siadamy do stołu, tym razem nie siedzę obok Ross'a, tylko naprzeciw niego.
- Jak się czujesz? - spytała Rydel znowu chodząc w fartuszku z My Little Pony. Chwyciła jakiś garnek i postawiła tuż przede mną. Bigos.
- Zależy. Fizycznie dobrze, ale psychicznie... nie najlepiej.
- Co się stało? - Rydel spojrzała na mnie zatroskana i z trudem zdecydowałam się na kłamstwo obdarzając najpierw Ross'a krótkim, przelotnym spojrzeniem.
- Aaaaa wiesz... No chodzi o to, że trochę się martwię, bo ktoś mnie właśnie próbował zabić - wyjaśniłam, jakby to było oczywiste, chociaż to nie był prawdziwy powód, dla którego jest mi smutno.
- No w sumie... racja - przyznała Delly i zabrała się za kolejne garnki i patelnie.
- Ja będę twoim superbohaterem - powiedział Rocky pokazując muskuły. Zaśmiałam się. - Będę cię chronić.
Ostatnie zdanie już mnie tak nie rozbawiło. Miałam w kieszeni list od Ross'a, a w głowie jego słowa. Że chce mnie chronić. Czułam, że blondyn uważnie mi się przygląda, ale nie chciałam odwzajemnić jego spojrzenia.
- A Ryland będzie moim pomocnikiem - dodał, a młodszy zaczął protestować.
- Cooooo?! Jak to?! TYLKO POMOCNIK? NIEEE! Ja jestem SUPER RYRY! - Nagle wstał i zaczął pozować jak modelka/superbohater.
- Hahahaha - zaśmiał się Ellington. - Chyba sobie żartujecie. SuperEll uratuje świat! Uratuje Laurę i wasze - wskazał na wszystkich pozostałych - tyłki!
Zaczęła się "kłótnia", a ja chichotałam. Razem z Ross'em byliśmy jedynymi osobami, które nie brały w niej udziału.
- Mój tyłek zostaw w spokoju... - mruknął Ross, lecz tylko ja to usłyszałam. Mimowolnie się zaśmiałam, a wtedy chłopak spojrzał na mnie i delikatnie się uśmiechnął. Szybko odwróciłam wzrok, a po jakichś dwóch minutach wszyscy się uspokoili i usiedli z powrotem przy stole.
- Tak więc... Smacznego! Jemy, ile wlezie, bo nie chcę mieć potem w lodówce resztek! - powiedziała Rydel, ale Rocky i Ellington ją uspokoili.
- Spokojnie, o to się nie martw - i mrugnęli do niej. Delly przewróciła oczami i chwyciła garnek Mac&Cheese.
- Hej, hola hola! Ja pierwszy! - zbuntował się Rocky.
- Chyba raczej "Ellington pierwszy" - poprawił go Ratliff i znowu zaczęła się między nimi dyskusja, więc Rydel po prostu nałożyła sobie porcję makaronu z serem, a bruneci nawet tego nie zauważyli.
Wyciągnęłam rękę, aby chwycić łyżkę bigosu, ale w tym samym momencie robi to Ross. Przez chwilę znów mam problemy z oddychaniem, bo nasze ręce po raz kolejny się spotkały. Ile razy to się jeszcze zdarzy? Za każdym razem, gdy będzie taki "rodzinny" obiad? Nie wytrzymałabym.
Powstrzymałam się od tego, żeby wstać od stołu i zamiast tego spojrzałam na osobę siedzącą przede mną. Nie był uśmiechnięty, wyglądał na smutnego. Pozwolił mi sobie nałożyć jako pierwsza, co było jeszcze gorsze... Mimo to nałożyłam sobie trochę bigosu i jadłam starając się nie myśleć o tym, co się przed chwilą stało, chociaż strasznie się trzęsłam.
- Laura, w porządku? - spytała nieco zaniepokojona Vanessa, która zauważyła moje trzęsące się ręce i nagle uwaga wszystkich skupiła się na nas.
- Tak, po prostu wiesz, to przez ten pobyt w szpitalu - skłamałam.
- Jakbyś gorzej się czuła, to mów - poprosiła, a ja kiwnęłam głową.
Cały posiłek zjedliśmy w spokoju. No... niezupełnie. Było dużo śmiechu i chichotu, a mi było przykro, że nie mogłam do tego wszystkiego dołączyć. Zawsze po wspólnych obiadach zostajemy jeszcze na dłużej albo nawet nocujemy. Ale to nocowanie zawsze wychodzi spontanicznie, dlatego wszystko się jeszcze okaże. Siedziałam właśnie na kanapie w salonie z Rydel i Riker'em rozmawiając o wszystkim, kiedy nagle zjawiła się Vanessa wrzeszcząc:
- LUDZIE! IMAGINE DRAGONS DODALI NOWY TELEDYSK! - i Rydel z Riker'em zerwali się z miejsc. Ja nie, bo nie byłam fanką. Postanowiłam na nich chwilkę poczekać, podczas gdy oni siedzieli na samej górze, kiedy usłyszałam za sobą kroki. Kiedy się odwróciłam, ta osoba zaczęła:
- Chciałbym odpowiedzieć Ci na twoje wczorajsze pytanie.
Był jeszcze smutniejszy niż wczoraj po całym zajściu z pocałunkiem, ale usiadł obok mnie starając się wyglądać na w miarę ogarniętego i spokojnego. Nic mu nie odpowiedziałam, po prostu na niego patrzyłam.
- Co się z nami stało? Powiem ci - zaczął, a ja słuchałam. - Zaczęło się ode mnie i od Piper. Zacząłem się z nią umawiać, bo naprawdę ją polubiłem. Nie pokochałem. Nawet nie zdążyłem, bo poznałem ciebie - wskazał na mnie palcem. - Ale jak tylko z tobą zacząłem rozmawiać, wiedziałem, że z tobą będzie inaczej. Po jakimś czasie cię pokochałem, coś między nami zaiskrzyło, a potem bum!, spieprzyłem.
Nie wyglądał tak, jakby miał to wszystko gdzieś. Wyglądał, jakby strasznie się tym wszystkim przejmował.
- Odpowiadając na twoje pytanie: ty uważasz, że już nie ma "nas". Ale ja dalej w to wierzę. Wierzę, że nam się kiedyś uda. Jest kilka rzeczy, które chciałbym ci powiedzieć. Tego dnia, kiedy wyszedłem z Piper na miasto, zerwałem z nią. Nie powiedziałem jej o tobie, bo bałem się, że cię znienawidzi.
Zaczęłam zastanawiać się nad tym, co właśnie mi powiedział. Chwila... Przecież Piper mówiła mi, że Ross jej o wszystkim powiedział... Więc któreś z nich mnie okłamało... Komu wierzyć?
- Kłamiesz. - powiedziałam do niego nie zmieniając wyrazu twarzy.
- Nie, nie kłamię. Dlaczego miałbym to robić? - spytał nieco zdezorientowany.
- Bo jesteś w tym dobry. Już kilka razy to robiłeś - odpowiedziałam lekceważąco, chociaż ten temat był dla mnie bardzo ciężki.
- Laura... Możemy o tym wszystkim zapomnieć?
- Zapomnieć? Haha. Zabawny jesteś - zaśmiałam się. - Powiedz to tym wszystkim przepłakanym przez ciebie nocom, powiedz to wszystkim moim ranom na duszy.
Spojrzałam mu prosto w oczy i prawie się ugięłam pod ciężarem jego wzroku. Patrzył na mnie w tak przygnębiający sposób, że zachciało mi się płakać.
- Ross, nie da się tak po prostu... zapomnieć. Rozumiem, uratowałeś mnie już kilka razy, za co ci bardzo dziękuję, ale... Nie da się zapomnieć.
- Ale da się wybaczyć - powiedział szybko z nadzieją.
- Jak na razie nie jestem na to gotowa.
- Laura... Proszę cię... Dobrze wiesz, co do ciebie czuję... A ja wiem, że nie jestem tobie obojętny.
I miał rację.
- Nie rób mi tego, błagam... Pomyśl nad tym chociaż... - jąkał się. - Wiem, że to trudne, bo zrobiłem ogromne świństwo, ale mi zależy. Jak na niczym innym. - Zauważyłam w jego oczach łzy, ale mówił dalej. - Mógłbym zrobić dla ciebie... wszystko. Wypiłbym nawet cały karton mleka - zaśmiał się nerwowo i jedna łza spłynęła po jego policzku.
- Ross, nie... Błagam cię, nie płacz. - prosiłam, bo nie chciałam do niego dołączyć.
- To powiedz coś... Cokolwiek. - Kolejna łza.
Westchnęłam ciężko i zastanawiałam się, co mu powiedzieć. Przecież nie chciałam mu robić nadziei. Łzy napłynęły mi do oczu.
- Ja... J-ja... - "też cię kocham" - to są słowa, które chciałam mu powiedzieć. Zamiast tego wstałam z miejsca. - Nie potrafię. Przepraszam.
Wzięłam szybko kurtkę z wieszaka i wyszłam z domu Lynchów, żeby wrócić do własnego.
Siedziałam na swoim łóżku i czekałam na Piper pisząc swoje podanie na studia. Nie trwało to długo, bo po niedługim czasie było już gotowe. Włożyłam je do koperty wraz z pozostałymi wymaganymi dokumentami i odłożyłam na stole w kuchni.
Zapatrzyłam się w małą kartkę leżącą na biurku. List od Ross'a. Nie chciałam go dłużej trzymać w kieszeni.
Spojrzałam na dywan i podłogę. Wciąż były tam plamy z krwi. Mojej własnej. Uznałam, że muszę sobie kupić nowy dywan, a krew spróbować wyszorować po raz kolejny.
Wtem zadzwonił dzwonek do drzwi. Błyskawicznie zbiegłam na dół i zastałam w drzwiach Piper. Przez jakiś czas z nią nie rozmawiałam, a nie chciałam przecież kończyć naszej przyjaźni.
- Cześć, kochanie! - przytuliła mnie mocno. - Jak się czujesz, Lau?
- Całkiem, całkiem. Wejdź do środka.
Po około pięciu minutach już siedziałyśmy u mnie w pokoju. Rozmawiałyśmy jak na przyjaciółki przystało. Omijałyśmy jednak jeden temat: faceci. Nie rozmawiałam z Piper od czasu, kiedy wylądowałam w szpitalu. Może to i dobrze. Obie nie chcemy do tego wracać.
Gadałyśmy jak najęte o różnych rzeczach typu zakupy, sukienki buty i biżuteria. Później obejrzałyśmy "Niezgodną", a ja starałam się nie myśleć o tym, że na drugiej części byłam z Rossem. Nie chciałam, żeby widziała jak płaczę. Po obejrzeniu całego filmu zaczęłyśmy... grać w Monopoly. Odkryłam, że jestem w tym dobra, bo po trzydziestu minutach została bez grosza. Następne dwie partyjki poszły mi równie dobrze.
- TY KŁAMCZYSZ! - wrzasnęła, kiedy wyznałam jej, że na jej karcie nie ma już ani grosza. - Ej no, faktycznie...
Później obejrzałyśmy kilka odcinków "Murder House'a". Aż PIĘĆ RAZY kazała mi przewijać do momentu w którym Tate wlecze Violet do wanny.
- Boże, nie przewinę więcej, bo mi się ta scena zbrzydnie!
- Mam to w dupie! Przewijaj! - więc przewinęłam. Później zrobiłyśmy sobie herbaty. Pijąc ją śmiałyśmy się z filmiku podesłanego mi przez Evana, na którym jego kot jak głupi biega po kanapie. W kółko.
Siedziałyśmy tak jeszcze chwilę, a później Piper wstała.
- Mogę zamknąć okno? Trochę mi chłodno - powiedziała, a ja kiwnęłam głową.
- No pewnie.
Zamknęła je i wróciłyśmy do rozmowy. Spytała mnie w międzyczasie o szklankę wody, a ja nagle poczułam jakiś smród.
- Co to? - spytałam.
- Ale co?
- Powąchaj. Czuję... - skupiłam się nieco bardziej - jakby coś się paliło.
- Hej... Masz rację - przyznała Piper. Wstała z miejsca, wyszła z pokoju i...
- Cholera... - powiedziała cicho przerażona.
- Co jest? - spytałam zaniepokojona. Podeszłam do niej, żeby zobaczyć, jak wszystko stoi w płomieniach. Zakryłam usta dłońmi.
