niedziela, 10 maja 2015

Notka / Isabelle / Blog again!

No witem witem.
Ogłaszam, iż jestem mocno sbkdbzhfnsjdb ponieważ współtwórczyni bloga ogłosiła przerwę.
Ja tego nie zrobię tylko dlatego, że gdybym była czytelnikiem tego bloga to bym się wk jqnsasdsd iła na mnie i Klaryse.
Jednak ogłoszenie brzmi:
Blog!
    Blog!
  Blog!
           Blog!
BLOOOOOOOOOOOG!
          Blog!
darknessbecomesme-raura.blogspot.com
winc zapraszam
i żegnam
rozdział może w przyszłym tygodniu
zobaczy się

~Isabelle Grace 


piątek, 8 maja 2015

Notka /Clarisse

Hej?
Nie mam pojęcia, jak zacząć tę notkę, której zresztą nigdy nie chciałam zaczynać. 
Wiem, jestem na Bloggerze tylko od roku, co ja o tym wiem, bla bla bla.
Może i niewiele, ale za to bardzo dużo mnie ta przygoda tu nauczyła.
Ale nie o tym.
Jak pewnie się spodziewacie, odchodzę z Bloggera (tymczasowo).
Pisanie nie sprawia mi już takiej przyjemności, co kiedyś, a publikowanie tego na blogu z hobby zmieniło się w uciążliwy obowiązek, z którego nie potrafię się wywiązać. Nie mam pojęcia, jakim cudem osoby tutaj prowadzą po pięć blogów, kiedy ja nie umiem zająć się dwoma, z czego jeden jest współdzielony...
Ironia, hm?
Poza tym, dzieje się u mnie bardzo dużo - zdecydowanie za dużo, żebym zaprzątała sobie głowę blogiem. Głównie chodzi o sprawy prywatne, którymi muszę się zająć sama. Kiedy się w końcu ogarnę, pewnie wrócę. Na razie nie mogę.
Do tego dochodzi jeszcze końcówka roku szkolnego, a ja dostałam szansę na rozwijanie swoich "talentów", której nie chcę zmarnować.
Jak już napisałam, to tylko tymczasowe. Mimo wszystko nie wytrzymałabym długo, bo bardzo was kocham.
Rozdział 8 na moim blogu (czy tam 9, sama nie pamiętam) pojawi się może za parę dni, bo mam jakieś 10 stron A4 i niemądrze byłoby to zmarnować.
Zostawiam was z Isabelle, jednakże to nie znaczy, że ja nie będę nic robić, o nie nie. W miarę możliwości będę jej pomagać. Moja przerwa wiąże się niestety z rzadszym publikowaniem rozdziałów, bo przecież Isabelle też ma niemało roboty.
Przepraszam.

czwartek, 7 maja 2015

Rozdział 3: "I won't let you go so don't let go of me, I wanted something more, I wanted this right here"

    – No dooobra, Rossiu, kim była ta dziewczyna z którą dzisiaj spacerowałeś? – spytał na wstępie Rocky. Młodszy pokręcił głową i wyjął sok z lodówki, a następnie odkręcił karton i wyżłopał pół jego zawartości. – Mama nie pozwala pić z gwinta. 
    – A czy mama tu jest?
    – Żebyś wiedział, młody człowieku.
    – Cześć, mamo, miło cię widzieć – uśmiechnął się, a ona wyrwała mu karton i odłożyła do lodówki. 
    – Co, Rossiu, zdradzasz Camillę?
    – Prawie trafiłeś, przygłupie – warknął. – Nie, nie zdradzam. Laura chciała, żebym oprowadził ją po mieście, ponieważ dopiero co przyjechała. No i pomagam jej z angielskim, bo jest z tego bardzo słaba. 
    – Aha, ale Camellia nie wie, że się z nią widujesz? – dopytywał.
    – Na imię ma Camille, no i nie wie, ponieważ raz się z Laurą widziałem. – tłumaczył Ross.
    – Każdy tak mówi - stwierdził Rocky i wyiągnął z szafki paczkę chipsów o smaku cebuli. - Ja na szczęście jestem wierny swojej wybrance. - Spojrzał na paczkę wzrokiem pełnym miłości. Zapewne też tak się czuł. Blondyn zaśmiał się w duchu i poszedł na górę, do swojego pokoju. Z kieszeni wyciągnął telefon i napisał do Camille. 

"Hej, co powiesz na kręgle? Jutro?"
"Brzmi fajnie. O której?" odpisała, a on uśmiechnął się sam do siebie.
"12:00? Wpadnę po Ciebie."
"Może być. To do jutra."
"Paa, kocham Cię. Dobranoc."
Po czym padł na łóżko i przygniótł zagrzebanego pod kocem Kota.
    – Sorry - mruknął do zwierzaka, który prychnął i zwiał pod kaloryfer. 


*dzień później*

Chłopak obudził się, gdy Kot wskoczył mu na brzuch, a raczej okolice podbrzusza. Jęknął, zepchnął zwierzaka i spojrzał na zegarek. 7:15. 
Co jest nie tak z tymi zwierzętami... Gorsze niż niewyłączony budzik. 
Albo brat.
    – WITAJ, ŚPIOCHU! – Do pokoju wleciał uśmiechnięty Rocky, gniotąc pod pachą pudełko ciasteczek. Na twarzy miał okruszki z czekolady, a oczy tak błyszczące, że Ross zastanawiał się, czy nie posypane brokatem. 
    – Nie – odpowiedział i schował się pod kołdrą. 
    – Słuchaj, dzisiaj jest bardzo bardzo bardzo bardzo ważny dzień! – Brat uparcie nie dawał mu spać. Za jego plecami Ross wyczaił niepewnego Rylanda, który rozglądał się po pomieszczeniu jakby go tu nigdy nie było.
    – Rocky, mama każe ci się zamknąć. 
    – Jedna osoba tanga nie zatańczy – odparł starszy.
    – Do prośby dołącza się Riker i tata, no i ja.
    – Ja też – stęknął blondyn, który wciąż leżał w łóżku. Podniósł się jednak do pozycji siedzącej i spojrzał na obu wrogo. – Wypad stąd, macie cały dom do kłócenia się.
    – Ale tam jest niefajnie. U ciebie przytulnie i Kot gryzie nogę od pianina...
    – To go kopnij, ale lekko. Miał tego nie robić. – Chłopak wstał i się przeciągnął. Już czuł, z jaką chęcią walnie się wieczorem na swój mięciutki materac i zagrzebie w pościeli... Jednak miał przed sobą cały dzień, który musiał jakoś przeżyć. Jedynym jego zmartwieniem był fakt, że Laura mogła się pojawić w każdej chwili, a idzie przecież z Camille na kręgle... Byłoby kiepsko, gdyby nagle pojawiła się jakaś dziewczyna słabo znająca język, która chce czegoś od niego chce. 
  Wyprowadziwszy braci z pokoju i wyrzuciwszy Kota na balkon podszedł do szafy, wyciągnął ciuchy i wmaszerował do łazienki. Wziął szybki prysznic, umył zęby (i tak nie miał zamiaru jeść śniadania), po czym stanął przed lustrem i zaczął zapinać guziki swojej koszuli. Po poprawieniu kołnierzyka wyszedł z pokoju czystości i zszedł na dół, gdzie hałas i wrzawa porównywalne były do co najmniej targu. Rozejrzał się i usiadł na wolnym krześle. Chwycił gazetę, którą przed chwilą odrzucił od siebie Riker i zaczął czytać. Jego starszy brat chwycił bułeczkę i zatopił w niej swe zęby. Stormie zaganiała w tym czasie Rocky'ego do stołu. Mark najwidoczniej się zamyślił, bo od pięciu minut wpatrywał się w okno nie racząc swojej kawy nawet spojrzeniem.
Rydel siedziała u siebie i smarkała w chusteczki, wciąż przeklinając słabą pamięć Ellingtona. 

Tym czasem na rynku Laura patrzyła na kilka młodych osób biegających obok magicznego miejsca, z którego leci woda, trzymających dziwne przedmioty o nazwie "lody". 

Mimo wszystko o godzinie 12:00 Ross czekał pod domem swojej dziewczyny, tak jak obiecał, po czym oboje wybrali się na kręgle. Rozegrali jedną partię, którą, ku zaskoczeniu obojga, wygrała Camille, z czego oboje śmiali się później jak nienormalni. Następnie zamówili sobie pizzę i colę, po czym usiedli w przy stoliku i zjedli ją w zupełnym przeciwieństwie ciszy. Było śmiesznie, aż nagle rozdzwonił się telefon Ross'a. Chłopak wyciągnął telefon - nieznany numer. Spojrzał na ekran zaskoczony, jednak odebrał.
    – Halo? – mruknął, jednocześnie odgryzając czubek pizzy.
    – Co ty robić? – usłyszał po drugiej stronie, przez co się zakrztusił. Camille posłała mu zdziwione spojrzenie. Odsunął telefon od ust, po czym powiedział swojej dziewczynie, że zaraz wraca. Wstał i odszedł kilka metrów od stolika.
    – Skąd masz mój numer? – warknął.
    – Siostra twoja mi dać.
    – Rozmawiałaś z Rydel?! – wrzasnął. 
    – Tylko trochę... No wiesz, twój numer chciałam...
    – Po co ci do jasnej ciasnej mój numer?! Nie dzwoń do mnie! 
    – Więc mam czekać aż przypadkiem na mieście cię spotkam? Nie lepiej numer twój mieć?
    – NIE.
    – Przepraszam?
    – Za późno na to trochę. Po prostu... Nie dzwoń do mnie więcej, zgoda?
    – Yhm. 
    – Cześć.
    – Yhm.
  I się rozłączył. Aktualnie miał ochotę rzucić telefonem o ścianę lub podłogę, ewentualnie rozbić głowę siostrze. Lub Laurze. Jeden kit, obie zawiniły.
  Wrócił do stolika i upił łyk coli. Był wkurzony i spięty, co wyglądało dość zabawnie gdy pił przez różową słomkę. 
    – Wszystko gra? – spytała Camille, łapiąc go za wolną dłoń. Złapał ją i opuścił głowę, przez co włosy spadły mu na oczy. Dziewczyna szybko je poprawiła, wywołując tym jego uśmiech.
    – Nie. Znaczy, tak. To jest... poniekąd... Ja... Nie wiem, jak to wyjaśnić...
    – Nic nie musisz mi wyjaśniać. To twoja sprawa, czy się tym ze mną podzielisz, czy nie.
    – Ty chcesz wiedzieć – stwierdził i bardziej wyszczerzył zęby.
    – Jak nie wiem co. Mówże! – przyznała z błyskiem w oczach, na co blondyn zareagował cichym śmiechem.
    – Wczoraj spotkałem na mieście taką dziewczynę, która dopiero co przyjechała. No wiesz, nie wie, gdzie co jest, jej angielski - żenada. Poduczyłem ją trochę i oprowadziłem po mieście. Myślałem, że to wielki, szczęśliwy koniec naszej znajomości, jednak teraz okazuje się, że rozmawiała z Rydel, która dała jej mój numer – opowiedział zażenowany i trochę przerażony. Nie wiedział, jak Camille może na to zareagować, a wolał nie ryzykować [HEEEJ jaki rym XD ~isabelle].
    – Hmm. I to ona do ciebie dzwoniła? – dopytywała, a Ross coraz bardziej panikował.
    – Noo, tak. – Spojrzał na nią przerażony, a ona wybuchnęła śmiechem.
    – Przecież to nic! Myślałeś, że zrobię ci burę, prawda? – uśmiechnęła się do niego, a on pokiwał twierdząco głową. – Głupek z ciebie. Ale jaki kochany! Kocham cię, wiesz? 
    – Też cię kocham, Cam – szepnął i już miał ją pocałować, kiedy się odsunęła. Jego wzrok mówił: "Ale o co chodzi?".
    – To jest miejsce publiczne, a już ostatnio się tobą paparazzi zainteresowali – przypomniała mu. Zrobił obrażoną minę, po czym wstał. 
    – Nie obchodzi mnie to. Jestem na randce z dziewczyną czy nie? Mam prawo do buziaka czy nie?
    – No jesteś, no i masz, ale dopiero jak stąd wyjdziemy. Chciałbyś może dzisiaj do mnie wpaść? – spytała z nadzieją. 
    – Chętnie. Biorąc pod uwagę, że w moim domu spokoju nie zastaniemy...
    – Taak, twoi bracia są szurnięci – przyznała.
    – Pff, żebyś ty widziała, co oni robią, jak nie ma gości. Powiadam ci, mama kiedyś ich smyczą do kaloryfera przypiąć chciała – wspominał. Odwrócił wzrok w stronę towarzyszki i uśmiechnął się szeroko. Wstał, wyciągnął do niej rękę, a później razem ruszyli z powrotem na tor. – Tym razem dam ci fory.
    – Jesteś pewny? Może to ja powinnam dać je tobie? – odparowała pokazując mu język. Zrobił to samo po czym pchnął kulę. Na ekraniku pojawił się magiczny napis "Strike" a chłopak uśmiechnął się zwycięsko, patrząc na pustkę w miejscu, gdzie stały niegdyś kręgle. 
    – Hmm, myślę, że wymieniając tę opcję rozpoczęłaś, skarbie, wojnę.

Godzinkę później Camille śmiała się idąc z Ross'em za rękę. Chłopak, mimo swojego zachwycającego startu, ponownie przegrał, co zniszczyło jego humor. Szedł przed siebie, nie patrzył na jezdnię, wzrok miał jakiś błędny, na pytania nie odpowiadał... Cam zaczęłaby się o niego martwić, gdyby nie znała swojego chłopaka. Na jej i jego szczęście znała go bardzo dobrze, więc wszystko miało być okay. Nagle rozdzwonił się telefon chłopaka, co chyba przebudziło go z transu. Odebrał.
Uwadze brunetki nie umknęło to, że nagle cały poczerwieniał, a w jego oczach jakby zapłonął ogień.
    – Mówiłem, że masz do mnie nie dzwonić! – wrzasnął. – Czego znowu chcesz?! – Camille już wiedziała, z kim rozmawia, jednak nie chciała mu przeszkadzać. Pomogła mu w dotarciu pod drzwi, wyciągnęła klucze i otworzyła dom. Wstąpiła do niego wraz z blondynem, który, jak nakazały lekcje dobrego wychowania u Marka i Stormie, zajął się zdejmowaniem butów.
     – Nie obchodzi mnie to, Laura! Zajmij się swoim życiem, moje zostaw w spokoju! Poza tym, jest 17:00, godzina Nie-dzwoń-do-Ross'a-chyba-że-masz-naleśniki. Co byś zrobiła, gdybym zadzwonił do ciebie o trzeciej w nocy mówiąc, że upiekłem pierniczki? – zastopował na chwilę, co Camille wykorzystała i poszła zrobić popcorn. – No wiesz, piernik, takie ciasteczko, które piecze się na Święta... Jak to, co to są Święta. Boże jedyny, ty tak poważnie? 
  Brunetka w tym czasie rozkładała koce w swoim pokoju. Popcorn i napoje (w postaci soku, wody i sprite'a) już tam były. Kiedy skończyła, zajęła się włączaniem telewizora i DVD.
    – Dobra, ja poważnie muszę kończyć! Mam swoje plany, ty lepiej też sobie jakieś znajdź. A, i najlepiej nie kontaktuj się więcej z moją rodziną bez mojej wiedzy, zgoda? Fajnie, to cześć. – Westchnął i ruszył schodami na górę. Szybko znalazł pokój dziewczyny, w którym bywał już nie raz. Zastał ją siedzącą po turecku na łóżku z kilkoma filmami na płytach. – No, pokaż, co tam masz.
    – Czemu znowu do ciebie dzwoniła?
    – Chciała wiedzieć, czy moglibyśmy się jutro spotkać. No wiesz, dowiedziała się, że w mieście jest jeszcze wiele nie odkrytych przez nią miejsc jak wysypisko śmieci lub dworzec metra, więc chce je zobaczyć. W sensie, miasto. Co do joty.
    – A ty? Chcesz się z nią zobaczyć?
    – Nie wyczuwasz mego entuzjazmu– warknął, przez co przemknął jej po plecach dreszcz. Nie mogła jednak się nie zgodzić, że wkurzony Ross równa się bardzo przystojny Ross, więc pocałowała go. Chłopak natychmiast odwzajemnił gest. Dziewczyna jedną rękę wplotła w jego włosy, drugą zaczepiła się o koszulkę. Blondyn, bardzo lubiący, gdy ktoś bawi się jego włosami, oddał się tej przyjemności i od czasu do czasu pomrukiwał cicho. Gdy Camille się od niego odsunęła, jęknął niezadowolony.
    – Mieliśmy oglądać film – szepnęła mu do ucha, na co uśmiechnął się szeroko. Doskonale wiedział, jak skończy się ich wieczór filmowy, więc pomógł dziewczynie w wyborze filmu, po czym razem z nią położył się wygodnie na łóżku i skubiąc popcorn zagapił się w... Gwiezdne Wojny*.


Tym czasem w domu Lynchów Rydel rozmawiała z Rockym o Laurze. Chłopak żuł w tym czasie gumę i puszczał balony. Dziewczyna trajkotała jak nakręcona, co bardzo irytowało siedzącego po drugiej stronie stołu Rikera. Prawie tak, jak powtarzający się dźwięk pękającej balonówy. Sięgnął po słuchawki Rylanda, podpiął je do telefonu, założył na głowę i aż jęknął zadowolony, kiedy jego uszu dobiegły kojące dźwięki basu.
    – Psst, Trzeba mu sprawdzić telefon, może on tam Greya ma na audiobooku, że tak jęczy – stwierdził Rocky, po czym zrobił balona z gumy, która pół godziny temu miała smak truskawki.
    – Nie mów do mnie, myślę. Nie uważasz, że Laura by pasowała do Ross'a?
    – Nie uważasz, że Riker powinien wyregulować sobie brwi?
    – Nie sądzisz, że powinieneś się zamknąć? Naprawdę, Laura i Ross superaśnie by ze sobą wyglądali.
    – Czy zauważyłaś wcześniej tego piega na jego twarzy? – spytał szatyn, wskazując na brata. Ten uśmiechnął się jak aniołek, po czym walnął Rocky'ego z pięści w zęby. – ZARAZ, DAJ MI MOMENT! 
    – Może powinnam zainterweniować? Może Ross zauważy w końcu, że Laura jest super i się w niej zakocha i zostawi te podłą, zdzirowatą, s... AUA! – krzyknęła, gdy dostała słuchawką w oko. – OBAJ MACIE PRZERĄBANE! – i rzuciła się na nich, okładając ich tak, jak oni nigdy nie odważyliby się oddać jej.
    – Eeej, ekipa – mruknął RyRy wchodząc do pokoju. Rodzeństwo na chwilę zaprzestało walki i spojrzało na najmłodszego.
    – CZEGO – warknęli jednocześnie, a Rocky "przypadkiem" upuścił pięść na oko Rik'a.
    – Zauważyliście, że Ross'a jeszcze nie ma?
    – Pewnie śpi u podłej, zdzirowatej s... ROCKY! Teraz ja miałam go walnąć! – krzyknęła blondynka, przywaliła szatynowi, po czym blondynowi.
    – Skoro tak sądzisz... Miłej zabawy. – Po czym wyszedł, zostawiając resztę samą sobie. I sile ich pięści.