Nic nie mówiąc pobiegłyśmy do łazienki po wiadra, które zapełniłyśmy wodą. Wróciłyśmy z powrotem do miejsca, gdzie byłyśmy jeszcze przed chwilą, ale ognia było jeszcze więcej. Nie mam pojęcia, kiedy to zdążyło się tak szybko przemieścić, ale robiłyśmy, co mogłyśmy, żeby jakoś powstrzymać płomienie. Było jednak tego za dużo...
- Dzwonię po straż - krzyknęłam nieco łamliwym głosem, a Piper kiwnęła głową wciąż napełniając i opróżniając wiadra. Wybrałam 911 i opowiedziałam wszystko, a potem rozłączyłam.
Nagle obie zaczęłyśmy się dusić. Kaszlałyśmy tak bardzo, że nie dało się wytrzymać. Postanowiłam jednak najpierw wziąć ze sobą dwie rzeczy, zanim zdecyduję się jakoś opuścić dom.
- Trzeba znaleźć wyjście! - wrzasnęła do mnie Piper. Podeszła do okna i próbowała je otworzyć. Na marne. Tak samo wyjście na balkon.
- Nie wybijesz - poinformowałam ją, kiedy nastawiła się z doniczką na okno. - Szyby są zrobione z plastiku i są bardzo grube. Poza tym, pożar by się rozprzestrzenił - powiedziałam jej myśląc, co jeszcze mogę zrobić.
- Idę poszukać wyjścia! Za niedługo wrócę! - i odbiegła. Nie wiem nawet, gdzie.
Zeszłam szybko po schodach na dół i wbiegłam do płonącej kuchni. Chwyciłam szybko moje podanie i wróciłam na górę wciąż kaszląc. Weszłam z powrotem do pokoju i podbiegłam do biurka. Wzięłam list od Ross'a i dusząc się jeszcze bardziej, próbowałam znaleźć Piper. Pobiegłam najpierw do łazienki. Tego okna też nie dało się otworzyć, więc pobiegłam do kolejnego pomieszczenia. Znowu nic...
A potem zbiegłam na sam dół. Widziałam lekko uchylone okno, które znajdowało się tak blisko płomieni, że wydawało się to niemal niemożliwe, żebym się tam dostała. Postanowiłam jednak spróbować. W momencie, kiedy już przechodziłam obok ognia, usłyszałam głos Piper:
- Szukałam cię, chciałam ci powiedzieć o tym oknie! - wrzasnęła, żebym dobrze ją usłyszała. Trochę mnie wystraszyła, co poskutkowało oparzeniem kawałka dłoni i prawie płonący list.
- Chodź, trzeba stąd wyjść! - odkrzyknęłam, a ta podbiegła do ognia i próbowała przejść z drugiej strony. Znowu się poparzyłam, ale nie obchodziło mnie to. Bardziej moją uwagę zwracało to, że czułam się tak słabo, jakbym zaraz miała zemdleć.
- Hej, hej, obudź się - powiedziała Piper i w tym momencie usłyszałam ryk syren. Straż pożarna.
- W końcu... - wydyszałam.
Kiedy w końcu znalazłam się po drugiej stronie ognia, czułam, że zaraz stracę przytomność.
- Piper... - mówiłam pomiędzy atakami kaszlu, które ona też miała. - Powiedz... Vanessie... Weź to jakby... mi wypadło - wskazałam słabą ręką na list i podanie. Kiwnęła głową. W końcu znalazła się obok mnie i próbowała wziąć na ręce. Tak czy siak, otworzyła okno i wydostała stamtąd nas obie, a ja zemdlałam nie potrafiąc pozbyć się jednej myśli...
Ktoś znowu próbował mnie zabić.
__________________
Witajcie kartofle!
Tak, znowu pisałam na koncie Annabeth.
Mamy do was pytanie: chcielibyście coś o nas wiedzieć? Czuję jakbym potrzebowała z wami większej więzi. :') Pytania możecie zadawać w komentarzach, obiecuję, że odpowiemy.
BTW, jak myślicie, kim jest morderca? Piszcie koniecznie swoje domysły!
~C.
Siadamy do stołu, tym razem nie siedzę obok Ross'a, tylko naprzeciw niego.
- Jak się czujesz? - spytała Rydel znowu chodząc w fartuszku z My Little Pony. Chwyciła jakiś garnek i postawiła tuż przede mną. Bigos.
- Zależy. Fizycznie dobrze, ale psychicznie... nie najlepiej.
- Co się stało? - Rydel spojrzała na mnie zatroskana i z trudem zdecydowałam się na kłamstwo obdarzając najpierw Ross'a krótkim, przelotnym spojrzeniem.
- Aaaaa wiesz... No chodzi o to, że trochę się martwię, bo ktoś mnie właśnie próbował zabić - wyjaśniłam, jakby to było oczywiste, chociaż to nie był prawdziwy powód, dla którego jest mi smutno.
- No w sumie... racja - przyznała Delly i zabrała się za kolejne garnki i patelnie.
- Ja będę twoim superbohaterem - powiedział Rocky pokazując muskuły. Zaśmiałam się. - Będę cię chronić.
Ostatnie zdanie już mnie tak nie rozbawiło. Miałam w kieszeni list od Ross'a, a w głowie jego słowa. Że chce mnie chronić. Czułam, że blondyn uważnie mi się przygląda, ale nie chciałam odwzajemnić jego spojrzenia.
- A Ryland będzie moim pomocnikiem - dodał, a młodszy zaczął protestować.
- Cooooo?! Jak to?! TYLKO POMOCNIK? NIEEE! Ja jestem SUPER RYRY! - Nagle wstał i zaczął pozować jak modelka/superbohater.
- Hahahaha - zaśmiał się Ellington. - Chyba sobie żartujecie. SuperEll uratuje świat! Uratuje Laurę i wasze - wskazał na wszystkich pozostałych - tyłki!
Zaczęła się "kłótnia", a ja chichotałam. Razem z Ross'em byliśmy jedynymi osobami, które nie brały w niej udziału.
- Mój tyłek zostaw w spokoju... - mruknął Ross, lecz tylko ja to usłyszałam. Mimowolnie się zaśmiałam, a wtedy chłopak spojrzał na mnie i delikatnie się uśmiechnął. Szybko odwróciłam wzrok, a po jakichś dwóch minutach wszyscy się uspokoili i usiedli z powrotem przy stole.
- Tak więc... Smacznego! Jemy, ile wlezie, bo nie chcę mieć potem w lodówce resztek! - powiedziała Rydel, ale Rocky i Ellington ją uspokoili.
- Spokojnie, o to się nie martw - i mrugnęli do niej. Delly przewróciła oczami i chwyciła garnek Mac&Cheese.
- Hej, hola hola! Ja pierwszy! - zbuntował się Rocky.
- Chyba raczej "Ellington pierwszy" - poprawił go Ratliff i znowu zaczęła się między nimi dyskusja, więc Rydel po prostu nałożyła sobie porcję makaronu z serem, a bruneci nawet tego nie zauważyli.
Wyciągnęłam rękę, aby chwycić łyżkę bigosu, ale w tym samym momencie robi to Ross. Przez chwilę znów mam problemy z oddychaniem, bo nasze ręce po raz kolejny się spotkały. Ile razy to się jeszcze zdarzy? Za każdym razem, gdy będzie taki "rodzinny" obiad? Nie wytrzymałabym.
Powstrzymałam się od tego, żeby wstać od stołu i zamiast tego spojrzałam na osobę siedzącą przede mną. Nie był uśmiechnięty, wyglądał na smutnego. Pozwolił mi sobie nałożyć jako pierwsza, co było jeszcze gorsze... Mimo to nałożyłam sobie trochę bigosu i jadłam starając się nie myśleć o tym, co się przed chwilą stało, chociaż strasznie się trzęsłam.
- Laura, w porządku? - spytała nieco zaniepokojona Vanessa, która zauważyła moje trzęsące się ręce i nagle uwaga wszystkich skupiła się na nas.
- Tak, po prostu wiesz, to przez ten pobyt w szpitalu - skłamałam.
- Jakbyś gorzej się czuła, to mów - poprosiła, a ja kiwnęłam głową.
Cały posiłek zjedliśmy w spokoju. No... niezupełnie. Było dużo śmiechu i chichotu, a mi było przykro, że nie mogłam do tego wszystkiego dołączyć. Zawsze po wspólnych obiadach zostajemy jeszcze na dłużej albo nawet nocujemy. Ale to nocowanie zawsze wychodzi spontanicznie, dlatego wszystko się jeszcze okaże. Siedziałam właśnie na kanapie w salonie z Rydel i Riker'em rozmawiając o wszystkim, kiedy nagle zjawiła się Vanessa wrzeszcząc:
- LUDZIE! IMAGINE DRAGONS DODALI NOWY TELEDYSK! - i Rydel z Riker'em zerwali się z miejsc. Ja nie, bo nie byłam fanką. Postanowiłam na nich chwilkę poczekać, podczas gdy oni siedzieli na samej górze, kiedy usłyszałam za sobą kroki. Kiedy się odwróciłam, ta osoba zaczęła:
- Chciałbym odpowiedzieć Ci na twoje wczorajsze pytanie.
Był jeszcze smutniejszy niż wczoraj po całym zajściu z pocałunkiem, ale usiadł obok mnie starając się wyglądać na w miarę ogarniętego i spokojnego. Nic mu nie odpowiedziałam, po prostu na niego patrzyłam.
- Co się z nami stało? Powiem ci - zaczął, a ja słuchałam. - Zaczęło się ode mnie i od Piper. Zacząłem się z nią umawiać, bo naprawdę ją polubiłem. Nie pokochałem. Nawet nie zdążyłem, bo poznałem ciebie - wskazał na mnie palcem. - Ale jak tylko z tobą zacząłem rozmawiać, wiedziałem, że z tobą będzie inaczej. Po jakimś czasie cię pokochałem, coś między nami zaiskrzyło, a potem bum!, spieprzyłem.
Nie wyglądał tak, jakby miał to wszystko gdzieś. Wyglądał, jakby strasznie się tym wszystkim przejmował.
- Odpowiadając na twoje pytanie: ty uważasz, że już nie ma "nas". Ale ja dalej w to wierzę. Wierzę, że nam się kiedyś uda. Jest kilka rzeczy, które chciałbym ci powiedzieć. Tego dnia, kiedy wyszedłem z Piper na miasto, zerwałem z nią. Nie powiedziałem jej o tobie, bo bałem się, że cię znienawidzi.
Zaczęłam zastanawiać się nad tym, co właśnie mi powiedział. Chwila... Przecież Piper mówiła mi, że Ross jej o wszystkim powiedział... Więc któreś z nich mnie okłamało... Komu wierzyć?
- Kłamiesz. - powiedziałam do niego nie zmieniając wyrazu twarzy.
- Nie, nie kłamię. Dlaczego miałbym to robić? - spytał nieco zdezorientowany.
- Bo jesteś w tym dobry. Już kilka razy to robiłeś - odpowiedziałam lekceważąco, chociaż ten temat był dla mnie bardzo ciężki.
- Laura... Możemy o tym wszystkim zapomnieć?
- Zapomnieć? Haha. Zabawny jesteś - zaśmiałam się. - Powiedz to tym wszystkim przepłakanym przez ciebie nocom, powiedz to wszystkim moim ranom na duszy.
Spojrzałam mu prosto w oczy i prawie się ugięłam pod ciężarem jego wzroku. Patrzył na mnie w tak przygnębiający sposób, że zachciało mi się płakać.
- Ross, nie da się tak po prostu... zapomnieć. Rozumiem, uratowałeś mnie już kilka razy, za co ci bardzo dziękuję, ale... Nie da się zapomnieć.
- Ale da się wybaczyć - powiedział szybko z nadzieją.
- Jak na razie nie jestem na to gotowa.
- Laura... Proszę cię... Dobrze wiesz, co do ciebie czuję... A ja wiem, że nie jestem tobie obojętny.
I miał rację.
- Nie rób mi tego, błagam... Pomyśl nad tym chociaż... - jąkał się. - Wiem, że to trudne, bo zrobiłem ogromne świństwo, ale mi zależy. Jak na niczym innym. - Zauważyłam w jego oczach łzy, ale mówił dalej. - Mógłbym zrobić dla ciebie... wszystko. Wypiłbym nawet cały karton mleka - zaśmiał się nerwowo i jedna łza spłynęła po jego policzku.
- Ross, nie... Błagam cię, nie płacz. - prosiłam, bo nie chciałam do niego dołączyć.