Laura siedziała nad jeziorem i wpatrywała się w odbijający się w ciemnej tafli wody  księżyc. Jedyne, co mogła powiedzieć to to, że tęskniła za domem. Chciała zobaczyć już swoich rodziców, a nawet sąsiadów. Biorąc pod uwagę fakt, że Ross nie jest chętny do pomocy, poszukiwania kogoś, kto miałby równie idealne geny potrwa jeszcze bardzo długo, a ich świat skazany jest na zagładę. Cóż, przynajmniej spróbowała, prawda? To chyba też się liczy. Spojrzała w niebo, starając dostrzec wśród tych małych, lśniących punkcików swój dom. Może jego księżyce. Jednak było to zadanie trudne, a raczej niewykonalne. Westchnęła i skuliła się. Utkwiła wzrok w ptaku z podgromady Neornithes, nadrzędu neognatycznych, rzędu blaszkodziobych, z plemienia Anatini, czyli mówiąc wprost, kaczce. Ta utkwiła w niej spojrzenie swoich czarnych oczek. Dziewczynę urzekła jej zielona główka i sposób, w jaki ptaszysko na nią patrzyło. Taki... inteligentny [AHAHAHA no chyba nie~is]. 
Po chwili ptak odleciał, a Laura ponownie została sama. Wyciągnęła urządzenie zwane telefonem, dzięki któremu można było komunikować się z innymi osobami też posiadającymi to coś. Nadal uczyła się, jak właściwie działa, jednak proste czynności wykonać umiała. Sprawdziła godzinę. 21:47. Teraz nie może zadzwonić do Ross'a, w sumie prosił ją, by w ogóle tego nie robiła. Nie może zadzwonić do nikogo. Nie ma z kim porozmawiać. Jest sama. Jednak nic nie może na to poradzić. 



____________________
joł joł joł
tu ja
nie klaris
ŁUUU.
Właśnie wypiłam przeterminowany jogurt.
NARA KARTOFLAKI.






wtorek, 21 kwietnia 2015

(III) Rozdział 2: "I just wanna take you anywhere that you would like"

Z dedyczyną dla Clarisse, mojego kartofela kochanego, 
której smutno (pocieszajcie ją wszyscy)


*teraz*

    – Eeee... Co? – zdziwił się Ross. Laura jak stała, tak stała. Patrzyła na niego spokojnie dużymi, ciemnymi oczami.
    – Musimy zabrać cię na Ellan. Siedemnaście godzin będzie na zmienienie w Ellańczyka cię, bo to nie być miejsce dla ludzi z planeta Ziemia. Musimy wylecieć najszybciej jak da się.
    – Eee... Nie? – Wytrzeszczył oczy zaskoczony.
To musi być żart...
    – Ross, ty nie mieć wyjścia zbyt dużo. My bardzo potrzebować pomocy twojej.
    – Ty mówić jak Yoda – wyrwało mu się.
Haha! Bo tak jest!
    – Kto? – spytała, najwidoczniej faktycznie nie wiedząc, o co chodzi.
Jest z innej planety, przygłupie, raczej nie mają tam Gwiezdnych Wojen.
    – Nie ważne. Słuchaj, prawie cię nie znam. Ba, po prostu cię nie znam. Jeszcze dzisiaj rano nie miałem pojęcia, że kosmici istnieją, a teraz stoisz przede mną i mówisz mi, że masz mnie zabrać na swoją planetę! – przeżywał. – Ja nie chcę nigdzie lecieć! Zostaję. Mam rodzinę, dziewczynę, plany na przyszłość i...
    – My za to nie mieć szans na przyszłość.
    – Nie mój problem! Żegnam! – wrzasnął jeszcze i zostawił zaskoczoną dziewczynę(?) na miejscu. Usłyszał jeszcze ciche westchnienie, a gdy się odwrócił, jej już nie było. Wytrzeszczył oczy ponownie i ruszył przed siebie. Niestety, nie w porę się odwrócił i po chwili pływał razem z kilkoma rybkami w stawie.

*godzinkę później*

    – Nadal nie wierzę, że tak po prostu wpadłeś do stawu – mówiła Stormie do zmokniętego chłopaka, przykrytego grubym kocem, wręczając mu kubek ciepłej herbaty. On poprawił swoje wciąż mokre włosy i złapał naczynie.
    – To uwierz – mruknął i upił trochę. Po chwili odstawił kubek na stolik.
    – Myślę, że coś cię przestraszyło.
    – Awww dziękuję za troskę. – Jego głos i uśmiech były sztuczne. Po chwili znów się zasępił i mocniej opatulił kocem. Reszta siedziała u góry i nie mieli pojęcia, że jest w domu.
I dobrze, zdrajcy... Niech się nie dziwią, jak im więcej naleśników nie zrobię...
    – Ross, co się stało? Martwi mnie twoje niemiłe zachowanie...
    – Tak? Cóż, jestem równie niemiły dla ludzi nie miłych dla mojej dziewczyny jak oni są niemili dla mojej dziewczyny. – Chwila ciszy. – Dobra, owe zdanie nie miało sensu.
    – Może troszkę... – przyznała jego mama.
    – A teraz pójdę i położę się spać. Kot wrócił?
    – Tak, okupuje twoje łóżko.
    – No i fajnie – stwierdził blondyn, po czym wstał i wszedł na górę. Na korytarzu przed swoim pokojem zastał Rylanda.
    – Wróciłeś! – ucieszył się. – Co się stało?
    – Nic takiego, po prostu wpadłem do stawu – wyjaśnił zmęczonym głosem.
    – Ale nic ci się nie stało, prawda?
    – Gdzie tam, zalał mi się tylko telefon – sapnął. – Teraz chciałbym odpocząć, jeśli nie masz nic przeciwko.
    – Jasne, idź! – odsunął się. Blondyn otworzył drzwi, czym zwrócił uwagę Kota leżącego na jego poduszce. – Dobranoc – powiedział jeszcze młodszy z braci.
    – Dobranoc – burknął Ross w odpowiedzi i zamknął się w środku. Opadł na łóżko i zaczął głaskać zwierzaka. Ten zaczął mruczeć i po chwili odpłynął w świat snów o drzewach, na których rosną sardynki, a ptaki leżą na talerzach przyprawione mówiące: "Zjedz mnie...".
  Chłopak podniósł niesprawny telefon, westchnął, po czym wydobył z niego kartę sim i przełożył do swojego starego telefonu. Prawie godzinę zgrywał wszystko z powrotem i zasnął z głową na klawiaturze.


 *Kilka dni później*

  Ross, niewyspany jak nigdy, szykował właśnie kawę w ekspresie. Przetarł swoje podkrążone, przekrwione oczy i pociągnął za poplątane włosy. Od kilku nocy, a mianowicie tej nad jeziorem, nie zmrużył oka. Wczoraj,jakby tego było mało, wydawało mu się, że zobaczył te dziewczynę... Laurę(?) na swoim balkonie, jednak kiedy mrugnął, jej już nie było.
Ja już chyba świruję...
Dopiero teraz zauważyłeś? Urodziłeś się dziewiętnaście lat temu. Stary, myślałem, że bardziej spostrzegawczy z ciebie kolo...
  Do kuchni weszła Rydel i wrzasnęła na widok wraku, który niegdyś był jej bratem. Ten podniósł kubek kawy, skierował na nią swoje spojrzenie, po czym upił łyk.
    – Dzień – przerwał na chwilę. – Dobry.
    – Eee no hejka? Dobrze się czujesz?
    – Jeśli przez dobrze masz na myśli "Czuję się jak zdeptana mrówka", oraz "zaraz zasnę, tu i teraz" albo "rodzina się ode mnie odwróciła i nie popiera moich wyborów" to czuję się przebosko.
    – Jak ja kocham twój sarkastyczny ton... – odparła równie sarkastycznie, na co blondyn zaśmiał się cicho. Na tym skończyła się ich wymiana zdań. Rydel zrobiła sobie swoje płatki o smaku cynamonu i truskawek z mlekiem truskawkowym. W tym czasie Pinky się przypałętała i zaczęła ocierać o nogi chłopaka. Ten syknął, a zwierzę uciekło. Na jego twarz wpełzła duma, jednak po chwili ustąpiła miejsca zmęczeniu.
    – Chyba pójdę się dzisiaj przejść... – stwierdził. – Nie życzę sobie towarzystwa, dobra?
    – Dobra. Mów to raczej RyRy'owi. Nawet nie wiesz, jak go przeraziłeś swoim pomysłem wyjazdu – powiedziała, na co opuścił głowę. Wiedział, że jego młodszy brat bardzo go ceni. Przez praktycznie całe życie robił co mógł, by żyło mu się miło i przyjemnie. Bawił się z nim, bronił przed kolegami, pomagał w nauce oraz uczył podrywać dziewczyny. Właściwie to dzięki niemu Ryland miał dość odwagi by zagadać do Savannah i co? Są teraz parą, a młodszy ciągle dziękuje za to Ross'owi.
    – Nie chcę, żeby był smutny, ale podjąłem decyzję, Delly. Chcę tam jechać.
    – Wszyscy to wiemy. Tylko uważamy, że jeszcze nie dasz sobie rady – wyznała i podeszła do niego. Objęła go ramieniem. – Poza tym, kim byśmy byli bez ciebie, biszkopciku? Nie każ rezygnować nam z czegoś, co kochamy. A kochamy ciebie i muzykę. Nie będziemy czerpać już z tej drugiej przyjemności, gdy ciebie zabraknie – spojrzała na niego. Włosy opadły mu na twarz, tworząc zasłonę przed światem. – Pomyśl o tym – szepnęła, przytuliła go i wyszła. Gdy Ross uniósł twarz, w jego oczach błyszczały łzy.

  Ross, wyglądający niewiele lepiej niż rano, siedział w CoffeeHeaven i pił swoje latte. Przyjemny, słodki smak karmelu, przypominający mu o czasach, gdy jako przedszkolak bez górnych jedynek razem z braćmi szukał w nocy cukierków, a później zjadał je razem z nimi chowając papierki pod materace. Samo wspomnienie wywoływało uśmiech, który ostatnio rzadko pojawiał się na jego twarzy. Nagle poczuł się obserwowany. Rozejrzał się. Dopiero po chwili ją zauważył. Siedziała przy stoliku nieopodal, ubrana w zwykłe, dziurawe dżinsy, t-shirt z jakimś nadrukiem i dżinsowej kurtce. Włosy swobodnie opadały jej na ramiona, a niezwykle ciemne na tle bladej twarzy oczy wpatrywały się w niego nieśmiało.
Laura siedziała w normalnej, ziemskiej kawiarni, ubrana jak normalna, ziemska dziewczyna wśród innych, normalnych, ziemskich ludzi. Jednak nikt nie wiedział, jaka była niezwykła. Nikt, prócz Ross'a, który wytrzeszczył oczy na jej widok. Wyglądała tak...
Zwyczajnie.
Po chwili wstała i podeszła powoli do jego stolika. Dopiero teraz zauważył kubek w jej ręce.
    – Eee cześć – przywitała się, na co blondyn skinął głową. – Mogę... się przysiąść? – Zauważył, że gubiła słowa. Dziś jej angielski brzmiał jeszcze gorzej, chyba dlatego, że nikt nie podpowiadał jej, co mówić.
    – J... Jasne – odpowiedział, wciąż patrząc na nią zszokowany. Zarumieniła się lekko i usiadła naprzeciw niego. – Co ty tu robisz...?
    – Chciałam napić się czegoś... Zobaczyłam cię tu, więc porozmawiać bym chciała. Pomoc... Potrzebuję jej.
    – Tak, pamiętam tę historię... Ale nie zmieniłem zdania.
    – Nie... Nie o to chodzić – odpowiedziała, na co uniósł brew. – Ja... Nie znam tego... miejsca. Nic prawie nie wiem o nim... Muszę jeszcze być tu trochę, aż znajdą kogoś innego, bo ty nie chcieć. Muszę dowiedzieć się czegoś o Ziemia i język poznać. Po to mi twoja pomoc potrzebna.
    – Więc... szukacie kogoś innego?
    – Nadal jesteś najlepszym kandydatem ale... tak, my nie mieć innego wyjścia.
    – My nie mamy innego wyjścia.
    – Co?
    – Powiedziałaś, że potrzebujesz pomocy z językiem. No to ci pomagam.
    – Więc pomożesz?
    – Jedna z niewielu rzeczy, w której ewentualnie mogę ci pomóc.
    – Ja... Bardzo dziękuję ci... To bardzo dużo znaczyć i...
    – Bardzo ci dziękuję i znaczy – poprawił ją z uśmiechem, a ona zarumieniła się mocniej.
    – Przepraszam, że na ciebie naskoczyć wtedy wieczorem... I że tak zniknąć nagle... nie wiedziałam, że wpadniesz w staw.
    – Naskoczyłam, zniknęłam i do stawu. Ależ nie ma za co, skąd mogłaś wiedzieć – wzruszył ramionami.
    – Naprawdę mi pomożesz?
    – Jasne, czemu nie? Tylko nie uprowadzaj mnie z planety, dobra? – spytał dla żartu, a ona wytrzeszczyła oczy.
    – Nie, ja... nie... Nie zrobię tak... Ja...
    – Przecież żartuję – uśmiechnął się szeroko, a ona opuściła głowę. Uśmiech spełzł z jego twarzy. – Wy nie żartujecie u siebie? – spytał, a ona przytaknęła. – Wow. Musi być trochę... Nudno. – Ponownie przytaknęła.
    – Mówiłam, że my nie... nie okazywać... radość...
    – Rozumiem, przepraszam. – Zawstydził się trochę. Nawet fajnie się z nią rozmawiało.
Taa póki nie chce wywieźć cię na swoją planetę jest git.
    – I okazujemy, jak już.
    – Yhm... – Dopiero teraz zauważył nadruk na jej koszulce. "A ufo nie jest zielone".


  Oprowadzał ją po mieście. Pokazał jej centrum handlowe, plażę i park, a nawet swój dom. Patrzyła na wszystko zainteresowana i co jakiś czas zadawała pytania o przypadkowe przedmioty.
    – Co to?
    – To jest rower. Ludzie jeżdżą na nich dla zabawy, kiedy chcą pomóc planecie, albo kiedy nie stać ich na auto.
    – A co to auto?
I mniej więcej tak to wyglądało. Gdy przechodzili przez park zauważyli parę całującą się przy stawie.
    – A co oni robią?
    – Chyba okazują sobie miłość. Ewentualnie chcą się pożreć – mruknął.
    – Wy się na swojej planecie pożeracie? – zapytała mocno zaskoczona.
    – Nie. To był tylko żart.
Jednak przestało być tak fajnie, gdy na środku miasta zobaczył ich Rocky. Chłopak ten, wysłany przez Stormie po jajka, wpatrywał się w dwójkę spacerowiczów zdziwiony... może trochę przerażony. Nie ujawnił się jednak, tylko poszedł do sklepu.
  Gdy niebo pociemniało, Ross powiedział swojej towarzyszce, że musi iść do domu, ponieważ jest bardzo zmęczony, a bardzo prawdopodobnym jest, że rodzina będzie się martwić.
    – Dobrze, przecież cię nie zatrzymuję – oznajmiła Laura, której angielski po dniu powtarzania i słuchania ludzi trochę się poprawił. – Dziękuję.
    – To nie problem. Miło spędziłem czas. – Uśmiechnął się, na co ona patrzyła spokojnie. Po chwili skinęła głową, odwróciła się i odeszła w ciszy.


   __________________________________
Noo eee
chyba może być nie?
"No przecież wiem, że Yoda to facet"
"No przecież wiem, że Laura to laska"
^ moja i Clarisse wymiana wiadomości
dnia niedawnego, bo 19ego kwietnia, niedziela.
Pozdrawiam ją bardzo
i Anabell może też
ale nie wiem.
NATURWISSENSCHAFTEN
(czytać z mocno niemieckim akcentem xD)
nie no
Zàijiàn

~Izzydeusz Grace
     

sobota, 18 kwietnia 2015

(III) Rozdział 1: "Won't let myself believe that what we feel is wrong"

*wcześniej*
Siedziałem właśnie w parku z moją dziewczyną, Camille. Jedliśmy lody, słonko świeciło, wróble ćwierkały na drzewach i wszystko było cacy. 
    – To o czym musiałeś pogadać? – spytała Cam, a ja przerwałem jedzenie. 
    – No więc. Od jakiegoś czasu planuję się przeprowadzić...
    – Tak? 
Nie, szpak.
    – No. Tylko że do Nowego Jorku.
    – Tak daleko?!
    – No... Tak. Problem tkwi w tym, że strasznie bym za tobą tęsknił i wiesz... Chciałem spytać, czy nie pojechałabyś ze mną. 
    – Ross to... Trochę niespodziewane. Nie mogę na razie udzielić ci konkretnej odpowiedzi, ale bardzo chętnie bym z tobą pojechała.
Uff. To teraz jeszcze trzeba pogadać z rodzinką!
I nie umrzeć.
Nie noo przecież ostatnio nie jest tak źle... Są tylko dość wyraźnie przeciwni twojemu związkowi z Camille.
Zaraz wyraźnie ci przywalę.
    – Bardzo mnie to cieszy. Nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak bardzo – tłumaczyłem, a ona zawijała jeden ze swoich loków na palec. I się uśmiechała.
Halo, wieża do Ross'a, gapisz się.
Również się uśmiechnąłem, po czym wstałem i wyciągnąłem rękę w jej stronę. 
    – Chodź, przejdziemy się jeszcze.