- To powiedz coś... Cokolwiek. - Kolejna łza.
Westchnęłam ciężko i zastanawiałam się, co mu powiedzieć. Przecież nie chciałam mu robić nadziei. Łzy napłynęły mi do oczu.
- Ja... J-ja... - "też cię kocham" - to są słowa, które chciałam mu powiedzieć. Zamiast tego wstałam z miejsca. - Nie potrafię. Przepraszam.
Wzięłam szybko kurtkę z wieszaka i wyszłam z domu Lynchów, żeby wrócić do własnego.
Siedziałam na swoim łóżku i czekałam na Piper pisząc swoje podanie na studia. Nie trwało to długo, bo po niedługim czasie było już gotowe. Włożyłam je do koperty wraz z pozostałymi wymaganymi dokumentami i odłożyłam na stole w kuchni.
Zapatrzyłam się w małą kartkę leżącą na biurku. List od Ross'a. Nie chciałam go dłużej trzymać w kieszeni.
Spojrzałam na dywan i podłogę. Wciąż były tam plamy z krwi. Mojej własnej. Uznałam, że muszę sobie kupić nowy dywan, a krew spróbować wyszorować po raz kolejny.
Wtem zadzwonił dzwonek do drzwi. Błyskawicznie zbiegłam na dół i zastałam w drzwiach Piper. Przez jakiś czas z nią nie rozmawiałam, a nie chciałam przecież kończyć naszej przyjaźni.
- Cześć, kochanie! - przytuliła mnie mocno. - Jak się czujesz, Lau?
- Całkiem, całkiem. Wejdź do środka.
Po około pięciu minutach już siedziałyśmy u mnie w pokoju. Rozmawiałyśmy jak na przyjaciółki przystało. Omijałyśmy jednak jeden temat: faceci. Nie rozmawiałam z Piper od czasu, kiedy wylądowałam w szpitalu. Może to i dobrze. Obie nie chcemy do tego wracać.
Gadałyśmy jak najęte o różnych rzeczach typu zakupy, sukienki buty i biżuteria. Później obejrzałyśmy "Niezgodną", a ja starałam się nie myśleć o tym, że na drugiej części byłam z Rossem. Nie chciałam, żeby widziała jak płaczę. Po obejrzeniu całego filmu zaczęłyśmy... grać w Monopoly. Odkryłam, że jestem w tym dobra, bo po trzydziestu minutach została bez grosza. Następne dwie partyjki poszły mi równie dobrze.
- TY KŁAMCZYSZ! - wrzasnęła, kiedy wyznałam jej, że na jej karcie nie ma już ani grosza. - Ej no, faktycznie...
Później obejrzałyśmy kilka odcinków "Murder House'a". Aż PIĘĆ RAZY kazała mi przewijać do momentu w którym Tate wlecze Violet do wanny.
- Boże, nie przewinę więcej, bo mi się ta scena zbrzydnie!
- Mam to w dupie! Przewijaj! - więc przewinęłam. Później zrobiłyśmy sobie herbaty. Pijąc ją śmiałyśmy się z filmiku podesłanego mi przez Evana, na którym jego kot jak głupi biega po kanapie. W kółko.
Siedziałyśmy tak jeszcze chwilę, a później Piper wstała.
- Mogę zamknąć okno? Trochę mi chłodno - powiedziała, a ja kiwnęłam głową.
- No pewnie.
Zamknęła je i wróciłyśmy do rozmowy. Spytała mnie w międzyczasie o szklankę wody, a ja nagle poczułam jakiś smród.
- Co to? - spytałam.
- Ale co?
- Powąchaj. Czuję... - skupiłam się nieco bardziej - jakby coś się paliło.
- Hej... Masz rację - przyznała Piper. Wstała z miejsca, wyszła z pokoju i...
- Cholera... - powiedziała cicho przerażona.
- Co jest? - spytałam zaniepokojona. Podeszłam do niej, żeby zobaczyć, jak wszystko stoi w płomieniach. Zakryłam usta dłońmi.
Nic nie mówiąc pobiegłyśmy do łazienki po wiadra, które zapełniłyśmy wodą. Wróciłyśmy z powrotem do miejsca, gdzie byłyśmy jeszcze przed chwilą, ale ognia było jeszcze więcej. Nie mam pojęcia, kiedy to zdążyło się tak szybko przemieścić, ale robiłyśmy, co mogłyśmy, żeby jakoś powstrzymać płomienie. Było jednak tego za dużo...
- Dzwonię po straż - krzyknęłam nieco łamliwym głosem, a Piper kiwnęła głową wciąż napełniając i opróżniając wiadra. Wybrałam 911 i opowiedziałam wszystko, a potem rozłączyłam.
Nagle obie zaczęłyśmy się dusić. Kaszlałyśmy tak bardzo, że nie dało się wytrzymać. Postanowiłam jednak najpierw wziąć ze sobą dwie rzeczy, zanim zdecyduję się jakoś opuścić dom.
- Trzeba znaleźć wyjście! - wrzasnęła do mnie Piper. Podeszła do okna i próbowała je otworzyć. Na marne. Tak samo wyjście na balkon.
- Nie wybijesz - poinformowałam ją, kiedy nastawiła się z doniczką na okno. - Szyby są zrobione z plastiku i są bardzo grube. Poza tym, pożar by się rozprzestrzenił - powiedziałam jej myśląc, co jeszcze mogę zrobić.
- Idę poszukać wyjścia! Za niedługo wrócę! - i odbiegła. Nie wiem nawet, gdzie.
Zeszłam szybko po schodach na dół i wbiegłam do płonącej kuchni. Chwyciłam szybko moje podanie i wróciłam na górę wciąż kaszląc. Weszłam z powrotem do pokoju i podbiegłam do biurka. Wzięłam list od Ross'a i dusząc się jeszcze bardziej, próbowałam znaleźć Piper. Pobiegłam najpierw do łazienki. Tego okna też nie dało się otworzyć, więc pobiegłam do kolejnego pomieszczenia. Znowu nic...
A potem zbiegłam na sam dół. Widziałam lekko uchylone okno, które znajdowało się tak blisko płomieni, że wydawało się to niemal niemożliwe, żebym się tam dostała. Postanowiłam jednak spróbować. W momencie, kiedy już przechodziłam obok ognia, usłyszałam głos Piper:
- Szukałam cię, chciałam ci powiedzieć o tym oknie! - wrzasnęła, żebym dobrze ją usłyszała. Trochę mnie wystraszyła, co poskutkowało oparzeniem kawałka dłoni i prawie płonący list.
- Chodź, trzeba stąd wyjść! - odkrzyknęłam, a ta podbiegła do ognia i próbowała przejść z drugiej strony. Znowu się poparzyłam, ale nie obchodziło mnie to. Bardziej moją uwagę zwracało to, że czułam się tak słabo, jakbym zaraz miała zemdleć.
- Hej, hej, obudź się - powiedziała Piper i w tym momencie usłyszałam ryk syren. Straż pożarna.
- W końcu... - wydyszałam.
Kiedy w końcu znalazłam się po drugiej stronie ognia, czułam, że zaraz stracę przytomność.
- Piper... - mówiłam pomiędzy atakami kaszlu, które ona też miała. - Powiedz... Vanessie... Weź to jakby... mi wypadło - wskazałam słabą ręką na list i podanie. Kiwnęła głową. W końcu znalazła się obok mnie i próbowała wziąć na ręce. Tak czy siak, otworzyła okno i wydostała stamtąd nas obie, a ja zemdlałam nie potrafiąc pozbyć się jednej myśli...
Ktoś znowu próbował mnie zabić.
__________________
Witajcie kartofle!
Tak, znowu pisałam na koncie Annabeth.
Mamy do was pytanie: chcielibyście coś o nas wiedzieć? Czuję jakbym potrzebowała z wami większej więzi. :') Pytania możecie zadawać w komentarzach, obiecuję, że odpowiemy.
BTW, jak myślicie, kim jest morderca? Piszcie koniecznie swoje domysły!
~C.
poniedziałek, 4 sierpnia 2014
Rozdział 11: "Maybe you'll always be the one I'm missing, all I got left are the words that you said"
#Laura#
Rano obudziłam się w miarę wypoczęta. W miarę. Przez pół nocy nie
umiałam się uspokoić, więc ciągle płakałam w poduszkę. Nikt nie wchodził do
mojej sali. Albo nie było nikogo, kto mógł to zrobić, albo uznali to za atak
depresji po urazowej czy czegoś takiego, albo jeszcze płacząca dziewczyna po
śmierci klinicznej to nic, czym trzeba się przejmować. Dopiero około 8:30 do
mojej sali wpadła Van ze śniadaniem, które teraz składało się z miski płatków
kukurydzianych. Zjadłam bez marudzenia. Gdyby nie to, że nie mogłam
poprosiłabym o dokładkę. Jednak teraz były ważniejsze sprawy. Przyszli
Lynchowie trzymając Rossa z daleka ode mnie, później Evan, który posiedział
krótko, bo później musiał iść zanieść podanie na studia (znów przypomniałam
sobie, że ja mojego nawet nie wypisałam), Van pytająca o różne rzeczy i Piper,
która przed wejściem do sali robi Rossowi awanturę o sama nie wiem co. Po
wejściu do mnie od razu zasypuje mnie falą pytań. Czy smakowało mi śniadanie
(odpowiadam, że było znośnie), czy Ross mnie nie drażni (odpowiadam, że i tak
głównie siedzi na korytarzu), czy lekarze są normalni (odpowiadam, że do nich
nie mam nic, jednak pielęgniarki to zło wcielone)i na koniec czy widziałam
jakieś ciacho (odpowiadam, że tak. To, które wczoraj przemycił dla mnie Ev). Nie
mam siły dalej odpowiadać. Oczy same mi kleją. Mówi jeszcze tylko "wyśpij
się", poprawia mi poduszkę i zostawia w spokoju. W tym czasie wraca Evan.
Ma dla mnie donut'a z czekoladową polewą i kawałkami czekolady. Pyszny, bo z
Milki. Po chwili już go nie ma. Zaczynamy rozmawiać o różnych rzeczach.
Zaczynając od moich starych ról, aż po miłego policjanta który wręczył mi swoją
wizytówkę, bo chce żebym spotkała się z jego córkami. Widać, że troskliwy z
niego ojciec, skoro nawet podczas pracy o nich pamięta...
Nagle do sali wpada Ross. Idzie do okna i siada na parapecie jakby
był u siebie w domu.
- Oj, przeszkadzam wam? - syczy. - Możecie wracać do... Swoich
spraw. Całowania się i takie. - warczy, a mi odbija szajba.
- A co, masz jakiś problem? - odpowiadam takim samym tonem. -
Pewnie ci nie pasuje, że MIAŁEŚ DWIE a teraz NIE MASZ ANI JEDNEJ?! - wiem, że
byłam nie fair w tej sprawie, ale blondyn mnie wkurza.
- Może i tak?! Ale co cię ja obchodzę, masz jego! - wskazał ręką
na mojego zdezorientowanego przyjaciela.
- Oj nie, my się tylko... - zaczął Ev, ale Lynch mu przerwał.
- Jasne, tylko się przyjaźnicie. Wiecie, zawsze się tak zaczyna.
A, i nie myślcie, że jestem jakiś tępy. Wiem, że byliście razem. A teraz muszę
iść jak najdalej od okien, żeby móc trochę się odprężyć. Jak tylko widzę okno
mam ochotę się z niego rzucić... I niech mnie jeszcze jakiś samochód
przejedzie, wtedy będzie mniej boleć... - mrucząc pod nosem takie o to słowa
wychodzi naburmuszony z sali, a ja nie mogę uwierzyć w to, co właśnie widziałam
i słyszałam.
Ross jest zazdrosny o Evana i to go boli. Ma ochotę się zabić
tylko dlatego, bo odwiedza mnie mój były. Ma problem! On też może iść do Piper,
nikt mu nie broni! Ale może on nie chce do niej iść? Może oni po prostu się już
nienawidzą? A Ross cierpi, bo ja nie chcę... nie, nie mogę mu wybaczyć. Może
jakbym z nim... porozmawiała. Rozmowa. On cierpi, bo nie poświęcam mu tyle
czasu, co innym. Z wszystkimi gadam, a oni spychają go na tyły, tak, jakby był
nie ważny. Ciekawe, czy cokolwiek się zmienia kiedy wracają do domu... Może
jemu po prostu brakuje kontaktu z czyjejkolwiek strony i dlatego właśnie tak
strasznie się denerwuje! O jeju, co ja narobiłam?