*troszeczkę później*
Szedłem właśnie z Cam w kierunku mojego domu, gdyż zostałem wezwany na obiad. Po wejściu do domu krzyknąłem tradycyjne:
    – JESTEM! 
    – Nie drzyj się tak – syknął Riker. – Rydel ma zły dzień. Ooo witaj Caroline.
    – Camille – poprawiliśmy go jednocześnie. 
    – Jeden kit – dodał i zniknął. Prychnąłem. Nie rozumiem, czemu moja rodzina jej tak nie lubi. Przecież nie zrobiła nic złego (może tylko raz, ale to nic ważnego i mega okropnego)... 
    – Synu, chodź tu! – zawołał tata.
    – KTÓRY?! – poniosło się po domu, a z góry dobiegł mnie wkurzony wrzask mojej siostry. Auć, oberwiemy później. 
    – Najlepiej młodsza złotowłosa.
    – Rozgość się – powiedziałem do mojej dziewczyny, która uśmiechnęła się lekko i poszła na górę, pewnie do mnie. Z uśmiechem wstąpiłem do kuchni.
    – Tak, ojcze? – rzuciłem.
    – Zanieś to na stół. A, i jeśli Carmen przyszła, weź dodatkowy talerz i sztućce – poinstruował i wręczył mi stosik talerzy.
    – Nauczycie się kiedyś jej imienia? – spytałem.
    – Poczekaj, ja jestem stary, mam pod moim dachem siedem osób, nie każ mi pamiętać imienia ósmej. No i weź pod uwagę, że nie jestem najmłodszy. A teraz do jadalni z tą porcelaną, zaraz będziesz pomagał mi nosić jedzenie.
    – Ale czemu ja? Nie może tego zrobić Riker? Siedzi i telewizor ogląda...
    – To go zgarnij jak będziesz iść – mruknął tata i sprawdził stan zupy. W drzwiach minęła mnie mama w swoim fartuchu w kropki i klasycznym uśmiechem oznaczającym "pomagaj dalej, może podniosę ci w tym miesiącu kieszonkowe". 
Wszedłem do jadalni, porozstawiałem talerze i podszedłem do kanapy, na której leżał Riker.
    – Rikeeeeer – jęknąłem. – Rik, proszę, pomóż mi nosić z kuchni...
    – Daj mi się zastanowić... Nie.
    – Ale ja cię tak pięknie proszę... – Zrobiłem minę zbitego szczeniaczka. Spojrzał na mnie kątem oka i westchnął. 
    – Niech ci będzie, ale dajesz mi za to trochę twojej czekolady. 
    – Okay! – zawołałem z uśmiechem i odbiegłem.
    – Ross, nie biegaj po domu – upomniała mnie mama i wręczyła mi duży garnek zupy. Riker'owi podała talerz kotletów i miskę ziemniaków, które natychmiast zanieśliśmy na stół. Riker nosił napoje, a ja wgapiałem się w pyszności już na nim leżące. To mięsko tak bosko pachnie...
    – Ej! Pomagaj a nie! – oburzył się mój starszy brat. Westchnąłem i odwróciłem się z grymasem od stołu.
Jeszcze je zjem. 
W salonie Rocky, mój następny starszy brat i Ellington, mój starszy nie-brat oglądali jakiś film.
    – Jezu, ten kosmitol go zaraz zeżre – przeżywał Rocky.
    – No nie... – zawtórował mu Ell i zjadł kilka żelków.
    – A jak nas tak kiedyś ufiaki będą chciały zjeść? – rozmyślał młodszy z nich. 
    – Dwie sprawy – rzuciłem, zabierając im żelki. – Zaraz jest obiad. Druga, wy wiecie, że kosmitów nie ma, prawda?
    – Jasne, tak samo jak jednorożców! – mruknął Ratliff.
    – I potwora z Loch Ness! – dodał Rock.
    – Albo yeti. Co by było, gdyby nie było yeti?
    – Nie przejmuj się, ten gamoń mówi, że nie ma Mikołaja. Albo Wróżki Zębuszki – "uspokajał" go mój brat.
    – Kim jesteś, mugolu? – zapytał starszy, a Lynch nr. 3 w kolejności wiekowej zarechotał. Ja mam numer 4. A numer 5 ma...
    – Gdzie Ryland? – spytałem.
    – Chyba ma depresję na górze, czy coś – stwierdził Rocky próbujący zabrać mi słodycze.
    – Co mu jest?
    – Savannah pojechała w trasę i wiesz... - wyjaśnił Ell.
    – Hm. Później go pocieszę, mam swojego gościa. 
    – Przyszła Celine?
    – Boże, czy ktoś w tym domu oprócz mnie pamięta jej imię? – warknąłem i odmaszerowałem. Zjadłem żelka, żeby widzieli, i wyrzuciłem opakowanie do kosza. Zaczęli głośno protestować, a Rocky nawet płakać. Zaśmiałem się i wszedłem na górę. Już miałem wchodzić do siebie, kiedy poczułem na sobie czyiś wzrok. Rozejrzałem się dookoła i wrzasnąłem. 
    – Zamknij się, bo będę nazywać cię Rossalia – warknęła stojąca w drzwiach swojego pokoju Rydel.
A może zombie naprawdę istnieją?!
Tak, jednego masz przed sobą.
Czy ona wpadła pod kombajn?
Możliwe, tak właśnie wygląda.
    – Wszystko gra? – spytałem.
    – Jasne. Tylko nasz ainteligentny przyjaciel E-R przyniósł kosz warzyw w którym był kalafior.
Biedna, ma alergię na kalafior.
    – Wyrazy współczucia. Mogę ci jakoś pomóc?
    – Jasne. Napchaj mu kalafiora do ryja, a później przyprowadź do mnie, chcę widzieć jak cierpi – syczała.
    – No to fajnie. Tak w ogóle, to zaraz jest...
    – OBIAD! – krzyknął uradowany Ratliff.
    – Zginiesz marnie gadzie! – wrzasnęła stojąca obok mnie Rydel i zbiegła na dół. Coś miękkiego owinęło się wokół moich nóg. To była Pinky, kotka Rydel, nigdy nie wychodząca z domu. Pół swojego życia spędziła na rękach swojej właścicielki.
Nie to co mój kot, on biega sobie gdzie chce. 
    – Eee... Cam? – spytałem otwierając drzwi. Siedziała na moim łóżku i czytała Papierowe Miasta, które zostawiłem na poduszce. 
    – Tak?
    – Obiad... idź, paskudo! – wrzasnąłem na kota, który przygniatał mi stopy. Miauknął piskliwie, kiedy go zrzuciłem i odbiegł w poszukiwaniu mojej siostry. 
     – Jasne, idę – uśmiechnęła się i odłożyła książkę. Zeszliśmy na dół, gdzie Ratliff poduszką blokował ciosy mojej siostry, która zachrypiała wrzeszczała jak najęta. Zajęliśmy miejsca i zaczęliśmy rozlewać zupę. Każdy mruknął "smacznego" i to wszystko co powiedzieliśmy w trakcie dzisiejszego posiłku oprócz "Mark, podaj mi sól". 
    – A RyRy nie je? – spytałem. 
    – Jak widzisz nie – odpowiedziała mama i znów pogrążyliśmy się w nienaturalnej ciszy. Zazwyczaj przy tym stole wszyscy mówią, śmieją się, albo krztuszą. Jest głośno, śmiesznie i przyjemnie. A kiedy przyprowadzam Camille wszystko milknie i nagle nikt nie ma humoru. 
Po posiłku moja dziewczyna się pożegnała, a ja poszedłem ją odprowadzić. Podziękowała mi za to, pocałowała w policzek i zniknęła za drzwiami. Westchnąłem i wróciłem do siebie. 

*jeszcze trochę później*

    – Ja was nie rozumiem! – wrzeszczałem. – Nie potraficie choć raz być dla niej mili?
   – Szczerze? – spytał Rocky. - Nie.
   – Ale czemu? Co takiego zrobiła?
   – Jeszcze pytasz? – spytał Ryland.
   – No straszne! Raz, raz nie przyszła na umówione spotkanie, czy to coś tak okropnego?
    – Tak! Przez miesiąc leżałeś w depresji w pokoju, chciałeś się kurde zabić, bo nagle przestała z tobą gadać! Jesteśmy tacy za to, że doprowadziła cię do tego stanu – tłumaczył oburzony Riker.
    – Ale żyję, czy nie? W sumie, czemu mi tak zależy, i tak mam zamiar się wyprowadzić.
    – Nie mówisz poważnie, prawda? – spytał Ryland. Mina mu zrzedła i wyglądał, jakby informacja go bardzo zasmuciła. 
Cóż, zawsze mu pomagałeś. Byłeś Batmanem, a on Robinem.
Jasne, może świętym Mikołajem i elfem?
    – Jego wybór, jest dorosły – stwierdziła mama. 
    – Wspaniale. Więc na pewno nie będzie wam przeszkadzać, że chcę jechać do Nowego Jorku popatrzeć za mieszkaniem. I że zabieram Camille ze sobą, bo najprawdopodobniej przeprowadza się ze mną. – Na chwilę zapadła cisza. Patrzyli na mnie jak na psychola, a po chwili tata i Riker wybuchnęli śmiechem.
    – Porąbało cię? – spytał mój brat.
    – Nie.
    – On mówi poważnie? – spytał również śmiejący się Rocky. Mama ukrywała rozbawienie ręką, za to Rydel śmiała się w ramię zaskoczonego Ratliffa. Ryland za to się załamywał.
    – Słuchaj, synu – oznajmił wciąż rozbawiony tata. – Zacznijmy od faktu, że jesteś za młody i zbyt... No...
    – Nieodpowiedzialny? – podpowiedział Rocky.
    – Dzięki, zbyt nieodpowiedzialny na przeprowadzkę na drugi koniec kraju. Dwa, nigdzie nie jedziesz z tą dziewczyną – dokończył Mark.
   – Ale...
   – Koniec kropka. Nie miałbym nic przeciwko, gdybyś chciał się przeprowadzić do któregoś z tych ekologicznych, hiper drogich domków na obrzeżach miasta, ale na to się zgodzić nie możemy, czyż nie? – Pytanie skierował do Stormie.
    – Synku, zrozum, chcemy dla ciebie dobrz...
    – To pozwólcie mi się przenieść do N.Y! – krzyknąłem.
    – W ten sposób pokazujesz, że nie możemy ci zaufać i właśnie z tego powodu nie pojedziesz – warknął tata. – Masz coś jeszcze do powiedzenia?
    – Tak. Jeszcze zobaczycie – oznajmiłem i zacząłem się cofać. – Jeszcze będziecie żałować tej decyzji. Zobaczycie. – I opuściłem dom. Towarzyszyły temu smutne nawoływania mojego jedynego młodszego brata. Jednak zignorowałem je. Ruszyłem w jedyne miejsce, gdzie jestem po prostu sobą. 