- Evan, mogę cię o coś poprosić? - spytałam.
- Jasne.
- Mógłbyś zawołać idiotę w blondzie? Muszę z nim POWAŻNIE
porozmawiać... - oznajmiam, a on posłusznie kieruje się na korytarz i woła
blondyna, który już po chwili jest w środku. W jego oczach widzę przerażenie.
Nagle do środka wchodzi jeszcze Evan. Teraz się przyglądam i widzę, że Ev
zacisnął dłonie w pięści, a z nosa Rossa spływa trochę krwi. Na ten widok
ogarnia mnie wściekłość.
- Evan. - mówię stanowczo. - Wyjdź.
- Ale...
- Wyjdź, słyszałeś?! - nie za często zdarzało mi się na niego
krzyczeć, więc jest zszokowany, jednak posłusznie opuszcza pokój. - Chodź tu na
chwilę. - proszę, a blondyn powoli kieruje się w moim kierunku. - Siadaj. -
mówię, a kiedy zajmuje miejsce wyciągam rękę w stronę jego twarzy. - Uderzył
cię? - dziwię się, a kiedy dotykam lekko jego nosa brązowooki nieruchomieje.
- To tylko pozory. Wcale nie jest takim aniołkiem, na jakiego
wygląda. - tłumaczy ostro spoglądając w stronę drzwi.
- Jakbyś go lepiej poznał...
- Nie chcę. Mój nos zna jego pięść aż za dobrze...
- Ross... - szepczę i zaczynam przeczesywać mu tłuste włosy. -
Myłeś się ostatnio?
- Na włosy nie mam czasu...
- A to dziwne, po oczach to w tobie najlepsza rzecz... - mruczę z
ironią, a on cicho chichocze. Dawno nie słyszałam jego śmiechu, więc teraz jest
to dla mnie niczym cios w splot słoneczny. Znów mam problemy z oddychaniem.
Robi mi się ciemno przed oczami. Opieram głowę o poduszkę ze strachu, że zaraz
zemdleję.
- Lau? - pyta i przygląda mi się uważnie. - Wszystko w po... Nie,
nie jest w porządku! Iść po kogoś? Vanessę, lekarza?! - zaczął panikować.
- Spokój, zachowaj spo.. - nie dałam rady dokończyć, po blondyn
się rozpłakał. Łzy wypływały z jego czekoladowych oczu, spływały po policzkach
tylko po to, żeby wylądować na podłodze. Mruczał coś niezrozumiałego, a jeszcze
trudniej było to odszyfrować przez płacz. Usłyszałam jedynie "nie dam
rady, jak coś ci się stanie" "to wszystko moja wina!" i
"proszę, razem z tobą zniknie wszystko, co mam...". Nie jestem pewna,
ale chyba mówił to do mnie. Było mi już trochę lepiej. To znaczy, umiałam już
normalnie oddychać, ale miałam trudności z wydobyciem z siebie jakiegokolwiek
dźwięku.
- Proszę, uspokój się... - poprosiłam chrypliwym głosem, a on
natychmiast umilkł. - Posłuchaj. Ja... Ja chciałabym ci wybaczyć, ale...
- Nie potrafisz. - dokończył za mnie.
- Ta... Tak. Na prawdę mi przykro, że ty i Piper...
- Rozstaliśmy się? Ech, to raczej nic. I tak była to kwestia
czasu...
- To dlatego mnie okłamałeś? - spytałam, ale on chyba nie
zrozumiał. - Czy dlatego mnie okłamałeś? Bo wydało cię się, że i tak wkrótce
się rozstaniecie.
- No...
- Bosko.
- Ale Lau, to nie ta...
- A jak, Ross? Jak to w takim razie jest? - spuścił głowę. -
Świetnie. A teraz możesz wyjść.
- I co, ja wyjdę, a on już wejdzie, tak? Tak jak do twojego życia?
- warknął.
- Ach więc to ja jestem ta zła?! Ja jestem ta zła?! Tylko wiesz,
to nie ja umawiałam się z dwoma osobami naraz. O pobycie Evana w Los Angeles
dowiedziałam się wczoraj! A ty cholernie mnie krzywdzisz takimi scenariuszami!
I co, jak mnie widzisz? Jako wredną szmatę, która najpierw ma jednego, ten ją
okłamał, później ona ląduje w szpitalu i już ma nowego, tak? Taka dla ciebie
jestem?! - wrzeszczę z łzami w oczach. - Wyjdź stąd Ross. Chwilowo nie chcę tu
ani ciebie, ani jego.
***
Siedziałam tak obrażona na cały świat. Nie przyjmowałam picia, ani
propozycji na dwór. Nie wiem, czemu. Chyba obawiałam się, że kogoś mogę tam
spotkać... Mówiąc kogoś mam na myśli któregoś z tej dwójki. Strasznie mnie
wkurzyli. Ross swoimi wrednymi myślami, a Evan tym, że go uderzył. Nie
rozumiem, za co. On taki nie jest. A przecież Ross nie odmówiłby możliwości
wejścia do mnie, prawda? Po raz pierwszy zaczynam tęsknić za kimś, kogo
mogę o to zapytać. Jedyną osobą, która zna odpowiedzi na większość dręczących
mnie pytań jest Ross, ale on uważa mnie za szmatę bez serca. Niech sobie myśli co
chce. Dam sobie spokój i chwilowo pocieszę się ich nieobecnością. Rzadko kiedy
ich nie ma. Za dnia Evan, a wieczorem wpuszczam Rossa. Nagle coś mi świta.
Jeśli jutro mnie wypuszczają...
Biegnę w pośpiechu do sali, w której aktualnie przebywa mój lekarz.
Aktualnie siorbie kawę i zajada się sernikiem. A nam nie dają takich pyszności.
Mi musiał je przynosić kumpel, chociaż jest to chyba zabronione. W każdym razie
zaczynam gadać jak na prochach.
- Panno Marano, powinna pani siedzieć w swojej sali i...
- Mam to gdzieś! Mam tylko jedno, głupie pytanie i pan każe mi z
nim czekać do wieczora?!
- No dobrze, jak już tu jesteś to poczęstuj się ciastkiem. Będzie
spokojniej.
- Chyba sobie podaruję.
- Co ty gadasz. Według twojej siostry kochasz sernik. - powiedział
i podał mi talerzyk z ciastem. Chwyciłam go razem z widelczykiem i
zaczęłam jeść. Ciasto tak mi smakuje, że po minucie już go nie ma, chociaż
kawałek był duży. - Więc o co chciałaś zapytać?
- Aaa... Racja. Mówi pan, że jutro wychodzę? - spytałam.
- Tak.
- A... O której?
- Nie wiem, jakoś tak koło 10:00...
- Świetnie! - krzyknęłam i zwróciłam lekarzowi talerz, po czym w
podskokach wróciłam do pokoju. Miałam plan, jak uzyskać odpowiedzi na WSZYSTKIE
moje pytania. Chwyciłam telefon i wybrałam jeden z niewielu numerów, które znam
na pamięć.
- Halo? - odezwał się głos w słuchawce.
- Cześć.
- Jeju, nie ma mnie jakieś pół godziny, a ty od razu dzwonisz. Co
jest?
- Mam do ciebie pytanie.
- Zamieniam się w słuch...
- Czy lunch jest aktualny?
- Eeee...
- No weź...
- O której?
- A jak ostatnio planowaliśmy?
- Koło trzynastej...
- Świetnie! Spotkajmy się jutro w "Subway" o
trzynastej.
- Okay...?
- Pa! - rozłączyłam się. Świetnie. Wreszcie będzie musiał
odpowiedzieć na pytania, bo teraz będę mogła iść za nim i go dręczyć. Nawet jak
się zamknie przede mną w domu to jego rodzeństwo się zlituje. Później wywalę mu
dziurę w drzwiach i BĘDZIE MUSIAŁ odpowiadać na WSZYSTKO.
- VANESSAAAAAAA! - drę się jak nie normalna, a moja siostra
rozpędzona do granic możliwości wpada do sali z gaśnicą w ręku.
- Co jest?! - panikuje.
- Odłóż tę gaśnicę, wyglądasz jak idiotka. - poinformowałam
ją. Spaliła buraka i odłożyła narzędzie. - Jutro wychodzę, wiesz?
- No wow, każdy, który nie jest głuchy o tym wie.
- Świetnie. Jutro idę na lunch z Rossem.
- ŻE COOO?!
- No to. - powiedziałam i wyjaśniłam jej mój
"plan".
- Jezu, zła kobieta z ciebie... - mruknęła i spojrzała na mnie
podejrzliwie. - Moja krew! - uśmiechnęła się i mnie przytuliła.
- Po...po...po...POWIETRZA! - pisnęłam, a ona nie chętnie mnie
puściła.
- Okay, sorki. - uśmiechnęła się przepraszająco. - Jezu, nie
spodziewałam się takich planów po tobie, siostrzyczko. I to wszystko dla garści
odpowiedzi... - zamyśliła się. - Dobrze, że masz go gdzieś. Pewnie nie przejmie
cię, że się kompletnie załamie... - stwierdziła, a ja zrozumiałam, co w ten
sposób zrobię. Załamię całkiem porządnego chłopaka. Ulubieńca tłumów. Mojego
niedoszłego chłopaka. Nie chcę tego. A jednak jestem gotowa to zrobić, dla
garstki odpowiedzi na pytania, które nie dają mi żyć od kilku dni. To jest
straszne. Ja jestem straszna. Co ja robię?
*NASTĘPNEGO DNIA*
Obudziłam się rano i od razu na mojej twarzy pojawił się szeroki
uśmiech. Nie jestem pewna, czy chcę stosować się całkowicie do mojego planu,
ale rozumiem, że nie mam wyboru.
Od razu po śniadaniu ubrałam się w przygotowane i przyniesione
przez Van ciuchy, więc już na godzinę przed wyjściem byłam gotowa. Skakałam z
radości, bo wreszcie mogłam rozprostować nogi, bo mogłam wyjść na dwór i biec
przed siebie nie zwracając uwagi na to, gdzie się wybieram. Za jakieś dziesięć
minut będę oficjalnie wolna od szpitala, wnerwiających pielęgniarek i innych.
Będę sobą. W stu procentach.
***
Wbiegłam z radością do domu i zaczęłam skakać po salonie jak
wariatka. Później pobiegłam na górę, chociaż Van mi odradzała. Weszłam do
swojego pokoju i przeżyłam szok.
Rozumiem, że moja siostra robiła co w jej mocy, żeby się tego
pozbyć, ale na podłodze i dywanie dalej pozostają plamy krwi. Kucam w miejscu,
gdzie najprawdopodobniej kucał Ross, kiedy starał się powstrzymać krwawienie za
pomocą ręczników i ścierek. Uratował mnie, a ja chcę zrobić mu takie
świństwo...
W każdym razie biorę głęboki oddech i powoli wstaję. Przez chwilę
kręci mi się w głowie i muszę oprzeć się o biurko, ale wtedy wszystko powraca
do normy. W miarę wszystko. Na biurku leży mała karteczka, pewnie jeszcze z
dnia w którym leżałam w szpitalu. Podnoszę ją i mam wrażenie, że coś ciągnie
mnie do nieznanej mi treści. Otwieram poskładaną kartkę, a moim oczom ukazuje
się liścik. Nie taki, jak w szkole, który uczniowie starają się sobie przekazać
nie zwracając uwagi nauczyciela, tylko normalny list rozmiarów miniaturowych.
Patrzę na kartkę i na starannie, ale jednocześnie trochę koślawe litery. Znam
to pismo, a na wspomnienie go zaczynają mi się pocić dłonie.
To Ross do mnie napisał.
Hej.
Wiem, że leżysz w szpitalu, ale
jak już wyjdziesz znajdziesz na biurku
kartkę,
której mam nadzieję Vanessa nie
przeczytała
lub co gorsza nie wyrzuciła.
Nie wiem, czemu, ale ciągnie mnie do ciebie.
Wiem, że jesteś bezpieczna,
ale na wszelki wypadek chcę być z tobą
i Cię pilnować.
Zbyt wiele dla mnie znaczysz, a ja zbyt
wiele
zmarnowałem tak potwornie Cię
krzywdząc...
Mam jednak nadzieję, że zechcesz się
spotkać
i pogadać w cztery oczy.
"Subway" o 13:00?
Pamiętasz jeszcze?
(Mam nadzieję) do zobaczenia
~Ross
Kręci
mi się głowie. Czuję się, jakby ktoś wpakował we mnie wiadro lekarstw, które
zamiast pomóc na ból głowy tylko go zwiększają. Mózg mi płonie, nic nie
rozumiem. Przez chwilę nie pamiętam nawet, gdzie jestem, ale stopniowo wszystko
do mnie wraca, a ja znów mogę stawiać kroki, chociaż boję się, że za chwilę się
wywrócę. Nie mogę powiedzieć o tym Ness. Będzie kazała mi wrócić do szpitala, a
w tej chwili jest to ostatnie miejsce, w którym chcę się znaleźć. Pierwszym na
liście są ramiona kogoś, kto mnie kocha, ale żadne nie pasują. Ross tylko chce
mnie chronić, ale nie wiem, czy mam od razu traktować to jak WIELKĄ MIŁOŚĆ.
Evan jest moim przyjacielem. Romansu między nami nie ma od jakichś trzech lat.
Są... A raczej były jeszcze jedne, w których czułam się najbezpieczniej na
ziemi. Ramiona taty, kiedy wieczorami przytulał mamę i sadzał nas sobie na
kolanach. Trzy kobiety na dwóch nogach. jak on dawał radę? Jednak to bezpieczne
miejsce odeszło razem z nim, jak całkowite poczucie bezpieczeństwa. Ostatnio
czułam coś takiego... Kiedy tulił mnie...
Oj nie ważne.
Spojrzałam na zegarek. 12:07. Jeśli mam się nie spóźnić muszę
wyjść natychmiast. A skoro to ja zaproponowałam spotkanie, to ode mnie wymaga
się punktualności. Chociaż on mnie "zapraszał" przez list. List
którego nie mogłam odczytać. Może wtedy zrozumiałabym to jego przesiadywanie w
szpitalu całą noc...
***
Siedziałam przy stoliku i przeglądałam menu, kiedy do środka
wszedł Ross. Zdjął mokry od deszczu kaptur i otrzepał włosy. Wyglądał przy tym
tak uroczo, a jednocześnie głupio, że na sam widok chciało mi się chichotać i
wyznać mu, że zachowuje się jak szczeniak. Wtedy właśnie mnie zauważa, uśmiecha
się szeroko i siada naprzeciw mnie. Jest uśmiechnięty i najwyraźniej cieszy się
ze spotkania we dwoje bez mojego kumpla który będzie mu przestawiał nos, jednak
w jego oczach widać podejrzliwość.
- Cześć. - wita się, jednak nie brzmi to tak, jak witaliśmy się
wcześniej. Wtedy robiliśmy to ze szczerością i widoczną na pierwszy rzut oka
radością. Teraz brzmi to, jakby rozwiedzione małżeństwo witało się przed
podzieleniem się swoim dzieckiem. Wyznaczeniem, kiedy będzie u kogo
przebywać.
- Hej. - odpowiadam krótko. Patrzymy sobie w oczy, ale nie wiem po
co. Podobno oczy są zwierciadłem duszy. Ja w to wierzę. A w jego oczach widzę
coś czego obawiałam się najbardziej. Nie ufa mi.
- Co skłoniło cię do zadzwonienia i umówienia się ze mną? - pyta.
- Chciałam... porozmawiać. Zadać kilka pytań...
- No tak, zawsze są pytania. Ale okay, pytaj. Jeśli będę umiał,
odpowiem.
- Pfff.... No dobra. Zacznijmy od czegoś hm... prostego? - ? – zaczęłam, a on spojrzał na mnie podejrzliwie. – Dlaczego Evan
cię uderzył?
- Proste, tak? Ahahaha – zaśmiał się, ale ja wciąż patrzyłam na
niego kamiennym wzrokiem. Totalna powaga.
- Pytam serio.
- No więc… Dostałem od Evan’a w twarz, bo nie uwierzyłem mu, że
chcesz ze mną porozmawiać… tak naprawdę. Odpowiedziałem mu: „ Laura chce ze mną
rozmawiać? Serio? Prędzej świnie zaczną latać”.
Ał. Zabolało. To, że tak myślał.
Normalnie teraz siedzielibyśmy razem, jedli kanapki i rozmawiali
na jakiś mało ważny temat, np. premiera trailera „Kosogłosa”. Ross rzuciłby
jakimś swoim Lynchowskim sucharem typu „Prędzej się ożenię niż wyjdzie ten
trailer!”, co zmusiłoby mnie do kolejnych przemyśleń, np. z kim, kiedy, jak,
gdzie.
- Możemy jechać dalej? – spytałam, a on potwierdził skinieniem
głowy. – Więc. Nie nudziło ci się tam w tej poczekalni?
- Ahahahaha! No no no! Widzę, że humorek wraca! – uśmiechnął się,
ale na widok mojej twarzy znowu się uspokoił. – No co? Pożartować nie można?
- Teraz ja zadaję pytania! – zawołałam, a on zarechotał i upił łyk
czekolady.
- No to pytaj.
- Ty serio jesteś o Evan'a zazdrosny? – spytałam, a on zacisnął
pięści. W jego oczach szalał gniew.
- Musimy tyle o nim gadać?! Nie rozumiesz, jak to jest! Jak to
jest, kiedy postanawiasz chronić osobę którą kochasz, a ona nawet o tym nie
wie! Czy mogłabyś patrzeć jak osoba, którą kochasz rozmawia z kimś, kogo nie trawisz?
Bo ja nie… - mruknął i opuścił głowę. Znów był tym smutnym Rossem, który
przychodził do mnie do pokoju.
- Czekaj, czy ty powiedziałeś chronić?
- No… Tak. Już nawet w liście. Martwię się o ciebie.
- I dlatego przesiadujesz przed moją salą?
- Przesiadywałem.
- No tak...
Nastała chwila ciszy, którą po chwili przerwałam postanawiając zadać mu ostatnie pytanie.
- Ross?
- Mhm?
- Co się z nami dzieje? - Do oczu napłynęły mi łzy.
- Co?
- Co się z nami stało?
- Wysłów się kobieto!
- Spadaj! - Zapłakałam, zerwałam się z krzesła i wybiegłam z budynku na deszcz. Biegłam prosto przed siebie, ale byłam w stu procentach pewna, że Ross biegnie za mną. Tak mocno padało, że nic nie widziałam. I to dosłownie.
Nie zauważyłam nawet samochodu, który jechał w moją stronę. Byłam zaledwie kilka kroków od krawężnika, kiedy poczułam, jak ktoś mnie popycha. Był to Ross, który najwidoczniej znowu uratował mi życie.
Wylądowałam na nim dokładnie tak, jak tego poranka, kiedy się pocałowaliśmy. Tym razem starałam się nie dopuścić do tego kolejny raz. Zapatrzyłam się w jego oczy, a wtedy jego głos wyrwał mnie z krainy marzeń.
- W-w porządku L-Laura? - spytał nieco przerażony. Kiwnęłam głową, a wtedy chłopak mnie... przytulił. Tak po prostu. Mocno uścisnął, a ja nie potrafiłam nie odwzajemnić tego gestu. Wtuliłam się w niego, chociaż on sam wylądował na błocie. Położyłam mu głowę na ramieniu i trwaliśmy tak przez chwilkę. W pewnym momencie on zdecydował się wstać, więc i mi pomógł się podnieść.
- Dz-dziękuję - wyjąkałam, a on się lekko uśmiechnął.
- Nie ma sprawy. Miałem cię chronić, a ja dotrzymuję obietnic. - Znowu łzy napłynęły mi do oczu, ale starałam się to ukryć.
- N-no to... Do zoba... - nie zdążyłam dokończyć, bo Ross nagle nachylił się i mnie pocałował. Czułam, jakby jego pocałunki były one przepełnione strachem, miłością, przerażeniem, smutkiem i nadzieją... O, nie. Nadzieja. Nie mogę mu robić nadziei.
Mimo to chciałam żyć teraźniejszością, więc odwzajemniłam pocałunek zaskakując przy tym Ross'a, jakby się spodziewał, że odepchnę go i zacznę wyzywać od najgorszych. Owinęłam swoje ręce wokół niego, przez co ubrudziłam dłonie błotem, a on ujął moją twarz w swoje.
Naokoło nas padało i czułam, że mam już całe włosy mokre, ale nie zwracałam na to uwagi. Przez jakieś 2 minuty staliśmy na chodniku, kiedy nagle się opamiętałam.
Spojrzałam na Ross'a; na jego twarzy błąkał się uśmiech, którego już nie odwzajemniłam. Po moich policzkach, gdzie jeszcze chwilę temu znajdowały się dłonie Ross'a, zaczęły spływać łzy. To nie powinno się stać.
- Laura? - spytał Ross. - Lau?
- Nie nazywaj mnie tak. Do tego nie powinno dojść. Czemu to zrobiłeś? - spytałam zaczynając płakać.
- Bo cię kocham. Bardzo.
Nie wiedziałam, co mam mu odpowiedzieć.
- Nie wiem, co mam jeszcze zrobić, żebyś mi wybaczyła - dokończył, a ja już się rozpłakałam na dobre. Pokręciłam głową i po prostu uciekłam do domu zostawiając Ross'a samego. Nie powinnam go tam zostawiać nic nie odpowiadając, ale z drugiej strony nie wiedziałam, co mam mu powiedzieć. Że też go kocham? Miałby nadzieję, której nie może mieć. Przynajmniej na chwilę obecną.
Wbiegłam do domu, w którym nie było nikogo. Vanessa pewnie była z Riker'em, bo ostatnio mieli dla siebie bardzo mało czasu. Weszłam po schodach na górę i trzęsącymi się dłońmi przemyłam twarz i zmyłam błoto z rąk. Rzuciłam się na łóżko spoglądając co jakiś czas na te plamy krwi i znów wybuchłam głośnym i donośnym płaczem. Mimo, że było dopiero popołudnie, mi chciało się spać, dlatego najpierw utopiłam dwie poduszki we własnych łzach, rzuciłam nimi w okno zostawiając mokre plamy, a potem usnęłam z głową w trzeciej.
**************************************
Nie jestem pewna, czy to działo się na prawdę.
Wylądowałam w szpitalu. Na korytarzu przed moją salą na krzesłach siedzieli Lynchowie i Ratliff. Ross nerwowo chodził w kółko. Nagle z sali w której leżałam lub miałam leżeć wyszła zapłakana Vanessa. Blondyn zatrzymał się i skierował w jej stronę przepełnione bólem spojrzenie.
- Do... Dowiemy się za...za kilka minut. - szepnęła i z płaczem wylądowała w ramionach Rikera. Ross kontynuował spacerowanie. Chciałam do niego podejść, spytać się, co się dzieję, ale nie mogłam się ruszyć, a oni sprawiali wrażenie odpornych na moje wrzaski. Utwierdziłam się w przekonaniu, że nie ma mnie tu na prawdę w momencie w którym Ross przeszedł przeze mnie. Dalej nie mogłam się ruszyć. Po kilku minutach z sali wyszedł lekarz. Wszyscy spojrzeli na niego z nadzieją, ale on tylko pokiwał głową ze smutkiem i oddalił się szlochając. Rydel wtuliła się w Ellingtona i zalewała mu koszulkę łzami. Rocky ukrył twarz w dłoniach, Ryland zapatrzył w punkt przed siebie, jakby ściana była taka interesująca. Van robiła to samo, co Delly wtulona w starszego blondyna. Spojrzałam na Rossa. Z jego oczu spływały łzy. Nie rozumiałam tego. O co tu chodzi?
Nagle szepnął cicho: "Nie...". Później głośniej: "Nie." Jeszcze jedno "Nie!" Oraz "NIEE! NIE, NIE NIEEE!". Teraz w istnej furii napadł na szpitalne krzesło. Zaczął je kopać, a po chwili rozpadło się z trzaskiem. Dalej wyżywał się na szczątkach krzesła, kiedy zmieniła się sceneria.
Był to rodzinny obiad. Wszyscy siedzieli smutni. Brakowało mnie. Wszyscy starali się normalnie zjeść. Tylko Ross siedział wpatrzony w puste krzesło przed nim. To tam właśnie bym siedziała. Nie rozumiem tylko, o co chodzi...
Nagle Ross wstaje. Zasuwa krzesło i powoli łapie się za głowę oddychając spazmatycznie. Po chwili wraca do tego szpitalnego mamrotu: "Nie, nie, nie, nie...".