THE END ŻRYJTA MAŁPISZONY


niedziela, 5 kwietnia 2015

SEZON 3 - IMMORTALS: PROLOG

Znów to samo.
Usiadłem na molo nad jeziorem z kamykami w dłoniach. Wysypałem je obok siebie i ułożyłem w mały stosik, żeby wygodnie mi się je brało. Zebrałem same płaskie.
Spojrzałem na jezioro - odbijały się w nim drzewa po drugiej stronie brzegu. Kiedy jednak swoje spojrzenie trochę przybliżyłem, ujrzałem samego siebie z okropnie rozczochranymi włosami i wściekłego do granic możliwości.
Właściwie to na co mi ich zgoda?
Bo ich zdanie jest dla ciebie ważne, idioto.
Chwyciłem dłonią jeden kamyk, leżący na samym szczycie, i rzuciłem do wody. Odbił się od powierzchniu dwa razy, aż w końcu wylądował na dnie. To znaczy, tak mi się wydaje, nie widziałem, co jest na samym dole.
Zawsze tu przychodzę, kiedy jestem zły. I puszczam kaczki. Ot tak, zbieram płaskie kamienie i sobie nimi rzucam. Moja złość pryska, bo wyładowuję ją na wodzie jeziora. I kamykach.
Przecież mogę zrobić to sam... To znaczy, z nią. Ale bez nich, oni i tak by nie chcieli. Ja po prostu chcę ich zgody.
Choć wcale jej nie potrzebuję.
Puściłem kolejną kaczkę, która tym razem odbiła się od powierzchni sześć razy. Lekko się do siebie samego uśmiechnąłem i zacząłem obracać w dłoni następny kamień, myśląc nad tym, co mi właśnie przed chwilą powiedziano.
Ja nie jestem odpowiedzialny? Pokażę im. Ja i Camille.
Zbliżał się już wieczór, a liczba nieodebranych połączeń rosła i rosła. W końcu wyłączyłem telefon i leżałem na molo, patrząc w gwiazdy. Było cicho i spokojnie, dopóki usłyszałem jakieś szepty, których nie potrafiłem zrozumieć. Była to krótka wymiana zdań pomiędzy dwoma osobami.
Szybko zerwałem się z miejsca i szukałem źródła głosów, ale nic nie zauważyłem. Potem słychać było tylko szelesty i szumy, które chyba dochodziły z lasu za mną.
- Halo? - spytałem, ale odpowiedziało mi tylko echo. Zwinnie podniosłem się z miejsca i zacząłem rozglądać się wokoło. Było ciepło, ledwo zaczął się czerwiec, ale mimo wszystko trochę wiał wiatr.
Kolejny szelest, tym razem donośniejszy niż wszystkie pozostałe razem wzięte. Podszedłem trochę bliżej drzew, gdy nagle zza nich wychyliła się jakaś postać, której nie znałem. To była dziewczyna o długich, brązowych włosach. Była ubrana na szaro i za czymś się rozglądała. Kiedy jednak jej wzrok zatrzymał się na kompletnie zdezorientowanym mnie, przestała się rozglądać. Wyciągnęła z kieszeni urządzenie podobne do krótkofalówki i wymruczała do niej coś w nieznanym mi języku. Potem jednak włożyła ją z powrotem tam, gdzie była i podeszła bliżej.
- Cześć? - powiedziała, z nieco dziwnym akcentem. Nieco? Koleś, można spokojnie wywnioskować, że ona nie zna angielskiego!
- H-hej - pomachałem lekko ręką.
- Ty stąd? - Chyba starała się brzmieć jak najbardziej naturalnie, choć i tak wszystko, co powiedziała, miało odrobinę sztuczności, jakby przez długi czas szukała w głowie odpowiednich słów, aby ułożyć w miarę logiczne i poprawne zdania.
- Tak, mieszkam za tym lasem - wskazałem na las po drugiej stronie rzeki. Dziewczyna powoli pokiwała głową i zadała kolejne pytanie.
- Imię twoje?
- Ross.
- Nie znam. Ja Laura - wyciągnęła do mnie rękę. Zanim ją uścisnąłem, zauważyłem, że jej dłoń się... świeci. Może nie neonowo czy jakimś specjalnie ostrym światłem, ale jest okropnie blada i trochę się świeci. Potrząsnąłem nią odrobinę nerwowo.
- Potrzebujesz może pomocy z dotarciem gdzieś? - zapytałem gdzieś, a ona dziwnie na mnie popatrzyła.
- Nie. Ale pomoc tak - odpowiedziała.
- To jakiego miejsca szukasz? - zapytałem zdezorientowany. To w końcu potrzebuje pomocy, czy nie?
- Nie. Ja pomocy potrzebuję od Ciebie. 
Ode mnie?
- A w czym mogę ci pomóc? 
- Hmmm... - Dziewczyna przycisnęła dłoń do lewego ucha, patrząc na swoje buty. Następnie podniosła wzrok i wolno powiedziała:
- Ja nie jestem stąd.
Uniosłem brwi i otworzyłem usta, żeby coś powiedzieć, ale Laura kontynuowała:
- Ja nie jestem z tej planety.
Omal się nie zaśmiałem i powiedziałem:
- Nie jesteś z tej planety? To może skąd, z Europy? 
Europa to kontynent na drugiej półkuli, bezmózgu.
Wiem przecież. Tylko sobie robię z niej jaja, zluzuj porty.
- Ja mówię naprawdę. Jestem z Ellanu.
Otworzyłem trochę szerzej oczy, ale dalej stałem w miejscu.
- Przepraszam, skąd?
- Z Ellanu. Ellan planeta spoza Układu Słonecznego. Mniejsza od Ziemia, większa od Merkury. Utrzymywana w tajemnicy przez naukowców. Została odkryta 92 lata ziemskie temu między innymi przez moją matka, Ellen i mojego ojciec, Damiano - wyrecytowała trochę nazbyt sztucznie i niepoprawnie językowo. - W przeliczeniu na lata ziemskie mam 72. 
Uniosłem brwi. Ta dziewczyna ma 72 lata? 
- Ale u nas czas wolniej płynie cztery razy. U was doba - 24 godziny, u nas 96. Dlatego ja mam naprawdę lat 18 - spróbowała się uśmiechnąć. - Tak to wy robicie? - spytała. - Na Ellanie nigdy tak się nie robi. 
- Czego? - spytałem po krótkim czasie, wciąż nie wiedząc, co robić. 
- Eeeee... Radości, szczęścia. Nie ma - gestykulowała rękami. - Ale nauczyli. Mnie. Żebym tu dziwna nie była.
Stałem wgapiony w przybysza (a raczej przybyszkę, o ile jest w ogóle takie określenie), a kiedy trochę się otrząsnąłem, zapytałem:
- Po co jestem Ci potrzebny?
Laura znów przyłożyła dłoń do ucha - pewnie słyszała tam kogoś, kto kazał jej powtarzać wypowiedziane słowa.
- Na Ellanie była katastrofa. Potrzebujemy człowieka z planety Ziemia, aby móc zapoczątkować nową cywilizację. Musi to być człowiek podatny na wszelkie eksperymenty i przemiany na mieszkańca Ellanu. Twój wynik był zaskakująco wysoki, więc zostałeś wytypowany.
Ups.
No.
To teraz masz swoją przeprowadzkę. Nie z tego świata, hehe.
Zamknij się.

_________________________
Witajcie.
WRACAMY!!
Nowa historia, ale przy okazji szykuję dla was niespodziankę. :)
No. Teraz trzeba napisać rozdział!
*Koniec ogłoszeń parafialnych*

niedziela, 25 stycznia 2015

Rozdział 17: "And I always look up to the sky, pray before the dawn, 'cause they fly always, sometimes they arrive, sometimes they are gone - they fly on"

Będzie krótki.
Więc tak... To ostatni rozdział tego sezonu i całej tej historii, tak myślę. Razem z Isabelle nie chcemy tego ciągnąć, bo byłoby to na siłę, zważywszy na to, że ten drugi sezon jest kontynuacją pierwszego, bo nie chcieliście pogodzić się z tym, że Ross umarł. :P
Is już śpi, a ja piszę, dlatego w moim i jej imieniu chciałyśmy bardzo wam wszystkim podziękować za każdy komentarz pozostawiony pod rozdziałami, za te wszystkie wyświetlenia, których na dzień dzisiejszy jest aż 40 tysięcy, za to, że tak bardzo nas motywowaliście i zawsze wybaczaliście, jeśli rozdziału przez dłuższy czas nie było. Nie chcę pisać jakiejś wzruszającej mowy czy coś, bo to nie koniec bloga!
Wspólnie ustaliłyśmy, że zrobimy sobie długą przerwę, abyśmy mogły poświęcić się naszym blogom. Wrócimy do was z nową historią (nad którą jeszcze myślimy, ale ćśśś). Myślę, że to głównie ze względu na mnie, bo mam mnóstwo roboty w szkołach i nie tylko, no i nie dawałam rady z prowadzeniem dwóch blogów. Is tak, ale ja nie. Aktualnie z rozdziałem na I'm the next supreme zalegam od miesiąca, co jest naprawdę długim okresem czasu.
JEŚLI MACIE DO NAS CHOĆ ODROBINĘ SZACUNKU, TO SKOMENTUJCIE TEN ROZDZIAŁ.
Planujemy powrót 12 KWIETNIA, czyli w rocznicę założenia bloga.
To tyle, na razie zapraszamy na nasze oddzielne blogi:
Is: another-love-raura.blogspot.com
Mój: im-the-next-supreme.blogspot.com
P.S. Dziękujemy również Natali i Jagodzie za zaufanie i za danie nam tej szansy.


ROZDZIAŁ Z DEDYKACJĄ DLA WSZYSTKICH ZIEMNIAKÓW, KTÓRE DOTRWAŁY Z NAMI DO KOŃCA TEJ HISTORII. KOCHAMY WAS BARDZO MOCNO ♥️
________________________________________