Znów sytuacja się zmienia.
Tym razem widzę Rossa samego w łazience. Jeśli dobrze widzę drzwi są zamknięte. Nie rozumiem, o co tu chodzi. Przecież pójdzie się myć lub umyje zęby. Nic ciekawego. Do momentu, kiedy sięga do kieszeni i wyciąga z niej mały kawałek metalu i zaczyna obracać nim między palcami. Żyletka. Podciąga rękaw do góry, a ja wiem, co chce zrobić. Nie mogę się ruszyć. Zaczynam krzyczeć, błagać. Ale on nie słyszy. Przykłada ostrze do nadgarstka i wykonuje pierwsze, symboliczne cięcie w poziomie. Nagle zaczynam żałować, że opowiedziałam mu o "AHS"... Podwija rękaw wyżej. Z moich oczu kapią łzy. Z jego też. Nie potrafię nic zrobić, jest za późno. Przykłada żyletkę do wewnętrznej strony łokcia i tnie w dół. Krzyczę jeszcze głośniej. Nie mogę patrzeć na to, jak cierpi. Później ponawia ruch. I jeszcze raz. Po czwartym razie żyletka wypada mu z rąk prosto do umywalki, a on pada na ziemię i stara się zaczerpnąć oddechu. Wreszcie mogę się ruszyć. Podbiegam do niego i kucam przed nim. Nic już nie można zrobić, to było ustawione. Nagle podnosi dłoń, jakby chciał dotknąć mojego policzka, jednak nic nie czuję.
- Lau... - szepcze. - Teraz... Z tobą... Zawsze. - dodaje i milknie na zawsze. Łzy kapią na jego koszulkę, kiedy zamykam mu oczy. Nachylam się jeszcze trochę i całuję go w czoło.
- Dobranoc... - szepczę, ale głos mi się łamie. Wstaję i pośpiesznym krokiem opuszczam łazienkę.
_____________
Spam rozdziałowy trwa, gdyż właśnie jestem u Annabeth :)
rozdział też napisany przez nią, ale befsztyk zapomniała o tytule rozdziału, więc sama go dopisuję :)
niedziela, 3 sierpnia 2014
Rozdział 10: "Just take what you need and be on your way and stop crying your heart out"
Przyjaciółmi... Możliwe, że nie wytrzymam friendzone'a. Nawet teraz bym go nie wytrzymała gdybym nie miała wystarczająco dużo silnej woli.
Z Evan'em nadrabialiśmy zaległości. Jak mi powiedział, ma zamiar zacząć studiować psychologię. Evan jako psycholog? Zaśmiałam się, gdy mi to powiedział, nigdy nie wyobrażałam sobie Evan'a pomagającego innym ludziom z zwalczaniu problemów. Zazwyczaj to on był osobą, która je sprawiała.
- Muszę jeszcze złożyć podanie. Mam czas do soboty - powiedział, a wtedy złapałam się za głowę. Podanie! Bez podania przecież nie dostanę się na żadne studia.
- Cholera! Ja nawet go jeszcze nie napisałam... - W tym momencie do sali wpadła Vanessa.
- Policja zaraz tu będzie - wydyszała. - Będą przesłuchiwali wszystkich, nawet Ellingtona. Najpierw przesłuchają ciebie, więc na chwilę, Evan, będziesz musiał wyjść i poczekać na korytarzu.
- Policja? Po co policja? - spytałam.
- Laura, przecież ktoś próbował cię zabić! Muszą wszcząć śledztwo - wyjaśniła, a ja pokiwałam głową.
- W porządku - powiedział spokojnie Evan. - Już wychodzę. Wrócę później - uśmiechnął się i wyszedł.
*NARRATOR*
Na korytarzu siedział Ross, a obok niego usiadł Evan. Ross nie był z tego zbytnio zadowolony, ale nie mógł na to nic poradzić. Nagle z windy wysiadło kilku policjantów, którzy ruszyli w stronę sali Laury.
- O co chodzi? - spytał Ross, chociaż nie chciał odpowiedzi. Nienawidził, kiedy ktoś kogo nie zna wiedział więcej niż on.
- No tak, ty nie wiesz... Przyszli przesłuchać Lau. Nas wszystkich z resztą... - odpowiedział mu Evan. W Rossie się już gotowało. Przecież on nie ma prawa jej tak nazywać! No właśnie ma. To Ross ją skrzywdził. To Evan jest jej przyjacielem, a nie on. To blondyn ją skrzywdził i to on nie ma do niej praw. Ale co może zrobić? Teraz nic. Może tylko modlić się o wybaczenie...
***
Laura siedziała właśnie na łóżku kiedy do sali wpadło pięciu policjantów. Aż pięciu?, pomyślała.
- Dzień dobry, jesteśmy z policji i chcieliśmy panią przesłuchać. - Dziewczyna przytaknęła, a policjanci usiedli naokoło niej. Wyciągnęli jakieś teczki i notatniki, a jeden z nich położył obok dyktafon.
- Będziecie to nagrywać? - zdziwiła się Laura wskazując palcem na przedmiot.
- Tak. Jest z tym jakiś problem?
- Eee... Nie, jest okej.
- Super - odparł bez entuzjazmu.
- Zacznijmy... Niech się pani przedstawi i powie coś o sobie.
- Więc... - zaczęła Laura, ale niezbyt wiedziała, co ma mówić. - Nazywam się Laura Marie Marano, mam niecałe 19 lat, mieszkam w Los Angeles, chociaż do czasu ukończenia szkoły mieszkałam w Miami. Byłam aktorką, raz zagrałam w filmie z George'em Clooney'em, nominowano mnie do Oscara. Śpiewam. Mam starszą siostrę Vanessę. Czy tyle wystarczy? - spytała zirytowana.
- Tak. Teraz odpowiadaj na nasze pytania zgodnie z prawdą. Co robiłaś 3 sierpnia o godzinie 13?
- Byłam w domu. Siedziałam całymi dniami w pokoju od dłuższego czasu. Nie wychodziłam, chyba żeby do kuchni.
- Co było powodem pozostawania w domu? - przerwał jej jeden z policjantów, łysy i nieco przy sobie.
- To już są moje prywatne sprawy. Nie interesujcie się.
- Te informacje pomogą nam w śledztwie.
- Niekoniecznie.
- Słuchaj - wkurzył się ten łysol i nagle Laurę rozbawiła jego mina. - Masz nam powiedzieć, tak jak wcześniej zadeklarowałaś.
Westchnęła. Już chciała im powiedzieć, że nic nie deklarowała, ale się powstrzymała.
- Powiem wam tylko, jeśli wyłączycie to coś - wskazała na dyktafon, a najmłodszy z nich go wyłączył.
- Co ty robisz? - naskoczył na niego policjant z blizną na twarzy.
- Nie powie nam, nieważne, jaki nacisk na niej wywrzemy, jeśli dyktafon będzie włączony - odpowiedział, a Laura klasnęła w dłonie kilkukrotnie.
- Teraz mogę powiedzieć. Wcześniej nie chciałam mówić, bo zawsze to nagranie mogło trafić do mediów i bylibyśmy skończeni.
- Jak to "skończeni"? A nie "skończona"?
- Ech... - westchnęła. - Znacie Ross'a Lynch'a?
- To ten z R5? - Spytał policjant około czterdziestki, a Lau kiwnęła głową. - Moje córki uwielbiają ten zespół. Ciebie zresztą też - uśmiechnął się.
- Chętnie je poznam - powiedziała, a uśmiech na jego twarzy przerodził się w coś bardziej... Specjalnego. Tak czy siak, uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- Nazywają się... - zaczął, ale łysol mu przerwał zezłoszczony.
- Tak, tak, wiemy, Elaine, Evelyn i Allyson. Ale nie wiem, czy pamiętasz, że to przesłuchanie.
- Wracając do tematu, ja... - zaczęła zastanawiać się, co by im odpowiedzieć, aż w końcu zdecydowała się na małe kłamstwo. - Strasznie się z nim pokłóciłam, a bardzo mi na nim zależy. Już nie rozmawiamy tak jak wcześniej, nie rozmawiamy prawie w ogóle.
- I to ma być powód, dla którego mielibyście być "skończeni"? Jeśli świat się dowie, że się pokłóciliście, to chyba nic specjalnego się nie wydarzy.
- Dobra... - powiedziała Laura. - Może źle to ujęłam. On będzie zniszczony. Nie ja.
- Hmm... Proszę kontynuować.
- Nagle usłyszałam jakiś hałas, wyszłam z pokoju, a potem dostałam w głowę i zemdlałam. To wszystko, co pamiętam.
- Czy ma pani jakichś wrogów? - spytał ten z blizną.
- Nie.
- Nie mamy więcej pytań. Życzę szybkiego powrotu do zdrowia. - Łysy policjant wstał, wziął swoje rzeczy i wszyscy wyszli - oprócz tego czterdziestolatka. Podszedł do Laury i wręczył jej swoją wizytówkę, na której widniało jego nazwisko, numer telefonu i adres.
- Prosiłbym o kontakt w sprawie córek, to znaczyłoby dla mnie bardzo wiele - powiedział uśmiechnięty. Laura chwyciła papierek, powiedziała "Z pewnością się odezwę" i policjant wyszedł.
Policjanci zaczęli przesłuchiwać wszystkich, nawet Evan'a i wydawało się, że końca przesłuchań nie było widać. Wszystko skończyło się jednak o godzinie 21, ale Evan siedział u Laury od 15, odkąd skończyli przesłuchiwać jego samego. Ross siedział na korytarzu i patrzył przez okno na tę dwójkę śmiejących się przyjaciół. "To kiedyś byłem ja. Gdybym nie spieprzył, to ja bym tam teraz siedział", pomyślał Ross.
***
Było koło dziewiętnastej, kiedy Evan oświadczył, że musi już iść. Na pożegnanie przytulił Laurę i ledwo pomachał Rossowi - jednym z niewielu obecnych. Laura siedziała zdenerwowana. Męczyło ją poczucie winy, że nakłamała policji. Nie wiedziała, jakie mogą być tego skutki, ale nie chciała się zwierzać policjantom. Strasznie zamartwiała się tym, co mógł powiedzieć im Ross, ale jeśli powiedziałby prawdę pewnie już by u niej siedzieli i wymagali przyznania się do wszystkiego itp. Wtedy w jej głowie zaświeciło się czerwone światełko - alarm. Wiedziała, że musi to zrobić, chociaż nie miała na to żadnej ochoty. Mimo to zdecydowała się zawołać blondyna, który po kilku sekundach stał w progu jej sali.
- Coś się stało? - spytał z wyraźną troską, co tylko zabolało brunetkę. No bo co może boleć bardziej od przepełnionego troską głosu swojego... Hm... Niedoszłego chłopaka. Tak, to chyba dobre określenie.
- Nie, znaczy... Muszę cię o coś zapytać. - odpowiedziała.
- Ach tak... No. To mów. - zachęcił ją.
- Ech... Usiądziesz? - zaproponowała.
- Okay. - odpowiedział i padł na krzesło obok jej łóżka. Wpatrywał się w nią z zaciekawieniem, troską, szczęściem, bólem i chyba miłością, jednak ona starała się nie dostrzec tego ostatniego. - To o co chodzi?
- Rozmawiałeś z policją? - spytała prosto z mostu.
- No tak. Jak każdy chyba...
- I co ci powiedzieli?
- Kazali mi mówić, co wiem.
- I co powiedziałeś?
- Nie pamiętam dokładnie, ale było chyba coś na nasz temat...
- A co dokładnie? Co oni ci powiedzieli?
- Powiedzieli, że już z tobą rozmawiali i powiedziałaś, że dość mocno się pokłóciliśmy. Pomyślałem sobie, że to prawda, ale też, że mogłaś jakoś to rozwinąć...
- I co? Co im powiedziałeś?
- Postanowiłem, że wiesz co robisz i ciągnąłem twój plan z "dosyć sporą kłótnią". Po jakimś czasie dali mi spokój, więc chyba uwierzyli...
- Nie rozumiesz. Pytam, co im tak dokładnie powiedziałeś.
- A co ja, dyktafon? - prawie krzyknął, a mi przypomniała się sytuacja w której to zapewniał mnie w mojej kuchni, że nie ma dziewczyny. Chyba na widok mojej miny i kilku łez w oczach zrezygnował. - Przepraszam.
- Nie szkodzi. Masz rację, za dużo od ciebie wymagam...
- Powiedziałem, że pokłóciliśmy się na kilka dni przed zdarzeniem. - zaczął. - Wyjaśniłem, że przez ten czas mało cię widywałem, a raczej wcale. Z tego co wiedziałem siedziałaś cała w pokoju ledwo co schodząc na posiłki. Ja się o ciebie martwiłem, więc w końcu nie wytrzymałem i do ciebie poszedłem. I dalej już wiesz. - dokończył. Więc to im powiedział? W sumie byłoby to całkiem wiarygodne, jeśli osoba nie znałaby całej prawdy...
- Dzięki. - odpowiedziałam prawie szeptem i zanim zdążyłam ugryźć się w język powiedziałam coś, czego później będę żałować. - Kochany jesteś.
- Ach tak?
- No... Siedzisz tu praktycznie cały czas. Bez sensu, skoro i tak rzadko rozmawiamy...
- Dla rozmowy z tobą mogę czekać do końca świata. - szepnął, nachylił się i pocałował mnie w czoło. - Dobranoc Lau. Wyśpij się za mnie. - uśmiechnął się, wstał i zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć wyszedł z sali. Powoli przetwarzałam wspomnienia z przed kilku sekund.
Jego wyjaśnienia. Moje "wyznanie". "Pocałunek". Miłe słowa. Wyjście. Nic wielkiego. Mogłam się jednak odezwać. Odpowiedzieć przynajmniej "dobranoc" czy coś, ale głoś ugrzązł mi w gardle i wydostaje się dopiero teraz, a brzmi jak mieszanka jęku, westchnięcia i szlochu. Nic ciekawego, jednak na tyle by zwrócić uwagę pielęgniarki. - Nie nie, wszystko jest okay. Tak, jestem pewna, że nie muszę skorzystać z toalety. Nie, nie chce mi się pić. Mam jeszcze wodę. - owszem, niektórzy ludzie tutaj są dziwni i denerwujący, ale wiem, że bez nich wszyscy byśmy pozdychali na pierwszą lepszą grypę. Lekarze są nam potrzebni, a im potrzebne są pielęgniarki, czyli główny powód mojego zirytowania. Nie ma nic bardziej wkurzającego od babki wyglądającej na przerośniętą pięciolatkę z szerokim, białym uśmiechem i denerwującym głosikiem. Jednak muszę to zrobić, a zarazem zrozumieć, że jest to teraz praca mojej siostry. Będzie siedzieć dłużej z obcymi ludźmi, chorymi na różne paskudztwa niż ze mną. I chyba to własnie mnie boli. Będę sama. Vanessa pójdzie do roboty. Lynchowie prędzej czy później wyjadą w jakąś trasę. Evan nie będzie siedział tu wiecznie. Zostaje Piper, ale wizja w której spędzam czas z dziewczyną, która z mojej winy straciła chłopaka nie cieszy mnie zbyt bardzo. Oczywiście, później pójdę na studia i tyle z tego będzie. Będę kuć, kuć i kuć, a to tylko dla tego, że porzuciłam moje marzenia z przeszłości i spojrzałam realnie na świat, który bez tych różowych okularów wydał się takie nudny, pozbawiony smaku. Nie m to jednak dla mnie znaczenia, bo już po chwili wybrałam sobie nowy cel w życiu, który Ev ocenił jako nudę. Może ma rację? Może powinnam spróbować jeszcze raz? Chociaż. Gdzie teraz znajdzie się jakiś dobry casting? I kto o zdrowych zmysłach przyjmie do roboty dziewczynę "po próbie samobójczej"? Przecież jasne, że nikt. Muszę zapomnieć o tym. Podjęłam decyzję i nie mam serca jej zmienić.
Tak samo, jak nie mam serca wybaczyć Rossowi.
No właśnie, jest jeszcze on. Pamiętam, jakiego go poznałam. Wesołego, pogodnego i roześmianego chłopaka, który co chwilę musiał poprawiać grzywkę, bo opadała mu na oczy. Miłośnika wody i największego wroga mleka na ziemi. Kłodę pod drzwiami mojej sypialni. Teraz mogę to stracić, wybierając to ponure, nudne życie. Jednak z tym, które sobie wymarzyłam też nie byłoby łatwo. On jeździł by z zespołem po świecie, kiedy ja nagrywałabym przeróżne role. Jak się spotkać, to nie na długo.
Przypominam sobie, jak siedzieliśmy w kawiarni. Kiedy już mieliśmy się pocałować gołąb uderzył w szybę. Może to nie był przypadek? Najpierw gołąb, później telefon. Nic nie szło po naszej... Przynajmniej mojej myśli. Później przypominam sobie nasz pierwszy pocałunek. Nie był moim ogólnie pierwszym, ale jednym z najlepszych. Jest jeszcze ten następny, w kawiarni. Ta cudowna chwila zapomnienia wśród tych wszystkich ludzi. Na wspomnienie jego ust na moich serce przyśpiesza. Mam wrażenie, że z piersi przeniosło się do gardła. Mam problem z oddychaniem. Kiedy już udaje mi się wciągnąć gwałtownie tlen wybucham płaczem. I to nie takim zwykłym typu: "ojeju, jest mi smutno rozpłaczę się", tylko prawdziwym, głośnym, przeraźliwym szlochem. Żałuję, że go nie zatrzymałam. Siostra przyjdzie tu dopiero rano. Evan niedawno wyszedł. Ross też. Rydel i reszta nie mogą wchodzić bez pozwolenia lekarza. Po chwili zaczynam zastanawiać się, czym Ross i Evan sobie zasłużyli. Ross pewnie tym, że to on zadzwonił po karetkę, to on mnie znalazł i to on starał się jak mógł, żebym nie wykrwawiła się na śmierć, co w jakimś sensie jednak się stało. Ale przeżyłam. Nie wiem czemu, na mój gust lepiej by było, jakbym umarła. Wszyscy mieli by spokój. Znaczy jakiś czas by zajęło, zanim by się pozbierali, ale później ilość prac codziennych odsunęła by ich myśli z dala ode mnie, a ja na zawsze zostałabym sama w mojej małej nieskończoności...
Nikt nie wie, co będzie po śmierci. Grecy wieżą w bogów i krainę Hadesu, do której trafiają zmarli. Rzymianie widzą to podobnie, tylko że ich bóg nazywa się inaczej. Według Egipcjan dusza musi przejść jakieś specjalne sądy, które zadecydują o jej losie. Chrześcijanie wieżą, że po śmierci trafią do czyśćca, a z niego do Nieba lub Piekła. Nikt nie wie, jak wyglądają te miejsca. Możemy się tylko domyślać. Czy Niebo znajduje się w chmurach i wszystko w nim stworzone składa się właśnie z nich? Budynki, fontanny... O ile coś takiego mogło by istnieć. Jednak ja na miejsce zamieszkania Boga muszą tam być jakieś luksusy. A Piekło. Niby rządzi nim Szatan, ale dla mnie to po prostu bardzo zagubiona dusza. O, spójrzcie, Laura [Annabeth :P] obala politykę kościoła. Ale tak według mnie właśnie jest. Czy w piekle jest pełno ognia i lawy, wszystko jest ciemne, a dusze nieszczęśliwe? Czy faktycznie to Niebo jest tym, do czego dążą ludzie? Na mój gust raj można stworzyć sobie samemu, jeszcze za życia. Trzeba tylko wybrać tych, którzy będą ci w nim towarzyszyć. Ja jeszcze nie wybrałam, ale mam wrażenie, że nie zajmie mi to długo. W każdym razie dla mnie życie po śmierci nie istnieje. Żyjemy określoną ilość czasu której nie zna nikt. Ani my, ani Kościół, ani Bóg, jeśli takowy istnieje. Na mój gust w momencie śmierci która wygląda mniej więcej tak, jak wspominam to ja film nam się urywa i koniec. Na wieczność leżymy w tej samej pozycji. Bez ruchu. I nikt nie może się spodziewać, że nagle zaczniemy mrugać, podniesiemy się i poślemy temu komuś szeroki uśmiech, bo takiej sposobności nie będzie. Po prostu dla nas życie się skończy, a dla kogoś innego zacznie. Codziennie giną ludzie, jednak codziennie rodzą się nowi. Nie wiem, co ten krótki wykład który właśnie przedstawiłam miał wam uświadomić i czy w ogóle cokolwiek miał. Obrałam taki właśnie nie pasujący do niczego temat, który zafascynował mnie na tyle, że mogłabym o nim mówić cały czas. Mówiłam, że chciałabym umrzeć. To fakt, ale po moich rozmyślaniach zrozumiałam, że dobrze się stało. Ja nie stworzyłam dla siebie raju, chociaż już czułam jego smak. On to zepsuł, a teraz stara się naprawić. Stara się jak tylko może, ale ja nie umiem mu wybaczyć. Dotknęło mnie to za bardzo. Za bardzo zabolało.
Jest takie porównanie człowieka do szklanki.
Weź do ręki szklankę, a następnie ją upuść.
Szklanka się rozbiła. Czy kiedykolwiek uda się ją naprawić? Bez żadnych szkód? Bez śladu, po wyrządzonej jej krzywdzie?
To ja jestem szklanką. Nie które rany się goją, ale zostają po nich blizny, których nie da się pozbyć. Ten wybryk pozostawił w moim sercu ogromną bliznę, która nigdy nie zniknie. Nawet, jeśli wszystko wróci do normy i znowu stworzymy jako taką relację blizna będzie o sobie przypominać. Nigdy do końca mu nie wybaczę, nawet, jeśli bardzo bym chciała. To było by dla mnie za dużo...
______________________________________
Pisany od... No przynajmniej przeze mnie od piątej rano, ale jest!
Mój jakże długi wykład o świecie po śmierci może się komuś znudzić, to fakt.
Nie wiem, czemu wzięło mnie na takie przemyślenia.
Może dlatego, że Clarisse śpi, a ja miałam wreszcie szansę napisać coś od serca?
No bo przecież życie po śmierci, cierpienie i ból to idealne tematy dla zadumanej dziewczyny, prawda?
Ja to wiem. I myślę, że wy też to zrozumiecie, ale jest taka sytuacja, że Natce się pogarsza. Ma potworną depresję, z resztą Jagoda też...
Martwimy się o nie i staramy pocieszać, mimo iż dzieli nas... Dużo kilometrów.
Więc proszę, moglibyście coś zrobić? Piszcie do nich i pocieszajcie je.
Wszystko znajdziecie w zakładce kontakt.
Pozdrawiam i przypominam o zadawaniu pytań do naszego Q&A ^ ^
~AnnabethGrace : )
***
Było koło dziewiętnastej, kiedy Evan oświadczył, że musi już iść. Na pożegnanie przytulił Laurę i ledwo pomachał Rossowi - jednym z niewielu obecnych. Laura siedziała zdenerwowana. Męczyło ją poczucie winy, że nakłamała policji. Nie wiedziała, jakie mogą być tego skutki, ale nie chciała się zwierzać policjantom. Strasznie zamartwiała się tym, co mógł powiedzieć im Ross, ale jeśli powiedziałby prawdę pewnie już by u niej siedzieli i wymagali przyznania się do wszystkiego itp. Wtedy w jej głowie zaświeciło się czerwone światełko - alarm. Wiedziała, że musi to zrobić, chociaż nie miała na to żadnej ochoty. Mimo to zdecydowała się zawołać blondyna, który po kilku sekundach stał w progu jej sali.
- Coś się stało? - spytał z wyraźną troską, co tylko zabolało brunetkę. No bo co może boleć bardziej od przepełnionego troską głosu swojego... Hm... Niedoszłego chłopaka. Tak, to chyba dobre określenie.
- Nie, znaczy... Muszę cię o coś zapytać. - odpowiedziała.
- Ach tak... No. To mów. - zachęcił ją.
- Ech... Usiądziesz? - zaproponowała.
- Okay. - odpowiedział i padł na krzesło obok jej łóżka. Wpatrywał się w nią z zaciekawieniem, troską, szczęściem, bólem i chyba miłością, jednak ona starała się nie dostrzec tego ostatniego. - To o co chodzi?
- Rozmawiałeś z policją? - spytała prosto z mostu.
- No tak. Jak każdy chyba...
- I co ci powiedzieli?
- Kazali mi mówić, co wiem.
- I co powiedziałeś?
- Nie pamiętam dokładnie, ale było chyba coś na nasz temat...
- A co dokładnie? Co oni ci powiedzieli?