- Laura! - Z moich ust wydobył się wrzask. - Laura!
Znów spróbowałem się wyrwać z od mojego przeciwnika, tym razem skuteczniej. Podniosłem się na równe nogi, a następnie wymierzyłem mu cios w głowę, tuż po tym kopnąłem go z całej siły w brzuch. Wycelowałem w niego swoim rewolwerem i krzyknąłem krótko do Riker'a: "Pilnuj go!", a sam udałem się do wejścia do budynku.
Kiedy znalezłem się w środku, wszedłem do jedynego pokoju, w którym były uchylone drzwi. Był to ten sam, w którym zostawiliśmy Laurę. Spodziewałem się zobaczyć jej nieruchome i sztywne ciało na podłodze, ale tak nie było. Nie zastałem tutaj nikogo, a klapa w suficie była otwarta.
Ktoś musiał wziąć broń.
A Laura gdzieś tu musi być.
- Laura? - Nikt mi jednak nie odpowiedział. - Lau!
Zacząłem przeszukiwać pomieszczenie, ale nie - nigdzie jej nie było. Do "domu" nagle ktoś  wszedł - a ja zamarłem w bezruchu. Lekko wychyliłem głowę na korytarz, aby zobaczyć, kto idzie - była to Rachelle. Trzymała jakiś spory pistolet, którego nazwy nawet nie znałem. Zakradała się w kierunku pomieszczenia, w którym aktualnie się znajdowałem, przynajmniej tak mi się wcześniej wydawało. Poszła jednak zupełnie gdzie indziej, a ja znów spanikowałem, że może szuka Laury. Nie może.
Wybiegłem zza ściany i rzuciłem się na jej plecy zwalając ją z nóg. Wrzasnęła głośno, ale zakryłem jej usta ręką. Ta natychmiast mnie ugryzła, co bolało jak cholera, ale trudno. Próbowała się wyrwać, ale nie dawałem jej na to szans.
- Puść mnie! - wysyczała wierzgając rękami i nogami na wszystkie strony.
- Nie dorwiesz się do niej - odpowiedziałem.
- Taki jesteś tego pewien? - spytała uśmiechając się złośliwie. Chciałem kiwnąć głową, ale nie zauważyłąby tego, bo tak się wyrywała. Zamiast tego powiedziałęm po prostu:
- Owszem - i chociaż dziewczyn się nie bije, ona była wyjątkowym osobnikiem, którego trzeba było ubić. - Pożałujesz za ten cały rok, który zmarnowałem! Mogłem być z nią!
- Ale patrz, jakos trafiłeś do mnie. Chcesz znać prawdę? - spytała i natychmiast oboje przestalismy się poruszać.
- O czym?
- Jak to się stało, że pochowali nie tego blondyna. Otóż - zaczęła, nie czekając na moją odpowiedź - na lotnisku pewien facet chciał ci ukraść dokumenty, bo sam nie miał, a uznał, że w sumie to jesteście podobni - zaśmiała się. - Próbowałeś się bronić i upadłeś, uderzając w coś metalowego. Akurat wracałam wtedy samolotem od Piper, a kiedy cię tam zobaczyłam, uznałam że to bardzo dobry moment na początek zemsty - znów uśmiechnęła się nieszczerze. - Biedaczek jednak zmarł w wypadku samochodowym, a zidentyfikowali go jako ciebie, bo przecież miał twoje dokumenty, co nie? A jego ciało było tak zmasakrowane, że nie byłoby innego sposobu. I ot, pozwolili mi cię do siebie wziąć, bo byłam pielęgniarką, a na dodatek powiedziałam im, że jesteś moim chłopakiem i że nie masz nikogo innego oprócz mnie.
- Jesteś chora - powiedziałem mocno wkurzony i znów się na nią rzuciłem. Próbowała we mnie strzelić, ale skutecznie unikałem strzałów. Wziąłem za to swój rewolwer i strzeliłem jej w stopę. Krzyknęła z bólu i chwyciła zranione miejsce. Zdecydowałem się ponowić poszukiwania Laury, cokolwiek miałyby dać. W krótkim czasie przeszukałem cały budynek, a dopiero w ostatnim pokoju znalazłem martwe ciało tego samego faceta, który wcześniej wszedł do budynku... Chwila... To musi znaczyć, że Laura go zabiła. A to znaczy, że żyje.
Z impetem wybiegłem z tego domu, a raczej ruiny, gdzie co chwilę słychać było strzały. Przyłączyłem się do pozostałych i wspólnie próbowaliśmy odeprzeć atak, co w sumie nie było takie trudne, chociaż Rocky'ego i Vanessy nie było. Ryland też gdzieś zniknął. Mick i Logan strzelali do Rydel chowającej się za drzewami i broniących jej (a przynajmniej starajacych się) Riker'a oraz Ratliff'a. Nagle zza rogu wybiegła Rachelle, a wraz z nią Ryland.
- RIKER! - wrzasnął najmłodszy. - KRYJ SIĘ!
W ostatnim momencie, pomyślałem. Rachelle trafiła tuż nad jego głową, w drzewo.
- Dzięki! - odkrzyknął Riker.
Strzelałem do Logan'a i jednocześnie obserwowałem całą sytuację. Po chwili jednak ani ja, ani mój aktualny przeciwnik, nie strzelaliśmy do siebie. Obok bowiem działo się coś o wiele ciekawszego i przerażającego w jednym - Riker usilnie próbujący odeprzeć atak Mick'a i Rachelle. Ratliff natomiast wspinał się na drzewo, ale mam wrażenie, że tylko ja to zauważyłem. Może chciał mieć lepszy widok, tak jak Evan i Will?
Właśnie, gdzie oni są?
- RIKER! - krzyknął Ryland, a starszy odwrócił się w jego stronę. Okazało się, że tym razem to Logan do niego strzelił, a młodszy... zasłonił go własnym ciałem.
- RYLAND, NIE! - ryknął Riker, gdy chłopak upadł bezwładnie na ziemię, z dziurą prosto w sercu. Sam do niego podbiegłem ze łzami w oczach. Nie mogę płakać, nie mogę płakać. Będę silny.
Ale przecież właśnie mój młodszy brat oberwał kulką w serce, do cholery!
I się zaczęło. Jedna samotna łza spływająca po moim policzku wywołała falę innych, spadających na twarz Ryland'a, kompletnie bez wyrazu. Jeszcze przez chwilę oddychał, a jego serce biło... Ale to było tylko chwilowe.
- Przepraszam, Ryland! - zawył Riker, a ja postanowiłem się odpłacić.
Zacząłem strzelać, gdzie popadnie, a zaraz potem dołączyło się do mnie kilka innych osób: Ellington, Evan, Will i Riker. Mimo naszej przewagi liczbowej, pokonanie tej trójki (parę sekund później dołączyła też Piper, chociaż ona kompletnie nie miała broni) było naprawdę trudne. Zza rogu nagle wyskoczyła... Laura, wyposażona w bardzo dobry karabin, mniej więcej taki, jaki miał np. Logan.
- LAURA! - uśmiechnąłem się nagle, ale ta nie była tym tak bardzo podekscytowana.
- Nie teraz! - krzyknęła i przyłączyła się do strzelanki.
Po minucie trochę się rozdzieliliśmy. Ja i Rachelle w lesie próbowaliśmy się nawzajem zabić. Z tego, co usłyszałem, Logan jest martwy, Ellington dostał kulką w biodro, Riker w ramię, Rydel w udo, a Mick gdzieś zniknął i polował na nich z ukrycia.
- Tym razem się przede mną nie ukryjesz - wrzasnęła Rachelle i zaczęła do mnie strzelać jakby miała zabić jakiegoś słonia w pancerzu.
Próbowałem z całych sił ją powstrzymać, ale za nic mi nie wychodziło. Absolutnie nie trafiałem ani w jej głowę, ani chociaż w brzuch - tylko drzewa. Usłyszałem w krzakach jakiś szelest i natychmiast przede mną zmaterializowała się Laura. Nie zdążyłem zareagować, bo chcąc ochronić ją przed Rachelle, strzeliłem do blondynki i tym razem trafiłem prosto w płuca. Myślałem, że to pewnie dzięki Laurze dostałem kopa i pewnie pomyślałbym jeszcze dłużej gdyby nie to, że to, co właśnie stało się Rachelle, wcale nie ochroniło Laury. Dziewczyna leżała na ziemi trzymając się za brzuch, cała jej ręka była czerwona od krwi. W tym samym momencie usłyszałem policyjne syreny i jeszcze więcej wrzasków i strzałów.
- Laura - wydukałem cicho i opadłem w dół, do niej. - Nie. Nie. Nie. Laura, nie zasypiaj, rozumiesz? Nie zasypiaj - wziąłem ją na ręce i jak najszybciej próbowałem wydostać się z lasu.
- Ross, jesteś - wyszeptała i uniosła swoją zakrwawioną rękę kładąc mi ją na policzek.
- Jestem i zawsze będę. Nie usypiaj.


*CHWILĘ WCZEŚNIEJ*

~Laura~

Szukając Ross'a natrafiłam na Evan'a i Piper, którzy (o dziwo) do siebie nie strzelali. Nie chciałam, żeby wyszło na to, że podsłuchuję, ale z drugiej strony nie chciałam się narażać Piper.
- Naprawdę tylko po to? - spytała dziewczyna.
- Tak - odpowiedział Evan po chwili zastanowienia. O czym oni mówili?
- Ojej, jakie to urocze - warknęła Piper.
- Nie rozumiem, jesteś zazdrosna? - Chłopak uniósł brwi ze zdziwienia, a ruda wypaliła:
- Jestem! Odkąd tylko poznaliśmy się w parku byłam zazdrosna o każdą!
- A Ross? Co z nim? 
- Przecież wiesz - spojrzała na niego wymownie, a on powiedział cicho:
- Aaa, okej.
- A co z Laurą? - spytała Piper zgrzytając zębami.
- No a co miałoby być? Ona nic do mnie nie czuje. Przecież ona i Ross...
- Nie musisz kończyć - przerwała mu. Czy on...?
- Tak czy siak, przecież to dla niej uciekłem z więzienia... Żeby ją chronić. Ale już ktoś inny to za mnie robi. 
I nagle usłyszałam strzał. A nawet dwa. To Evan dostał, ale nie wiem gdzie. Zrobił się blady i upadł na ziemię, a Piper zaczęła panikować.
- Kto to był?! - wrzasnęła, a ja zobaczyłam przez chwilę twarz Mick'a - stał na wysokiej gałęzi drzewa. Uciekł jednak, kiedy dziewczyna zaczęła strzelać we wszystkie strony - a ja wkroczyłam.
- Laura?! - warknęła Piper spoglądając na mnie znad ciała Evan'a. Miała łzy w oczach.
- Nie teraz - ucięłam i podbiegłam do chłopaka. - Evan, Evan! - klepałam jego policzki. - Hej, patrz na mnie! Nie umieraj, nie umieraj!
Otworzył lekko oczy i od razu się słabo uśmiechnął.
- Laura - szepnął, a ja spróbowałam zlokalizować miejsce, w którym dostał.
- Zostaw - mruknął chłopak, a Piper obserwowała tą scenę z przedziwnym wyrazen twarzy. - Sama nie dasz rady.
- Evan, nie usypiaj, błagam! - prosiłam, a jedna samotna łza wypłynęła z mojego oka.
- Już nie zdążycie, to nie ma sensu. Nie mam wam nic za złe - powiedział bardzo słabo i cicho. Spojrzał na mnie i Piper, ale ostatecznie jego wzrok zatrzymał się na moich oczach. Jeszcze więcej łez.
Nagle jego oczy zamarły, a klatka piersiowa przestała się unosić i opadać. Piper zaczęła płakać - jeszcze nigdy nie widziałam jej płaczącej. Zorientowałam się, że zanim Evan odszedł, chwycił mnie za rękę. To spowodowało, że i ja zaczęłam płakać i spróbowałam ją wyrwać, łamiąc przy tym parę jego kości. Zamazał mi się cały obraz i powróciłam do rzeczywistości dopiero wtedy, kiedy znowu ktoś strzelił. Szybko przetarłam oczy i zastałam leżącą na ziemi Piper. Na początku przeraziłam się myśląc, że to znowu Mick, ale wydawało mi się to być nielogiczne, skoro on działał razem z dziewczyną. Jednak wszystko stało się jasne, kiedy zauważyłam rewolwer w jej prawej dłoni i dziurę w jej głowie z prawej strony.
Nie, nie. Muszę stąd iść.
Chwiejnym krokiem skierowałam się prosto przed siebie, co w moim stanie było trochę niebiezpieczne, bo słychać było odgłosy lecących w bardzo szybkim tempie kul, a następnie lądujących albo w drzewach, albo w ciele. To tak, jak miał Evan. Nie, Evan. 
Idąc przed siebie znalazłam kolejnego trupa. Wydałam z siebie stłumiony krzyk, kiedy okazał się nim być Will. Natychmiast do niego podbiegłam i szukając miejsca, gdzie dostał (myślałam, że może jest jeszcze szansa na ratunek, bo serce wciąż biło, choć słabo), znalazłam małą kartkę, jak się okazało - złożoną czterokrotnie z formatu A4. Chciałam przeczytać treść, ale łzy w oczach wszystko mi zamazały. Jedyne, co z trudem udało mi się rozczytać, to: "Kochana Lauro!". I wtedy zdecydowałam się jednak nie czytać dalej z dwóch powodów: nic nie widziałam i nawet nie chciałam znać reszty. Wiedziałam, że będę w jeszcze gorszym stanie niż aktualny. 
Wstałam na nogi, schowałam kartkę do kieszeni spodni i przetarłam oczy. Zbliżałam się do odgłosów strzałów, kiedy zauważyłam, że to... Ross i Rachelle.
Nie, błagam, tylko nie Ross.
To mogę być ja. Ale proszę, niech Ross żyje. Nie wytrzymam, jeśli i on odejdzie.
Bez głębszego zastanowienia czy analizy sytuacji weszłam prosto przed niego, blokując go przed strzałem blondynki. 
Tym razem to ja go ochroniłam. Przynajmniej tyle mogę dla niego zrobić.