- Powiedzieli, że już z tobą rozmawiali i powiedziałaś, że dość mocno się pokłóciliśmy. Pomyślałem sobie, że to prawda, ale też, że mogłaś jakoś to rozwinąć...
- I co? Co im powiedziałeś?
- Postanowiłem, że wiesz co robisz i ciągnąłem twój plan z "dosyć sporą kłótnią". Po jakimś czasie dali mi spokój, więc chyba uwierzyli...
- Nie rozumiesz. Pytam, co im tak dokładnie powiedziałeś.
- A co ja, dyktafon? - prawie krzyknął, a mi przypomniała się sytuacja w której to zapewniał mnie w mojej kuchni, że nie ma dziewczyny. Chyba na widok mojej miny i kilku łez w oczach zrezygnował. - Przepraszam.
- Nie szkodzi. Masz rację, za dużo od ciebie wymagam...
- Powiedziałem, że pokłóciliśmy się na kilka dni przed zdarzeniem. - zaczął. - Wyjaśniłem, że przez ten czas mało cię widywałem, a raczej wcale. Z tego co wiedziałem siedziałaś cała w pokoju ledwo co schodząc na posiłki. Ja się o ciebie martwiłem, więc w końcu nie wytrzymałem i do ciebie poszedłem. I dalej już wiesz. - dokończył. Więc to im powiedział? W sumie byłoby to całkiem wiarygodne, jeśli osoba nie znałaby całej prawdy...
- Dzięki. - odpowiedziałam prawie szeptem i zanim zdążyłam ugryźć się w język powiedziałam coś, czego później będę żałować. - Kochany jesteś.
- Ach tak?
- No... Siedzisz tu praktycznie cały czas. Bez sensu, skoro i tak rzadko rozmawiamy...
- Dla rozmowy z tobą mogę czekać do końca świata. - szepnął, nachylił się i pocałował mnie w czoło. - Dobranoc Lau. Wyśpij się za mnie. - uśmiechnął się, wstał i zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć wyszedł z sali. Powoli przetwarzałam wspomnienia z przed kilku sekund.
Jego wyjaśnienia. Moje "wyznanie". "Pocałunek". Miłe słowa. Wyjście. Nic wielkiego. Mogłam się jednak odezwać. Odpowiedzieć przynajmniej "dobranoc" czy coś, ale głoś ugrzązł mi w gardle i wydostaje się dopiero teraz, a brzmi jak mieszanka jęku, westchnięcia i szlochu. Nic ciekawego, jednak na tyle by zwrócić uwagę pielęgniarki. - Nie nie, wszystko jest okay. Tak, jestem pewna, że nie muszę skorzystać z toalety. Nie, nie chce mi się pić. Mam jeszcze wodę. - owszem, niektórzy ludzie tutaj są dziwni i denerwujący, ale wiem, że bez nich wszyscy byśmy pozdychali na pierwszą lepszą grypę. Lekarze są nam potrzebni, a im potrzebne są pielęgniarki, czyli główny powód mojego zirytowania. Nie ma nic bardziej wkurzającego od babki wyglądającej na przerośniętą pięciolatkę z szerokim, białym uśmiechem i denerwującym głosikiem. Jednak muszę to zrobić, a zarazem zrozumieć, że jest to teraz praca mojej siostry. Będzie siedzieć dłużej z obcymi ludźmi, chorymi na różne paskudztwa niż ze mną. I chyba to własnie mnie boli. Będę sama. Vanessa pójdzie do roboty. Lynchowie prędzej czy później wyjadą w jakąś trasę. Evan nie będzie siedział tu wiecznie. Zostaje Piper, ale wizja w której spędzam czas z dziewczyną, która z mojej winy straciła chłopaka nie cieszy mnie zbyt bardzo. Oczywiście, później pójdę na studia i tyle z tego będzie. Będę kuć, kuć i kuć, a to tylko dla tego, że porzuciłam moje marzenia z przeszłości i spojrzałam realnie na świat, który bez tych różowych okularów wydał się takie nudny, pozbawiony smaku. Nie m to jednak dla mnie znaczenia, bo już po chwili wybrałam sobie nowy cel w życiu, który Ev ocenił jako nudę. Może ma rację? Może powinnam spróbować jeszcze raz? Chociaż. Gdzie teraz znajdzie się jakiś dobry casting? I kto o zdrowych zmysłach przyjmie do roboty dziewczynę "po próbie samobójczej"? Przecież jasne, że nikt. Muszę zapomnieć o tym. Podjęłam decyzję i nie mam serca jej zmienić.
Tak samo, jak nie mam serca wybaczyć Rossowi.
No właśnie, jest jeszcze on. Pamiętam, jakiego go poznałam. Wesołego, pogodnego i roześmianego chłopaka, który co chwilę musiał poprawiać grzywkę, bo opadała mu na oczy. Miłośnika wody i największego wroga mleka na ziemi. Kłodę pod drzwiami mojej sypialni. Teraz mogę to stracić, wybierając to ponure, nudne życie. Jednak z tym, które sobie wymarzyłam też nie byłoby łatwo. On jeździł by z zespołem po świecie, kiedy ja nagrywałabym przeróżne role. Jak się spotkać, to nie na długo.
Przypominam sobie, jak siedzieliśmy w kawiarni. Kiedy już mieliśmy się pocałować gołąb uderzył w szybę. Może to nie był przypadek? Najpierw gołąb, później telefon. Nic nie szło po naszej... Przynajmniej mojej myśli. Później przypominam sobie nasz pierwszy pocałunek. Nie był moim ogólnie pierwszym, ale jednym z najlepszych. Jest jeszcze ten następny, w kawiarni. Ta cudowna chwila zapomnienia wśród tych wszystkich ludzi. Na wspomnienie jego ust na moich serce przyśpiesza. Mam wrażenie, że z piersi przeniosło się do gardła. Mam problem z oddychaniem. Kiedy już udaje mi się wciągnąć gwałtownie tlen wybucham płaczem. I to nie takim zwykłym typu: "ojeju, jest mi smutno rozpłaczę się", tylko prawdziwym, głośnym, przeraźliwym szlochem. Żałuję, że go nie zatrzymałam. Siostra przyjdzie tu dopiero rano. Evan niedawno wyszedł. Ross też. Rydel i reszta nie mogą wchodzić bez pozwolenia lekarza. Po chwili zaczynam zastanawiać się, czym Ross i Evan sobie zasłużyli. Ross pewnie tym, że to on zadzwonił po karetkę, to on mnie znalazł i to on starał się jak mógł, żebym nie wykrwawiła się na śmierć, co w jakimś sensie jednak się stało. Ale przeżyłam. Nie wiem czemu, na mój gust lepiej by było, jakbym umarła. Wszyscy mieli by spokój. Znaczy jakiś czas by zajęło, zanim by się pozbierali, ale później ilość prac codziennych odsunęła by ich myśli z dala ode mnie, a ja na zawsze zostałabym sama w mojej małej nieskończoności...
Nikt nie wie, co będzie po śmierci. Grecy wieżą w bogów i krainę Hadesu, do której trafiają zmarli. Rzymianie widzą to podobnie, tylko że ich bóg nazywa się inaczej. Według Egipcjan dusza musi przejść jakieś specjalne sądy, które zadecydują o jej losie. Chrześcijanie wieżą, że po śmierci trafią do czyśćca, a z niego do Nieba lub Piekła. Nikt nie wie, jak wyglądają te miejsca. Możemy się tylko domyślać. Czy Niebo znajduje się w chmurach i wszystko w nim stworzone składa się właśnie z nich? Budynki, fontanny... O ile coś takiego mogło by istnieć. Jednak ja na miejsce zamieszkania Boga muszą tam być jakieś luksusy. A Piekło. Niby rządzi nim Szatan, ale dla mnie to po prostu bardzo zagubiona dusza. O, spójrzcie, Laura [Annabeth :P] obala politykę kościoła. Ale tak według mnie właśnie jest. Czy w piekle jest pełno ognia i lawy, wszystko jest ciemne, a dusze nieszczęśliwe? Czy faktycznie to Niebo jest tym, do czego dążą ludzie? Na mój gust raj można stworzyć sobie samemu, jeszcze za życia. Trzeba tylko wybrać tych, którzy będą ci w nim towarzyszyć. Ja jeszcze nie wybrałam, ale mam wrażenie, że nie zajmie mi to długo. W każdym razie dla mnie życie po śmierci nie istnieje. Żyjemy określoną ilość czasu której nie zna nikt. Ani my, ani Kościół, ani Bóg, jeśli takowy istnieje. Na mój gust w momencie śmierci która wygląda mniej więcej tak, jak wspominam to ja film nam się urywa i koniec. Na wieczność leżymy w tej samej pozycji. Bez ruchu. I nikt nie może się spodziewać, że nagle zaczniemy mrugać, podniesiemy się i poślemy temu komuś szeroki uśmiech, bo takiej sposobności nie będzie. Po prostu dla nas życie się skończy, a dla kogoś innego zacznie. Codziennie giną ludzie, jednak codziennie rodzą się nowi. Nie wiem, co ten krótki wykład który właśnie przedstawiłam miał wam uświadomić i czy w ogóle cokolwiek miał. Obrałam taki właśnie nie pasujący do niczego temat, który zafascynował mnie na tyle, że mogłabym o nim mówić cały czas. Mówiłam, że chciałabym umrzeć. To fakt, ale po moich rozmyślaniach zrozumiałam, że dobrze się stało. Ja nie stworzyłam dla siebie raju, chociaż już czułam jego smak. On to zepsuł, a teraz stara się naprawić. Stara się jak tylko może, ale ja nie umiem mu wybaczyć. Dotknęło mnie to za bardzo. Za bardzo zabolało.
Jest takie porównanie człowieka do szklanki.
Weź do ręki szklankę, a następnie ją upuść.
Szklanka się rozbiła. Czy kiedykolwiek uda się ją naprawić? Bez żadnych szkód? Bez śladu, po wyrządzonej jej krzywdzie?
To ja jestem szklanką. Nie które rany się goją, ale zostają po nich blizny, których nie da się pozbyć. Ten wybryk pozostawił w moim sercu ogromną bliznę, która nigdy nie zniknie. Nawet, jeśli wszystko wróci do normy i znowu stworzymy jako taką relację blizna będzie o sobie przypominać. Nigdy do końca mu nie wybaczę, nawet, jeśli bardzo bym chciała. To było by dla mnie za dużo...
______________________________________
Pisany od... No przynajmniej przeze mnie od piątej rano, ale jest!
Mój jakże długi wykład o świecie po śmierci może się komuś znudzić, to fakt.
Nie wiem, czemu wzięło mnie na takie przemyślenia.
Może dlatego, że Clarisse śpi, a ja miałam wreszcie szansę napisać coś od serca?
No bo przecież życie po śmierci, cierpienie i ból to idealne tematy dla zadumanej dziewczyny, prawda?
Ja to wiem. I myślę, że wy też to zrozumiecie, ale jest taka sytuacja, że Natce się pogarsza. Ma potworną depresję, z resztą Jagoda też...
Martwimy się o nie i staramy pocieszać, mimo iż dzieli nas... Dużo kilometrów.
Więc proszę, moglibyście coś zrobić? Piszcie do nich i pocieszajcie je.
Wszystko znajdziecie w zakładce kontakt.
Pozdrawiam i przypominam o zadawaniu pytań do naszego Q&A ^ ^
~AnnabethGrace : )
CZYTAĆ!
Wiem, jest późno (u nas w Rossington jest właśnie 3:08), ale...
Co powiecie na to, żebym z Annabeth odpowiedziała na wasze pytania (zrobiły coś w stylu Q&A)?
Pod notką dodawajcie swoje pytania. Z góry uprzedzamy: nie odpowiemy na pytania "Jak naprawdę macie na imię?" i "Dodacie swoje zdjęcia?", bo nie odpowiemy na nie. Sorkiiii
Jeśli pod tym postem będzie co najmniej 30 pytań, odpowiemy.
Rozdział niedługo! :)
C.
Co powiecie na to, żebym z Annabeth odpowiedziała na wasze pytania (zrobiły coś w stylu Q&A)?
Pod notką dodawajcie swoje pytania. Z góry uprzedzamy: nie odpowiemy na pytania "Jak naprawdę macie na imię?" i "Dodacie swoje zdjęcia?", bo nie odpowiemy na nie. Sorkiiii
Jeśli pod tym postem będzie co najmniej 30 pytań, odpowiemy.
Rozdział niedługo! :)
C.
Subskrybuj:
Posty (Atom)