*PÓŹNIEJ*

~Ross~


Już parę sekund później okazało się, że wraz z policyjnymi radiowozami przyjechały też dwa ambulanse. Do jednego wzięli Laurę, z którą pojechała Vanessa, a w drugim upchnęli Ellington'a, Rydel i Riker'a. Nie mogłem pojechać żadnym, więc po prostu stałem tam patrząc, jak odjeżdżają. Do moich oczu napłynęły łzy, dużo łez, których już nie potrafiłem powstrzymać. Już po wszystkim. Już mogę płakać.
Tak więc się rozryczałem. Podeszło do mnie kilku policjantów i Rocky.
- Są jakieś ofiary? - spytał jeden z funkcjonariuszy.
- Tak - mruknąłem.
Prowadząc ich do ciała Rachelle, natknęliśmy się na trzy inne trupy. Piper, Evan i Will. Niezbyt przepadałem za tą pierwszą, ale mimo wszystko przecież była kiedyś moją dziewczyną. A Evan i Will w pewnym sensie uratowali mi życie.
Okazało się po wstępnych oględzinach, że Piper popełniła samobójstwo. 
W końcu doszliśmy do ciała jej siostry. Miała jeszcze otwarte oczy.
- Kto popełnił to morderstwo? - spytał jeden z funkcjonariuszy patrząc, jak ratownicy robią analizy.
- Ja - powiedziałem cicho. - To była samoobrona. Ona zastrzeliła Laurę - dodałem zgrzytając zębami. Znowu zachciało mi się płakać.
- I tak będziemy musieli każdego z was przesłuchać, takie mamy procedury.
Kiwnąłem głową i odszedłem. Już nie byłem im potrzebny, uznałem, że Rocky zaprowadzi ich do pozostałych ofiar, wśród których był też Ryland.

Natychmiast pojechałem do szpitala.
W poczekalni zastałem zapłakaną Vanessę. Bałem się jak cholera. Podbiegłem do niej natychmiast.
- Co z nią? - spytałem.
- Ciężko, bardzo... Wszystko się okaże... Za chwilę... - mówiła pomiędzy wybuchami płaczu. Nie, Lau nie może umrzeć. Nie. Zrobię wszystko, wszystko! To nie tak miało się skończyć, mieliśmy żyć długo i szczęśliwie, mieć gromadkę dzieci i razem się zestarzeć. A tymczasem...?
Najpierw moja szurnięta była dziewczyna, której nie kochałem, razem z byłym chłopakiem Laury chcą ją zabić. Później jest ten głupi wypadek, a ja nic nie pamiętam. Znajdujemy się na nowo, znów się zakochujemy... Potem nas porywają, a ta suka strzela do centrum mojego wszechświata. Dobrze zrobiłem, że zabiłem tego Zdzirowatego Trolla. Nie zasłużyła na to, żeby żyć.
Nagle drzwi się otwierają, a z sali wychodzi lekarz.
Już raz tak czekałem. Zresztą nie raz. Ale teraz jest najgorzej.
To, co mam usłyszeć jest najgorsze.
- Przykro mi - szepcze, a mój świat się rozlatuje.
Nie słyszę nic. Widzę tylko, że Vanessa rzuca się zapłakana w ramiona Rikera, którego wcześniej nie zauważyłem. Boże, nie. Niemożliwe.
To nieprawda.
Zaraz wypadnie z tej sali krzycząc, że to wszystko żart, będzie się śmiać, po czym rzuci mi w ramiona i pocałuje.
Nie.
Ruszam bez pytania w stronę sali. Nikt mnie nie zatrzymuję.
Nie.
Widzę ją. Leży blada, nieruchoma na tym łóżku. Słychać tylko jeden, długi, nieprzerwany pisk.
Nie.
Ona pewnie tylko śpi. To nieprawda.
Nie.
Podbiegam do niej.
- Laura - mówię. Nic się nie dzieje. - Lau, obudź się - rzucam cicho. - Lau... - głos mi się łamie. Łzy zaczynają cieknąć po mojej twarzy, a ja padam na kolana, łapię jej dłoń i szlocham.
Za co?
Krzyczę. Jest to głośny, przeraźliwy, przepełniony bólem krzyk. Nikt nie przychodzi.
Chwytam jej twarz w dłonie. Obudź się, błagam, obudź, obudź, obudź!
Ale nie budzi się. Moje łzy kapią na jej twarz. Wygląda to, jakby i ona płakała. Wycieram jej policzki, nachylam się i całuję. W czoło, w policzki, w czubek nosa, w usta. Nic się nie dzieje.
To boli.
Była dla mnie wszystkim.
A teraz wszystko straciłem.
Nie chcę już żyć, nie chcę, chcę być z nią, gdziekolwiek to będzie. Chcę cofnąć czas.
Chcę, żeby nigdy mnie nie poznała.
Bolesna myśl, ale to wszystko moja wina. Przecież od tego się wszystko zaczęło.
Poznaliśmy się.
I zakochaliśmy.
Ona nie może nie żyć.
- Lau, wróć do mnie - szepczę, ale nic się nie dzieje. - Kocham cię. Zawsze, Lau, rozumiesz? - powtarzam jak głupi. Idioto, ona cię nie słyszy!
- Lau... - szlocham jeszcze raz. - Moja Lau...
Moja Lau nie żyje.

***

Obudził mnie trzask otwieranych drzwi.
Skierowałem mój wzrok w tamtą stronę i zobaczyłem mocno podekscytowanego Rikera.
- Ross, wstawaj! Muszę was z kimś zapoznać! - wrzasnął i wybiegł, najprawdopodobniej w celu obudzenia reszty. Podniosłem się do pozycji siedzącej i przeczesałem palcami włosy.
Boże, co to był za sen...?



[EDIT: TAK, CALY BLOG TO SEN ROSS'A, Z KTOREGO ON SAM NIEWIELE PAMIETA. RIKER MOWIAC, ZE CHCE ICH Z KIMS ZAPOZNAC, MIAL NA MYSLI VANESSE. peace out]
_______________________________
Teraz moja kolej.



Aha, tu Isabelle xD

No więc chciałabym wam bardzo podziękować. Gdyby nie wy, ta historia nie miałaby sensu...
Dziękuję Clarisse za to, że prowadziła go ze mną, dziękuję Natce i Jagodzie, które nam zaufały i powierzyły ten blog. Dziękuję każdemu ziemniaczkowi za czytanie naszych wypocin, za komentowanie, za tyle wyświetleń... Jesteście najlepsi! 
Mam nadzieję, że nie przesadziłam z tą końcówką...?
Och, i nie pozdrawiam Anabell, która nie przeczytała żadnego rozdziału, bo nie było "hepi endu"!
Masz happy end, kurwa!

Przepraszam, poniosło mnie.
Jak zwykle zresztą xD
Ale dobra. Jest tyle spraw o których chciałabym powiedzieć... Ale tego nie zrobię. 
*płacze, bo The Scientist*
Clarisse, przytul mnie ;-;

Clarisse, może wyjaśnisz co robimy z TRZECIM SEZONEM...?


OKEJ! 
Więc - kompletnie nie mamy na niego pomysłu, więc WSZYSTKO ZALEŻY OD WAS!
W komentarzach piszie swoje propozycje na tematykę trzeciego sezonu. Taaa, obiecujemy, będzie happy end. 
Prosimy, aby nie była to tematyka w stylu: nienawiść Raury, itd., ale coś oryginalnego. Możecie się czymś insprować: serialem, filmem, książką, grą. Być może specjalnie obejrzymy serial, film, przeczytamy książkę, zagramy w grę, aby lepiej się poznać z tematem.
Zrobimy wtedy ankietę - propozycja z największą ilością głosów wygrywa i pewnie z niej skorzystami pisząc trzeci sezon.
PISZCIE, BŁAGAM!